Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zdrowie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 stycznia 2019

Nie dajmy się depresji

Zima daje się nam we znaki. A do wiosny jeszcze daleko. Musimy sobie jakoś radzić, aby nie popadać w stany depresyjne. Najlepszą metodą w tym względzie jest częste przebywanie na łonie natury. Bez względu na pogodę. W słoneczną oczywiście przede wszystkim. Pisałam o tym we wpisie pt. "Promieniami słońca w depresję".
Jeśli ktoś nie ma czasu, albo ciężko mu się zmusić do wyjścia z domu, proponuję taką oto kąpiel słoneczną... 



Na zdrowie!

niedziela, 16 grudnia 2018

Promieniami słońca w depresję



Dobroczynny wpływ światła na zdrowie znany jest od stuleci. Już starożytni medycy wiedzieli, że najlepszym lekarstwem na poprawę samopoczucia jest światło słoneczne i swoim pacjentom zalecali jak najczęściej zwracać oczy w kierunku słońca.

I my, ludzie XXI wieku, też o tym wiemy. Dzięki nauce wiemy jeszcze więcej. O tej wiedzy przypominamy sobie zwłaszcza w okresie jesienno-zimowym, kiedy to niedobór światła słonecznego zaczyna źle wpływać na nasze samopoczucie. Niektórzy z nas jakoś sobie radzą i aż tak mocno nie odczuwają skutków niedoboru światła słonecznego. Zwłaszcza ci, którzy nawet mimo złej aury za oknem często bywają na dworze. Ja należę do takich właśnie osób i rzadko mam złe samopoczucie. Jest jednak wiele takich osób, które czują się naprawdę źle w tym okresie i cierpią na tzw. depresję sezonową.

Wprawdzie tegoroczna jesień nie szczędziła nam słońca i w zasadzie zbytnio narzekać nie powinniśmy, jednak, jakby nie patrzeć, dni są o wiele krótsze niż w okresie lata i nie każdy też ma możliwość skorzystania z dobrodziejstwa słońca. Nie każdy z jego promieni może korzystać do woli.

Wiele jest też osób, które w ogóle podatne są na depresję, więc w okresie jesienno-zimowym czują się jeszcze gorzej i najchętniej nie wychodziłyby z łóżka. Specjaliści uważają, że nic w tym dziwnego, iż czują się źle, bowiem istnieje ścisły związek między występowaniem depresji a ilością światła dziennego. Odpowiedzialna jest za to m.in. serotonina, zwana hormonem szczęścia. U osób cierpiących na depresję bardzo często odnotowuje się jej niski poziom. A to właśnie światło stymuluje jej wydzielanie... I koło się zamyka.

Korzystajmy więc z promieni słonecznych jak najczęściej. Kiedy tylko się da. Bo warto. Warto się zmusić. Dla zdrowia. Dla lepszego własnego samopoczucia, a w konsekwencji, dla lepszego samopoczucia całej rodziny.

Niech nam Słońce świeci jak najczęściej i jak najdłużej. A my, jazda na dwór — zażywać kąpieli słonecznej. I?... Na pohybel depresji!

czwartek, 11 października 2018

A w górach już jesień...


"Królestwo niczyje"? E tam, niczyje. Czyjeś... Bo moje, twoje, wasze, nasze. Żeby się poczuć królową czy też królem tego królestwa, wystarczy wyjść z domu i ruszyć w góry. No tak, ale nie każdy ma przecież blisko do gór. Hmm... To może do lasu? Lasy są wszędzie. Ale jak i do lasu jest trochę za daleko na takie częste do niego wędrówki, to może być park. 
Jesień już zdążyła  dotrzeć i wszędzie się rozlokować, w każdym najmniejszym nawet zakamarku. Oczywiście w naszym klimacie, w klimacie umiarkowanym. 

Często obserwuję postępy jesieni w tym jej rozlokowywaniu się u nas. Wczesnym rankiem to zawsze z kijkami, a w ciągu dnia rowerem. I z tego co zaobserwowałam, jesień najpiękniej wygląda wczesnym rankiem. Kiedy góry mgłą spowite jeszcze, kiedy las bielą skąpany. Ale to nie tylko rozkosz dla oka, to także rozkosz dla nozdrzy. Ten specyficzny zapach jesiennego lasu we mgle jest niesamowity. Płuca pracują jak miechy kowalskie. Dusza się raduje. Tak zawsze mi się wydaje, że dusza musi być gdzieś tak w okolicach płuc ulokowana. ;)

Kiedy zaś w godzinach południowych wybywam do lasu rowerem, widzę że jesień też się pięknie prezentuje, choć inaczej. A że słońca mamy w tym roku tyle, to i jesień pięknieje z dnia na dzień coraz bardziej. Przynajmniej dopóki złota jest. A jak już nas słotą witać będzie każdego ranka, też się w niej piękna dopatrzeć możemy. Wystarczy się tylko pozytywnie do niej nastawić.


