Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1 lipca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą 1 lipca. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 marca 2018

Stało się… jestem o rok starsza

Pragnę raz jeszcze, i tą drogą, serdecznie podziękować moim Bliskim i Znajomym za pamięć i piękne życzenia urodzinowo-imieninowe. Dostałam ich bardzo dużo pocztą mailową, ale także tradycyjną pocztą. Telefonicznie i bezpośrednio. Kochani jesteście, że o mnie pamiętacie... i dobrze mi życzycie. Dziękuję z całego serducha!

A niech tam! Skoro już jestem przy tym temacie, to pozwólcie, że jeszcze podzielę się z Wami moimi wrażeniami z tego mojego świątecznego dnia, który już z samego rana dziwnie się zaczął. Otóż w dniu tym, zostałam odcięta od świata. Całkowicie. I to na wiele godzin. Telefon stacjonarny, nie wiedzieć czemu, przestał działać. Moja komórka tak samo… Ale że ta akurat, to wiedziałam czemu. Po prostu zapomniałam zaopatrzyć ją w nową kartę. Byłam wkurzona tą sytuacją jak sto diabłów. Wiedziałam, że moi bliscy i znajomi zewsząd będą do mnie dzwonić z życzeniami… A tu klops! Telefon ani mru-mru. Ba, dwa telefony. - Co sobie o mnie wszyscy pomyślą? - zastanawiałam się. By ratować się jakoś w tej sytuacji, puściłam mailem dwa sygnały SOS do mojej Córki z prośbą o ratunek. Czekając na jej reakcję, pobiegłam do kuchni i zabrałam się za przygotowywanie poczęstunku dla moich popołudniowych gości. Minęło ponad 3 godziny, w kuchni unosiły się wspaniałe zapachy, a Córka jak się nie meldowała z pomocą, tak się nie melduje. Postanowiłam zostawić wszystko i skoczyć w try miga do najbliższego kiosku po zakup karty do komórki. Zaczęłam się już ubierać… A tu nagle, wpada moja Córcia z przerażoną miną i od progu zamiast życzenia deklamować, krzyczy:
- A cóż to się z tobą dzieje?! Dzwonię już chyba ze sto razy na obydwa telefony a ty nie odbierasz.
- Pewnie się wystraszyła, że kopnęłam w kalendarz, albo co… - pomyślałam ubawiona. Bo też Córka wie, że ze mnie taki już dziwoląg życiowy i nigdy nie wiadomo, co zmaluję, albo co mi życie zmaluje. Tym bardziej, że wiedziała, iż poprzedniego dnia kupiłam grzyby azjatyckie na targu. A wiadomo, jak z grzybami nieraz bywa. Kochana Córeczka! Tak bardzo się o swoją matkę martwiła… Rozrzewniłam się swoimi myślami. Ale nic! Do myśli swoich się nie przyznałam, tylko odpowiedziałam pytaniem na pytanie:
- A ty czemu nie zaglądasz do poczty elektronicznej? Hę?

Wreszcie powyjaśniałyśmy sobie co i dlaczego, a potem były już życzenia, były buziaczki, były prezenty… I Córka zniknęła. Mówiła, że tylko na moment. Rzeczywiście. Po pół godzinie zjawiła się na powrót i wręczyła mi jeszcze jeden prezent. Telefon. Piękny, nowiusieńki z przeróżnistymi bajerami. Córka uznała, że ten mój, to ze starości działać przestał. Ależ zrobiła mi niespodziankę. Byłam wniebowzięta. Obie byłyśmy. Córka natychmiast zabrała się za podłączanie tego cacka, i… i nic, cisza. Nowiusieńki telefon także nie wydał z siebie żadnego tit-tit-tit. No i co się w końcu okazało? Otóż okazało się, że działać nie mógł siłą rzeczy. A rzecz miała związek z odwiedzinami mojej znajomej i jej córeczki w dniu poprzednim. Córeczka znajomej, Oleńka, przytargała z sobą swojego pupilka. Chomika. W pewnym momencie chomik wymsknął jej się z rączek, truchcikiem popędził przez pokój, i schował się za meble. Wszystkie trzy szukałyśmy za nim chyba ze 2 godziny i czorta nie można było znaleźć. Oleńka była zrozpaczona. Ja również, bo nie uśmiechało mi się z tym zębiastym stworem samej zostać. W końcu, kiedy obie wybierały się już do domu ze względu na późną porę, nakazując mi zaraz dać znać jak tylko chomik skądś wylezie, to nagle ten mały stworek sam wylazł. Spoza mojego biurka. Chyba już się domyślacie, co tam robił... Tak, ten czort jeden przegryzł mi kabel od telefonu. A to ci bestia niewyżyta! No ale koniec końców przyznać muszę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Mam nowiusieńki telefon! Od wieczornych godzin, kiedy już mój Syn (mój żywy prezent urodzinowo-imieninowy - wspominałam o nim w moim poniższym wpisie) przegryziony kabel wymienił, życzenia telefoniczne odbierałam przepięknym, filigranowym, bajeranckim cackiem.
No czy nie szczęściara ze mnie? Jasne, że tak! Nie na darmo przyszłam na świat - w niedzielę

