Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat oczami dziecka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Świat oczami dziecka. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 2 kwietnia 2018

Mocne spanie

W poprzednim wpisie wspomniałam, że nigdy nie mam problemów ze spaniem. Tak, to prawda. Zawsze śpię snem sprawiedliwego. Hihihi...! nawet tornado tak od razu obudzić mnie nie zdołało. Rzeczywiście tak ze mną jest. Usypiam zawsze o tej samej porze i jak już usnę, śpię jak zarżnięta... Eee, to niezbyt ładnie zabrzmiało... No dobra, to niech będzie, że śpię jak suseł. Mam tak od dziecka. W mojej autobiografii opisałam jeden taki przykład z moich „talentów” do mocnego spania. Jeśli ktoś miałby ochotę przeczytać tę moją zabawną historię, patrz poniżej.   

Mocne spanie

To fragment z mojej autobiografii dot. jednego z zabawnych wydarzeń na wczasach w Międzybrodziu k/Żywca, na których byłam jako 15-latka wraz z moim 4-letnim braciszkiem i rodzicami oraz przyjaciółmi rodziców i ich dziećmi.


Góra Żar... Halszka z kumplem Wieśkiem.

I taka to ze mnie śmieszka. Ale tym razem, to już naprawdę mam się z czego śmiać, bo opowiadamy sobie wydarzenia minionej nocy. A cóż się takiego w nocy wydarzyło? Ano wydarzyło się to, że moi rodzice, wraz ze swoimi przyjaciółmi, wybrali się wieczorem do „Okrąglaka”, tzn. do restauracji międzybrodzkiej, na dansing, pozostawiając mnie i mojego 4-letniego braciszka Wojtusia, samych w domku campingowym. I nie byłoby w tym nic śmiesznego, gdyby nie fakt, iż rodzice, idąc potańczyć, zapomnieli zabrać z sobą kluczy. Może to też jeszcze nie takie śmieszne, ale kiedy dodam, że po powrocie na pole campingowe nie mogli się dostać do naszego domku, a liczyli na to, że ja im otworzę i wpuszczę ich do środka (spałam przecież na łóżku, które było dostawiane przy drzwiach wejściowych), i się niestety mocno przeliczyli, to to, zaczyna być już choć trochę śmieszne. No, przynajmniej dziwne. Dlaczego? Ano dlatego, że choć tłukli wraz z przyjaciółmi do drzwi jak najęci, to ja i tak się nie obudziłam i im nie otworzyłam. A że długo to ich tłuczenie trwało bez efektu, moja Mama wreszcie spanikowała i narobiła larum na całe pole campingowe, krzycząc, że na pewno coś się stało jej dzieciom. A że też Mamusia głosik ma niczego sobie, nietrudno sobie wyobrazić, że po chwili, wszyscy urlopowicze na naszym polu campingowym byli na nogach. Nawet młodzież. Wszyscy bardzo się wystraszyli i próbowali pomóc. Każdy na swój sposób. I tak: jedni pomagali tłuc do drzwi, inni tłukli w okno, a jeszcze inni próbowali nawet potrząsnąć domkiem. Wreszcie gospodarz naszego pola campingowego, w zupełnej już desperacji, złapał za siekierę i zaczął wyrąbywać zamek u drzwi. Kiedy to mu się w końcu udało, i drzwi stanęły otworem, wszyscy wparowali do środka. Moja Mama przerażona do ostatnich granic, z krzykiem rzuciła się natychmiast na mnie, i wyszarpała mnie z betów. Po czym postawiła mnie do pionu, i łamiącym się głosem zadała pytanie:
- Halszka, co się stało?!
A ja jej na to (ponoć zupełnie spokojnym głosem):
- Nic się nie stało, bo bym wiedziała... Przecież nie śpię. Pilnuję Wojtusia - po czym opadłam na łóżko, i przyjmując pozycję embrionalną, usnęłam w momencie.
Gdy mi to na drugi dzień wszyscy opowiadali (każdy swoją wersję), to sama nie mogłam uwierzyć, że mam tak mocne spanie. Że Wojtuś się nie obudził, to zrozumiałe, był jeszcze malutki. Po całodziennych emocjach i wysiłku przy zabawach, wieczorem usypiał prawie na stojąco. Ale ja? Dlaczego ja się nie dałam obudzić? Trudno mi powiedzieć. Naprawdę nic nie słyszałam. Tak że nic innego mi nie pozostało, jak tylko śmiać się z tego wydarzenia. A że wszyscy też się już tylko śmiali, śmiało mi się tym radośniej. Każdy ze śmiechem opowiadał mi o swoich wrażeniach w „ratowaniu” mnie i Wojtusia oraz o mojej minie, jaką miałam po obudzeniu przez Mamę. A ja śmiałam się z nich, gdyż oczami wyobraźni widziałam ich wszystkich jak w rozchełstanych piżamach biegają po nocy po polu campingowym, szybko i chaotycznie, niczym bakterie pod mikroskopem, i jak z wytrzeszczem oczu i z rozdziawionymi buziami wciskają się tłumnie do środka po otwarciu drzwi. (Że też ten malutki domek campingowy to wytrzymał i się nie zawalił, do dziś się dziwię). O rany, to był widok! Myślałam, że pęknę ze śmiechu, tak mnie ten widok bawił. Żałowałam, że go miałam przed oczyma tylko w mojej wyobraźni, a nie w rzeczywistości. No ale cóż, było to niemożliwe, gdyż w wydarzeniu tym w dwóch osobach wystąpić nie mogłam. Musiała wystarczyć mi więc moja wyobraźnia. A że mam ją dość wybujałą, śmiałam się co rusz.