Więcej zdjęć zamglonego lasu wczesnym porankiem zamieszczam na blogu "Na cętce źrenicy i w obiektywie".
 

niedziela, 9 września 2018

Żywica – dobrodziejstwo Matki Natury


Natura jest niesamowita. Przekonujemy się o tym na każdym kroku. W lesie przykładów jej dobrodziejstw jest mnóstwo. Ostatnio podziwiałam jak „zranione” drzewa same się ratują i leczą. Często spotyka się drzewa z cieknącą po nich żywicą. Bo też żywica, to substancja, która jest naturalnym opatrunkiem dla "zranionego" drzewa. Żywica zaczyna wyciekać z wnętrza drzewa, kiedy ono zostanie uszkodzone lub złamie się jego gałąź. 

Żywica jest także bardzo wartościową substancją dla człowieka. Ma wiele zastosowań. Z pewnością każdy z nas nieraz spotkał się z nią w życiu codziennym.
Ja używam żywicy na drobne skaleczenia. Ponieważ żywica zabezpiecza ranę przed infekcją, i działając jak klej, tamuje krwawienie. Do tego celu najlepsza jest żywica z sosny.  Ma właściwości antyseptyczne i antybakteryjne. Zawiera garbniki, flawonoidy, kwasy fenolowe i witaminę C. No i oczywiście olejki eteryczne. Sosnowy i terpentynowy.

Natomiast maść z żywicy można stosować na stany zapalne skóry, na bolące mięśnie i stawy, a także do leczenia oparzeń i wrzodów. Maść z żywicy można sobie zrobić samemu w warunkach domowych. Wiele prostych przepisów znaleźć można w Internecie. Jak ktoś lubi nalewki, to żywica nadaje się do tego doskonale. Piłam kiedyś taką u wujka na wsi. Smakuje pysznie.

Aby pozyskać żywicę na własny użytek, najlepiej poszukać zranionych drzew lub złamanych gałęzi i zebrać jej sobie trochę w miejscach, w których spływa po korze. Ale tylko trochę, aby drzewu nie zabrakło na samoleczenie. Jeżeli jednak potrzebujemy jej trochę więcej, to lepiej poszukać innych zranionych drzew.


Drzewa są antenami energii Wszechświata. Korzystajmy z niej. 
Ale mądrze, nie niszcząc przy tym drzew.

środa, 18 lipca 2018

Lipa, pachnąca i dobroczynna



Lipiec to bardzo pachnący miesiąc. Pachnie, jak na lipiec przystało – lipą... tj. kwiatostanem lipy. Nie może być inaczej, gdyż nazwa tego miesiąca pochodzi właśnie od kwitnących wówczas lip. A pachnie dosłownie wszędzie, gdyż tych drzew rośnie wszędzie bardzo dużo.

Szkoda, że lipiec powoli zmierz ku końcowi, ale póki jeszcze trwa, póki kwiatostan lipy jeszcze na drzewie, czas na zaopatrzenie się w jej kwiaty. Napar z lipy na chłodne jesienne i zimowe dni jak znalazł. Lipowy miód także pyszny i zdrowy. Ale jeśli się nie jest pszczelarzem, trzeba na miód z lipy poczekać. A jak już będzie w sklepach, kupić. O herbatkę z lipy zaś możemy się sami postarać. I będziemy ją mieli za darmo. Wystarczy nazbierać kwiatów, wysuszyć, i potem przechowywać w papierowych torebkach w chłodnym i suchym pomieszczeniu. 

Kwiatostan lipy zawiera ponad 20 flawonoidów, fitosterole, garbniki, pektyny, terpeny, olejek eteryczny, kwasy organiczne, sole mineralne, a także witaminę C i PP.
Napar z kwiatów lipy jest nie tylko smaczny, działa także leczniczo. W razie przeziębienia jest niezastąpiony. Działa napotnie i przeciwgorączkowo. Łagodzi również kaszel. Działa także moczopędnie. Wspomaga odporność organizmu i ułatwia odprężenie.  

Z dzieciństwa pamiętam, że moja Mama zawsze leczyła nas lipą. Pamiętam nawet zapach takiej herbatki. Był cudowny, bardzo intensywny. Dzisiejsza lipa jakoś już tak intensywnie nie pachnie. Ale co by tu nie mówić, z lipy własnoręcznie nazbieranej i wysuszonej, herbata pachnie zawsze bardziej, aniżeli ta kupiona w sklepach... Jak tu więc nie „wyprodukować” własnej?



Zawsze pamiętam, co moja Babcia mówiła: „Dobroczynna herbatka
z lipy – to nie lipa”.

sobota, 12 maja 2018

Polacy kochają leki i pochłaniają je tonami


Jak podają polskie media, Polacy bez opamiętania nadużywają leków. Skąd to się bierze? Czyżby edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego względem leków była niedostateczna? A może to postępująca hipochondria trawi Polaków?

Sytuacja w polskiej służbie zdrowia jest ciągle daleka od poprawnej, to fakt, ale jest też i druga strona medalu, też przerażająca — polscy pacjenci, którzy do przesady wykupują leki (nawet na zapas) i pochłaniają je w ogromnych ilościach. A przecież leki to nie cukierki. Przesadna miłość Polaków do leków jest obecnie aż nazbyt widoczna. W 2013 roku wydali na nie ponad 18 mld złotych.

W przypadku wielu dolegliwości trapiących nas na co dzień można przecież wykorzystać domowe sposoby. Jest wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które w wielu przypadkach mogą zastąpić leki pochodzące z firm chemii farmaceutycznej. Po co napychać czyjeś przepastne kieszenie, jeśli w wielu przypadkach sami sobie możemy pomóc? Oczywiście chodzi tu o osoby relatywnie zdrowe. Poważnie chorzy niestety muszą się leczyć farmakologicznie, a tym samym, dawać zarobić coraz bardziej zachłannym korporacjom farmaceutycznym.

Z roku na rok rośnie ilość sprzedawanych w Polsce medykamentów. Polacy prześcignęli już przodujących dotąd w Europie Francuzów. Bardzo to niepokojące, zważywszy na fakt, że każde lekarstwo to także trucizna, tyle że spożywana w małej ilości. Chemia to chemia i pompowanie jej bez umiaru do organizmu tylko dlatego, że kupuje się ją w aptece kojarzonej ze zdrowiem — jest zwyczajnie szkodliwe. A wiele osób niestety zażywa leki choć nie jest to konieczne, ot tak, z przyzwyczajenia. Albo z byle powodu, często nie czytając nawet załączonej ulotki. Nie mogą więc, albo i nie chcą, zdać sobie sprawy z tego, jak szybko można się uzależnić od danego specyfiku. I to nie tylko psychicznie, bo z czasem też i fizycznie. Najwyraźniej edukacja zdrowotna społeczeństwa polskiego w tym względzie jest niedostateczna.

Myślę, że Polacy rzeczywiście bez opamiętania nadużywają leków. Przesadzam? Chyba nie. Wystarczy prześledzić badania CBOS-u, aby się przekonać. A z nich wynika, że aż 80% dorosłych Polaków zażywa leki. A spośród tych bez recepty najpopularniejsze są przeciwbólowe i przeciwzapalne, na przeziębienie oraz witaminy i minerały. I co gorsza, tendencja jest wzrostowa. Wymowne są także odpowiedzi na pytania CBOS-u. Otóż badani pytani o ocenę swojego stanu zdrowia w większości, bo 54%, określali go jako dobry. Niezadowolenie wyrażało 15 % ankietowanych, a prawie co trzeci, czyli 31 %, określało swoje zdrowie jako — ani dobre, ani złe. Kto więc zażywa te wszystkie leki? Odpowiedź nasuwa się sama.

Wielu lekarzy z kolei uważa, że jeśli pacjentom nie przepiszą jakiegoś leku, wychodzą z gabinetu lekarskiego zawiedzeni, ba, czasem wręcz obrażeni, więc im przepisują. (Czy mają w tym i swój interes, nie wspominają). I koło się zamyka. A dzięki temu firmy farmaceutyczne mają się świetnie. Tym bardziej, że na ich zyski wpływają także pochłaniane przez Polaków leki bez recepty, a także suplementy diety.

Mam w rodzinie jedną taką starszą osobę, która przez całe życie wciskała w siebie mnóstwo leków, chociaż w zasadzie nigdy poważnie nie chorowała. Nigdzie się też nie ruszała bez swojego haftowanego woreczka z tymi kolorowymi „cudeńkami”. Czasami sobie z niej żartowałam, że przez tę chemię, jaką przy sobie i w sobie nosi, dojdzie w niej kiedyś do reakcji chemicznej (zjawiska fluorescencji) i w nocy będzie świecić niczym robaczek świętojański. Żarty żartami, ale w sumie to jest mi jej bardzo żal, że przez tyle lat tak bardzo szkodziła swojemu zdrowiu. Bo czy teraz szkodzi, w wieku 80 lat? Sama już nie wiem. Teraz pewnie tę chemię zażywać już musi, teraz naprawdę poważnie choruje.

Osobiście mam awersję do leków pochodzenia chemicznego. Bo jakby nie patrzeć, mają one także skutki uboczne. Od dziecka czuję ogromną niechęć do tabletek i też rzadko je zażywam. Pamiętam, że jak moje dwie starsze siostry chorowały, zarażając się jedna od drugiej, Mama profilaktycznie także i mnie kładła do łóżka i faszerowała tabletkami. Właściwie to próbowała faszerować, bo kiedy się odwróciła, wypluwałam wszystkie do garści. I muszę przyznać, że rzadko kiedy byłam chora. Potem, jak już byłam dorosła, leczyłam swoje dzieci i siebie w większości ziołami. I tak jest do dziś. Moja domowa apteczka jest w zasadzie pusta. Czasami miałam w niej jakieś tam witaminy, czy minerały, ale od kiedy piję zrobione przez siebie green smoothie mam w niej tylko materiały opatrunkowe.

 

Jak już wspominałam, jest wiele domowych sposobów, wiele ziół, wiele substancji leczniczych pochodzenia roślinnego i zwierzęcego, które przy różnych naszych dolegliwościach znakomicie mogą zastąpić chemiczne i syntetyczne środki farmakologiczne. Na przykład czosnek, tran, cebula, siemię lniane, goździki... etc. Zawarte w nich substancje czynne znakomicie wpływają na nasze zdrowie.

O ich dobrodziejstwie pisałam już wcześniej. Oto linki: czosnek; tran

 
HKCz
26.03.2014
 

poniedziałek, 7 maja 2018

Green smoothie - zielony koktajl na zdrowie


Green Smoothie, to zmiksowany napój o gęstej i kremowej konsystencji, wykonany na bazie owoców, warzyw liściastych oraz ziół.