Szczyt Góry Żar... Halszka z przyjaciółkami Mamy i kumplem Piotrkiem.

HKCz
1.09.2010

czwartek, 1 lutego 2018

Tragikomiczna przygoda na torach

  Już w szkole umówiłam się z chłopakami (<kliknij) z mojej klasy i z kilkoma ze starszej klasy, że pod wieczór bawimy się w podchody. Tym razem mieliśmy się bawić koło starej parowozowni. Nieraz tam już urządzaliśmy sobie różne zabawy, i zawsze było fajowo. Znaliśmy na pamięć rozkład jazdy wszystkich pociągów osobowych, a o towarowe się nie martwiliśmy, bo niewiele ich przyjeżdżało do naszego miasteczka. A jak już, to rano. Wieczorem zazwyczaj stały unieruchomione na bocznicy i czekały tak do następnego dnia. Zebraliśmy się o umówionej porze i w umówionym miejscu... Na dworcu kolejowym. Potem, kłócąc się miedzy sobą, kto z kim w jakiej drużynie będzie, czy w uciekającej, czy w pościgowej, przez dobrą chwilę skakaliśmy sobie do oczu. W końcu jakoś się podzieliliśmy. Łatwo nie było. Dopiero ciągnięcie zapałek pomogło. Dzięki temu, dostałam się z trzema chłopakami do drużyny uciekającej, a pozostałych czterech chłopców do drużyny pościgowej. Moja drużyna natychmiast przystąpiła do akcji. Ganialiśmy po torach jak szaleni, rysując strzałki na szynach i wagonach towarowych. Chowaliśmy również listy, i to w najbardziej wymyślnych miejscach, pod wagonami i nawet w wagonach. Zabawa zapowiadała się na wyśmienitą. Jak zwykle. Niestety, tym razem długo nie trwała. Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo też żaden z chłopaków nie umiał tak głośno gwizdać jak ja, i zawsze mnie wysyłali na zwiady... No dobrze, przyznam bez bicia, że sama lubiłam być zwiadowcą. Nawet bardzo. No i właśnie kiedy drużyna pościgowa ruszyła już za nami, ja, jako zwiadowca, chyłkiem przemykałam po torach, dając jednocześnie chłopakom z mojej drużyny znaki, aby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku. Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły. Stały tylko sobie w najlepsze ukryte za długim murkiem okalającym parowozownię, i nic. Owszem, głowy im chodziły, i to jak peryskopy - we wszystkich kierunkach, tylko nie w moim. Wkurzyłam się nie na żarty, i nagle jak nie huknę na nich przytłumionym głosem:
 - A wy popaprańce jedne! A wy gdzie zaglądacie? Ruszcie wreszcie swoje tyłki!
Żadnej jednak reakcji z ich strony nie zauważyłam. No to wtedy aż mną potelepało ze złości, i niewiele myśląc, głośnym i przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca. Za moment się jednak okazało, że nie tylko ich, ale również i maszynistę pociągu towarowego, stojącego na bocznicy. O rany, ale zaczęliśmy wszyscy uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję. Mało nóg nie pogubili. I to obydwie drużyny. Moja, jako uciekająca, i tamta, jako pościgowa. Wystraszeni schowaliśmy się wszyscy w kanale parowozowni, i szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy kiedy pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku, ani łoskotu jednak nie było słychać. Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię pomiędzy maszynistą a przetokowym.
- A ty idioto! - wrzeszczał maszynista.
- A ty imbecylu! - wrzeszczał równie głośno przetokowy.    
- Kto imbecyl, ja?! - Maszyniście aż struny głosowe piskliwie skrzypiały z nadwyrężenia. - To ty nim jesteś... Gwiżdżesz jak pofyrtaniec jeden, choć zwrotnicy żeś jeszcze nie przestawił!
 - Ja gwiżdżę, to chyba tobie w tej twojej pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże! - Przetokowy aż się zapowietrzył z wściekłości.
I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali, wrzeszcząc coraz wścieklej. W końcu do gardeł sobie skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni. No a my z przerażeniem spoglądaliśmy tylko po sobie - w tym brudnym i śmierdzącym kanale - i nie wiedzieliśmy co mamy zrobić. Wreszcie nie wytrzymaliśmy napięcia, i kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się ze sobą już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak z katapulty... i czym prędzej opuściliśmy ten niebezpieczny „plac zabaw”. 

HKCz
(12.08.2009)