W zależności od użytych składników, smoothies mogą być słodkie, kwaśne, gorzkie, a nawet pikantne. Można do nich dodawać mleko sojowe, czy też z owsa, można jogurt, można także herbatę, albo zwykłą, przegotowaną wodę.

Green smoothies (zielone koktajle), wbrew nazwie, wcale nie muszą być zielone. Mogą mieć barwę białą, pomarańczową, żółtą, czy nawet czerwoną, w zależności od tego, jakie warzywa i owoce wrzucimy do miksera.

Zielone mają jednak moc wyjątkową, gdyż zawierają mnóstwo chlorofilu. Chlorofil to fotosyntetyczny barwnik, dzięki któremu rośliny mają właśnie kolor zielony. Często określany jest także mianem „słonecznego barwnika”, ponieważ absorbuje energię słoneczną i przynosi duże korzyści także dla organizmu człowieka: zwiększa jego odporność, spowalnia proces starzenia, stabilizuje ciśnienie krwi, łagodzi bóle, zwalcza bakterie, chroni przed szkodliwym promieniowaniem, wzmacnia mięsień sercowy, a także zapobiega chorobom nowotworowym.

W zależności od składu dostarczają nam również dużo białka, enzymów, magnezu, potasu, fosforu, żelaza, witaminy A, witaminy z grupy B oraz witamin C, E i K. Są bogate w naturalne cukry i węglowodany.

Zasadą ich tworzenia jest połączenie około 60% świeżych (w zimie mrożonych) surowych owoców i 40% zielonych warzyw, najlepiej liściastych, oraz ziół. Można je przechowywać do 24 godzin w lodówce, koniecznie w szklanym i szczelnie zamkniętym pojemniku.

 



 

Lato to najlepszy czas na smoothies. To zrozumiałe. W lecie mamy największy wybór owoców i zielonych warzyw. Najlepiej też smakuje. Jednak zimową porą także możemy się nimi rozkoszować wykonanymi z mrożonych produktów.

Smoothies to samo zdrowie. To wspaniała alternatywa dla osób, które są uczulone na laktozę. Dostarczają sporą porcję najważniejszych składników diety. Są też bardzo sycące, szczególnie te na bazie banana. W zupełności mogą zastąpić klasyczne śniadanie. Ba, są nawet o wiele zdrowsze, gdyż są bogate w białko i błonnik. W Internecie każdy może znaleźć i wybrać dla siebie mnóstwo różnych przepisów.

Smoothie to wreszcie dobra metoda dla osób pragnących pozbyć się zbędnych kilogramów. Po jego spożyciu przez wiele godzin nie odczuwa się głodu. I zupełnie nie ma się ochoty na słodycze.


***

Od dawna już jestem fanką smoothies. Stałam się nią za namową córki, która jeszcze wcześniej ich fanką się stała. Obydwie preferujemy właśnie zielone, obfitujące w chlorofil. Miksujemy mnóstwo zielonych warzyw, różnych, np. ogórki, cukinie, brokuły, ale przede wszystkim liście różnych sałat, kapusty, szpinaku, szczawiu, selera, pietruszki, ziół, także mleczy i pokrzywy. No i owoce oczywiście. Też różne, w zależności od tego, jakie akurat mamy w domu.

Przyznam szczerze, że polubiłam to moje śniadanie w postaci green smoothies. Piję go dziennie 1/2 litra. Robię zawsze 1 litr na dwa dni.

Po pierwszym miesiącu raczenia się nim ze dziwieniem stwierdziłam, że schudłam dwa kilogramy. Nigdy nie miałam tendencji do tycia, ale ucieszyły mnie te stracone kilogramy. Widocznie były mi niepotrzebne, skoro się ich tak łatwo pozbyłam. W ciągu następnego miesiąca znów schudłam ponad kilogram. A co dziwniejsze, tak jakby od wewnątrz. Najwyraźniej pozbyłam się złogów z jelit i toksyn. Ha, ale najważniejsze jest to, że czuję się o wiele zdrowsza, silniejsza i mam jeszcze więcej energii niż wcześniej. Choć na brak energii nigdy nie narzekałam. Ruchliwa jestem od urodzenia. Postanowiłam jednak tę zdobytą — dzięki smoothies — energię w sobie magazynować… Na starość jak znalazł.




Smacznego i na zdrowie!



HKCz
27.10.2013
 

niedziela, 6 maja 2018

Wspinaczka skałkowa. Pokonać własne słabości

W jednym z poprzednich wpisów pisałam o Tree Climbing, czyli wspinaczce po drzewach, dzisiaj z kolei napiszę trochę o Rock Climbing, czyli o wspinaczce skałkowej, bo i taką wspinaczkę mogę w naszym mieście poobserwować… i uwiecznić.

Wspinaczka skałkowa to rodzaj sportu polegający na wspinaniu się po stromych ścianach przy użyciu rąk. Do niedawna uważana była za sport ekstremalny, dziś, za popularną formę aktywnego wypoczynku. I co ważne, nie jest wcale taka droga.

Uprawianie wspinaczki skałkowej w ostatnich latach staje się coraz bardziej popularne i coraz więcej ludzi „szlifuje siebie o kamień”, ćwicząc swój charakter i siłę woli. Wspinaczka dla nich, jak sami mówią, to nie tylko pasja, to sposób na życie. To wielka miłość… i nie ma zmiłuj.

Zapraszam do obejrzenia mojej fotorelacji spod skałki oraz do zapoznania się z istotą tego jakże wspaniałego sportu.

Mobilizacja fizyczna i psychiczna. A po chwili - w górę! Im wyżej, im bardziej stromo - tym lepiej, tym „wznioślej”. Pod każdym względem.


Niektórzy swoją przygodę ze wspinaczką zaczynają na sztucznej ścianie, niektórzy od razu na skałkach. Jeśli załapią bakcyla, wspinać się już będą zawsze, marząc o osiąganiu coraz to wyższych szczytów.


Wspinaczka, to ich pasja, to miłość do gór, to adrenalina, to przeżycie, którego nie da się zapomnieć… to ich sposób na życie.


Wspinając się, pokonują własne słabości, strach, lęk, przekraczają poza własne granice. Uczą się odwagi, odpowiedzialności, zaufania. Obcują z piękną naturą i wysokością.


Wpinając się, czują wszechogarniającą wolność i radość. Wszystkimi zmysłami chłoną przyrodę. Podziwiają piękno krajobrazów. Mówi się, że gdyby nie było gór, to człowiek by je wymyślił. I to jest najlepsza odpowiedź na pytanie: dlaczego człowiek się wspina? Ująwszy to inaczej – człowiek się wspina, bo są góry.


Wspinając się, wkraczają w dziewiczy świat, nietknięty wpływami cywilizacji… i ten pierwotny kontakt z naturą jest dla nich ogromną satysfakcją i radością.


Przestrzeń, świeże powietrze, obcowanie z naturą, chęć poznawania samego siebie, a także możliwość spędzenia czasu z przyjaciółmi i ludźmi podobnie myślącymi - ciągnie w góry każdego miłośnika wspinaczki.


W górach poznają nowe drogi wspinaczkowe. Zaopatrują się w mapki z lokalizacją tych dróg, ich nazwami i stopniem trudności. Potem się nimi wymieniają… by za jakiś czas znów spotykać się u podnóża gór/skał.


Nazwy dróg wspinaczkowych najczęściej pochodzą od nazw obiektów na które prowadzą. Czasami pochodzą od nazwisk albo pseudonimów autorów pierwszych przejść. Niekiedy są tylko jakimś żartem słownym.


Ściana skalna, po której wspina się widoczny tutaj wspinacz, jest naturalną ścianą treningową. Na niej miłośnicy wspinaczki trenują po pracy, i przed kolejnym, bardzo wyczekiwanym wypadem w wysokie góry.


Szczyt zdobyty… Satysfakcja? Z pewnością. Satysfakcja jest zawsze. Rośnie wprost proporcjonalnie do wysokości zdobytej góry.


Po zdobyciu szczytu, chwila wytchnienia… A potem…


A potem zjazd na linie i… apiat od nowa… i to po kilka razy, wspinaczka - zjazd, wspinaczka - zjazd, aż braknie sił, aż zmęczenie ustąpi miejsca zadowoleniu z treningu.


O, kolejni miłośnicy wspinaczki przymierzają się do zdobycia szczytu skałki. Mówią, że to dla nich frajda nad frajdami… Przyjemnie tę ich „frajdę” poobserwować.


Wspinaczka, to wielka przygoda życia. Ale też i szkoła. Uczy partnerstwa i zaufania drugiemu człowiekowi. Idąc w skały z innymi osobami, poniekąd powierza się im swoje życie… Za przyczyną asekuracji.


Wspinaczka jest sportem wysokiego ryzyka, i może być niebezpieczna. Może prowadzić do utraty zdrowia, a nawet życia. Ważne by stosować się do zasad bezpieczeństwa i właściwej asekuracji. Każdy kto się wspina podejmuje ryzyko na własną odpowiedzialność.


Góry uszlachetniają i uwrażliwiają. Wyciągają z człowieka dobro i uczą obdarowywać nim innych. Należy się im szacunek. Nieustający. Warto o tym pamiętać!


Ludzie, którzy się wspinają, są zawsze uśmiechnięci, mili, przyjaźni. Aż miło popatrzeć. Nic w tym dziwnego! Góry uszlachetniają. Leczą ze stresów egzystencjalnych. W górach zapomina się o problemach pozostawionych „gdzieś tam” na dole.



Stąd też to powiedzonko:
"Gdy pogoda licha, gdy siada psycha, na Mnicha bracie, na Mnicha!"

HKCz
(19.09.2013.)

sobota, 5 maja 2018

Archangelica, arcydzięgiel... becherovka

(z cyklu: „Niezwykłość Natury”)



Piękna nazwa tej niezwykłej rośliny pochodzi od greckiego słowa archangelos, które oznacza archanioła. Inne jej nazwy to: archangielski korzeń, anielskie ziele, anielski korzeń, anżelika, arcydzięgiel litwor albo arcydzięgiel lekarski, lub po prostu dzięgiel.

Roślinie tej przez wieki towarzyszyło mnóstwo legend. Przypisywano jej cudowne właściwości, także magiczne.

Legenda głosi, że kiedy w Mediolanie w 1510 roku szalała epidemia dżumy, Paracelsus, lekarz i przyrodnik (zwany ojcem medycyny nowożytnej) zwrócił uwagę na korzystne działanie archangelicy w leczeniu tej potwornej zarazy. Ponoć to właśnie jemu miał się przyśnić Archanioł Gabriel, który wskazał tę roślinę jako najlepszy lek na dżumę.

Dla Europejczyków archangelica stała się równie cenną rośliną jak żeń-szeń dla Chińczyków.

Archangelica jest dwuletnią, szybko rosnąca byliną, osiągającą 1,5 m wysokości. Kwitnie od lipca do września. Kwiaty zebrane są w baldachy i są koloru białawozielonego lub żółtawozielonego. Zapylane są głównie przez muchówki.


Owocem archangelicy jest rozłupnia rozpadająca się na dwie rozłupki. Cała roślina przyjemnie pachnie. Archangelicę można spotkać najczęściej na terenach podmokłych, przy wodach, a także na pogórzu i w górach. Często jest też uprawiana.





W zielarstwie archangielica (albo dzięgiel, jeśli ktoś woli) stosowana jest przy zapaleniu żołądka, biegunkach, niestrawności, braku łaknienia na tle nerwowym, nieżytach jelita grubego, zapaleniu jelita cienkiego, jak również przy niewydolności wątroby. Może być także stosowany objawowo: przy bólach brzucha, wzdęciach, zgadze. Ma także zewnętrzne zastosowanie. Do wcierań przy nerwobólach czy też bólach gośćcowych —w postaci olejku.


Kulinarne zastosowanie ta niezwykła roślina także ma. Końcówki pędów oraz młode liście po ugotowaniu można podawać jako jarzynę albo używać jako dodatek do zup i sosów. Świeże korzenie wykorzystać można do surówek. Suszone zaś, jako przyprawę do pierników i różnych ciasteczek.

Owoce archangelicy (albo z kolei arcydzięgla litwora, jeśli ktoś woli) wykorzystuje się natomiast przy produkcji likierów ziołowych.




Kto z nas nie zna naszej rodzimej, podhalańskiej litworówki? Albo czeskiej Becherovki? Pamiętam, że za komuny zawsze się ją przywoziło z Czechosłowacji… Musowo! ;)


HKCz
5.08.2013

piątek, 4 maja 2018

Kleszcz - potwór - dopadł i mnie



Naprawdę. Pierwszy raz w życiu. Pewnie dlatego nie od razu domyśliłam się, że to kleszcz. Tym bardziej, że tego dnia w lesie nie byłam. Nawet w ogrodzie nie byłam (cały dzień pisałam). W lesie byłam dzień wcześniej, z kijkami, ale po powrocie do domu, jak zwykle, wzięłam prysznic. Jakim więc cudem mogłam się domyśleć, że noszę w sobie kleszcza? Żadnym. Pech! Po prostu pech. Nadzwyczaj udziwniony pech, jak zawsze w moim przypadku. Jestem pewna, że moje domyślanie się nie trwałoby jednak aż tak długo, gdybym go tylko mogła zobaczyć. Ale niestety nie mogłam. Z prostej przyczyny. Wpił się we mnie akurat na plecach, na wysokości pasa.

Początkowo, kiedy poczułam swędzący ból, dotykałam tego miejsca, myśląc że to jakiś duży pryszcz albo wrzód mi się zrobił. Kilkukrotnie próbowałam "go" nawet dwoma palcami na siłę wycisnąć. Że to jest kleszcz, stwierdziłam dopiero po chwili, przy pomocy dwóch lusterek. Jedno lusterko przyłożyłam do tego czegoś i popatrzyłam na jego odbicie w drugim lusterku. Wtedy natychmiast skojarzyłam co zacz i aż wrzasnęłam sama do siebie z ogromnym obrzydzeniem:
- Ratunku, kleszcz!
Zrobiło mi się niedobrze. Sama myśl, że coś żywego siedzi we mnie i pije moją szlachetną krew, spowodowała, że ogarnęło mnie niewypowiedziane obrzydzenie. Ale także i złość.
- Jak śmiesz… ty potworze jeden! - wrzasnęłam znów, ale tym razem do kleszcza.
Najgorsze dla mnie było to, że nie mogłam go wyciągnąć… już, natychmiast, bezzwłocznie, od razu, jak najszybciej!

Czym prędzej zadzwoniłam do córki, wiedząc o tym, że ona ma specjalne kleszczyki na kleszcze. W międzyczasie, kiedy córka do mnie już jechała, zaglądnęłam do Internetu by się czegoś więcej dowiedzieć na temat kleszczy. Oczywiście stojąc, obrzydzenie nie pozwalało mi usiąść. Doczytałam się, że najlepiej natychmiast zgłosić się do lekarza, gdyż lekarz profesjonalnie kleszcza wyciągnie i miejsce po nim od razu odpowiednio zabezpieczy. Było już po godz. 20-tej, pojechałam więc prosto do szpitala. Córka oczywiście ze mną. Kiedy lekarz zobaczył moje plecy, aż syknął, i zaraz mnie pochwalił, że przyjechałam do szpitala, ponieważ ten „potwór”, jak się sam wyraził, zdążył we mnie już porządnie narozrabiać. No cóż, sama się do tego przyczyniłam tym wyciskaniem na siłę. Kleszcz, broniąc się przed wyciśnięciem z krwistej uczty, wpuścił we mnie więcej toksyn. No czyż nie potwór?! Brrr… obrzydliwy potwór!

Pan doktor ranę mi zdezynfekował i zabezpieczył Beta-Plastrem ze specjalną maścią. Oprócz tego zaaplikował mi zastrzyk przeciw tężcowi.

Skąd kleszcz się wziął i jak się do mnie dorwał? Sama nie wiem. Podejrzewam jedynie, że może od naszego psa (w weekend był u mnie), bo akurat 2 dni wcześniej wyciągałam mu kleszcze. Trzy. Czynność tę wykonywałam siedząc w pokoju na kanapie. Kleszcze oczywiście spaliłam. Po tym zabiegu Aramis otrzepał się, jak to pies, i pewnie wtedy jakieś luźno po nim łażące, których nie zauważyłam, poleciały na kanapę. Tak myślę, bo jednego potem na kanapie znalazłam.
Wieczorem, rozbierając się do kąpieli, zdjęłam swoje domowe spodnie i położyłam je właśnie na tej kanapie. Na drugi dzień rano znów je założyłam. Pewnie ten potwór, który mnie sieknął, był drugim kleszczem, którego na kanapie nie zauważyłam. W nocy wlazł w moje spodnie i kiedy je rano założyłam, już tam się na mnie czaił. Dokładnie przy pasku.

Czy jestem zła na Aramisa? A skąd! Takie są uroki „mania” psa. Teraz tylko przyszło mi czekać dłuuugie miesiące i zaglądać na to miejsce przy pomocy lusterek i sprawdzać, czy rumień się tam nie robi. A także wczuwać się w siebie czy aby grypowo się nie czuję, bo wtedy natychmiast muszę pędzić do lekarza. Będzie mnie czekać kilkutygodniowa terapia antybiotykowa. Brrr! Mam jednak nadzieję, że do tego nie dojdzie, że ten skubaniec - kleszcz nie był nosicielem boreliozy.

Hihihi…! a jeszcze niedawno gdzieś w komentarzach chwaliłam się, że mnie jeszcze nigdy żaden kleszcz nie dziabnął, choć w lesie bywam nieustannie. No cóż, znów sprawdziła się stara maksyma: „nigdy nie mów nigdy”.

Do tej pory nigdy (o, znów nigdy) obawy przed kleszczami nie miałam. Idąc do lasu, zawsze jestem odpowiednio ubrana. Od kilkunastu też lat szczepię się przeciw kleszczom. Wiem, że szczepienie to nie zabezpiecza przed boreliozą (na nią nie wynaleziono jeszcze skutecznej szczepionki), ale przed odkleszczowym zapaleniem opon mózgowych tak. Przynajmniej tyle mogę być spokojna.


Fuj…! tak wygląda kleszcz opity krwią naszego psa Aramisa.


***
Niedawno czytałam gdzieś, że jakaś pani doktor radziła kleszcza wykręcać przy wyciąganiu… Rany, co to za rada? Wręcz przeciwnie, kleszcza nie wolno wykręcać, bo w ciele może zostać jego główka, a wtedy jeszcze więcej toksycznych substancji zostanie. Kleszcza wyciągać należy, chwytając go tuż przy skórze (najlepiej pęsetą) w całości i szybkim, zdecydowanym ruchem, pionowo do ciała, wyciągnąć. Miejsce wkłucia należy dokładnie zdezynfekować spirytusem albo wodą utlenioną. Jeżeli jednak kleszcz tkwi głęboko, tak jak w moim przypadku, lepiej od razu udać się do lekarza.

Ostatnio dużo czytałam w Internecie na temat kleszczy i chorób przez nie przenoszonych, tzw. chorób odkleszczowych, i trochę się poduczyłam. Od lekarza dostałam też specjalną książeczkę na ten temat. Po tej lekturze doszłam do wniosku, że to przede wszystkim my sami powinniśmy zadbać o to by kleszcze nie robiły nam krzywdy. Bo kleszcze były, są i będą. Takie ich prawo. My możemy się jednak przed nimi zabezpieczyć odpowiednim ubraniem i szczepieniami powtarzanymi co 3 lata. A jeśli już dojdzie do ukąszenia, to też przede wszystkim sami musimy zadbać o siebie i przez najbliższe miesiące kontrolować swój stan zdrowia. Bo jeśli doszło jednak do zakażenia chorobą odkleszczową i nie jest ona leczona natychmiast, może przejść w formę przewlekłą i w rezultacie przynieść bardzo niebezpieczne skutki. Choroba może zaatakować niespodziewanie, zwłaszcza przy osłabionym układzie odpornościowym.

Medycyna stosunkowo niedawno zajęła się chorobami odkleszczowymi. W Polsce na przykład zachorowania na boreliozę z Lyme zaczęto rozpoznawać dopiero pod koniec lat 80-tych XX wieku.

Choroba odkleszczowa, jeśli jej pierwsze oznaki zostaną niezauważone, przez długie lata może nie dawać żadnych objawów. Jest utajona. Zakażeni nią pacjenci często nie wyglądają na chorych, a to niestety utrudnia szybkie rozpoznanie choroby. Ale zdarza się i tak, że kiedy na chorych już nawet wyglądają, lekarze często stawiają złą diagnozę i leczą niewłaściwie.

Mój sąsiad jest dobrym tego przykładem, jakie spustoszenie w organizmie może zrobić nieleczona w porę borelioza. Obecnie ma 60 lat i dopiero niedawno lekarze stwierdzili u niego tę odkleszczową chorobę. Od paru miesięcy bardzo poważnie choruje na serce.

Pamiętajmy o tym, że jeśli choroba odkleszczowa leczona jest natychmiast, wtedy dochodzi do zwalczenia infekcji w 90% i choroba nie zostawia po sobie żadnych powikłań. Stąd wniosek, że warto dbać o swoje zdrowie, właśnie poprzez własną nad nim kontrolę.

***
Niestety, "mój" kleszcz okazał się być jednak nie lada potworem i zakaził mnie boreliozą. Książkowo. Bo dokładnie na 20 dzień po ukąszeniu kleszcza wystąpił u mnie rumień wędrowny. Wylądowałam w Klinice i jestem na antybiotyku. I tak przez 7 tygodni. Na rumień mam osobny antybiotyk - w maści. Po tym czasie zrobią mi ponownie badanie krwi, to się okaże, czy pozbyłam się już tej przeklętej bakterii boreliozy, czy dalej muszę być na antybiotyku. 
Natychmiastowe podjęcie leczenia daję szansę na całkowite wyleczenie... I tego się trzymam!

***
Po pół roku niepewności i kolejnych badaniach w Klinice, stwierdzono że jestem wyleczona całkowicie. Ufff...!!!

HKCz
(10.07.2013)

wtorek, 1 maja 2018

Zdrowotna moc lasu


Potrzebujesz wytchnienia od problemów dnia codziennego? Idź do lasu. Badania naukowe dowodzą, iż w naturalnym środowisku, jakim jest las, ludzie wracają do zdrowia i równowagi psychicznej o wiele szybciej niż w otoczeniu miejskim. No to nad czym się tu zastanawiać?... Jazda do lasu!


W lesie zapominamy o stresie. Po półgodzinnym spacerze poprawia nam się nastrój. Zmniejsza się poczucie złości i agresji. Wyzwalają się endorfiny (tzw. hormony szczęścia) i nasze poczucie szczęścia wydatnie się zwiększa.


Dzięki spacerom po lesie (o każdej porze roku) wzmacnia się nasz układ immunologiczny. A dzieje się tak dzięki zwiększeniu aktywności i liczby komórek NK (ang. Natural Killer), tzw. naturalnych zabójców, które niszczą komórki rakowe.


Kiedy przebywamy w lesie ciśnienie krwi nam się obniża, spada tętno, mamy także niższe stężenie kortyzonu.


Dobroczynne oddziaływanie lasu na człowieka jest na świecie coraz bardziej popularyzowane.


Spacery po lesie, albo przynajmniej po parku, oczyszczają organizm. Japończycy nie bez powodu nazywają je „leśnymi kąpielami”.


Las oczyszcza także klimat. Jest silnym pochłaniaczem CO2.
Roczna ilość gazu pochłoniętego z atmosfery przez las wynosi ok. 20 ton na każdy hektar.


Las filtruje powietrze z substancji chemicznych emitowanych przez zakłady przemysłowe i samochody.


Spacer po lesie wczesnym rankiem, kiedy jest jeszcze osnuty mgłą, wspaniale działa na nasze drogi oddechowe, jak naturalna inhalacja.


Spacerując po lesie czujemy się zrelaksowani…
Poprawia nam się nastrój i samopoczucie,
pogoda ducha powraca, a nawet i... chucie... ;)


Starsze osoby powinny jak najczęściej przebywać w lesie. Spacerować, albo chociażby posiedzieć gdzieś na pieńku i pooddychać leśnym powietrzem. Efekty terapeutyczne takiego kontaktu z lasem potwierdzają liczne - najnowsze badania. Oczywiście jeśli osoby te nie mają problemów z pyłkami.


W lesie można poprzytulać się do drzew. Fani dendroterapii (<kliknij) znają doskonale właściwości drzew i wiedzą, do jakich drzew się przytulać.


Przed dłuższą wyprawą do lasu letnią porą należy zabezpieczyć się przed atakami kleszczy (długie rękawy, nogawki). Wskazane są także regularne szczepienia przeciwko kleszczom.


Aby zadbać o swój układ odpornościowy należy w miarę regularnie spacerować po lesie, albo robić sobie przejażdżki rowerem, albo uprawiać nordic walking, albo też biegać.


Biegam po lesie, po leśnych dróżkach kołuję,
coraz szybciej i szybciej, choć tchu mi brakuje.
Uparcie i wytrwale pokonuję własne słabości,
i nagle czuję, jak wiosna w mym sercu się mości…
- I oto właśnie chodzi!


Hen za miastem rośnie las
i zaprasza wszystkich nas.
Pięknie wokół szumią drzewa,
a chór ptaków głośno śpiewa.

Hej, do lasu! - Hej, per pedes!
Tak by zrobił Archimedes…

A Ty…?
Nie zastanawiaj się dłużej, idź do lasu!


HKCz
(7.05.2013.)