 
HKCz
2.07.2010
 

Dziś moje urodziny i imieniny

Nieczęsto się zdarza, aby otrzymać od rodziców imię z dnia swoich narodzin. Ja otrzymałam. I muszę się przyznać, że tak po prawdzie, to nie lubię tego swojego podwójnego święta. Tak mi się przynajmniej wydaje, kiedy ono się zbliża. Ale jak już ten dzień nastąpi, to lubię. Nawet bardzo. Skąd więc ten mój ambiwalentny stosunek do własnego święta. Już wyjaśniam.

A więc tak: lubię dzień moich urodzin i imienin dlatego, ponieważ cieszy mnie, że tyle osób o mnie pamięta i zewsząd śle życzenia. Bo to przecież bardzo, ale to bardzo miłe.

Nie lubię zaś dlatego, bo... ha!... no właśnie... Nie, nie dlatego, że mi przypomina ileż to mam już lat i że czas nieubłaganie szybko leci. Nie! Od przekroczenia pewnego wieku to nawet zapominam, ile mam lat. Ot, taka to szczególna amnezja na własny użytek. Z tego też względu staram się nie zaglądać do osobistego dowodu tożsamości, bo a nuż wzrok mi się omsknie i niechcący zerknę na to miejsce, gdzie ta nieszczęsna data urodzenia stoi. Przez ostatnie lata mojego życia nauczyłam się w tym temacie być bardzo ostrożną. Po co sobie niepotrzebnie psuć humor jakąś tam mało istotną datą?

Dlaczego więc swojego podwójnego święta nie lubię? Otóż swojego podwójnego święta nie lubię... już od dzieciństwa. Dziwne, nie? Dla mnie jednak nie. A to dlatego, że swoim przyjściem na świat zburzyłam porządek w mojej kochanej rodzince, bo przyszłam sobie jako trzecia z rzędu dziewczynka, nie bacząc na to, że moi rodzice tak bardzo pragnęli mieć chłopczyka. Dla dziewczynki nawet imienia nie mieli wybranego. Byli pewni, że będzie chłopczyk. Nawet to, że postarałam się zrobić rodzicom ogromną niespodziankę i zameldowałam się na świecie w niedzielę, nie zdołało ich w tym dniu uszczęśliwić i załagodzić rozczarowanie moją odmienną płcią. Rodzice czuli się tak bardzo zawiedzeni, że nie zadając sobie trudu, dali mi takie imię, jakie sobie przyniosłam, czyli takie, jakie stało w kalendarzu w dniu moich narodzin. No a potem, kiedy latek parę mi przybyło i już rozumiałam, co trzeba, to już zawsze musiałam być zazdrosna o swoje starsze siostrzyczki, że one dwa razy w roku obchodziły swoje święta, a ja tylko raz. A co gorsza, dwa razy w roku otrzymywały prezenty. A to dla mnie, jako dziecka, nie mogło być przecież miłe. Bo czymże ja zawiniłam, że tylko w jednym dniu święto miałam? Że podwójne, tym gorzej.

No i co? Czy nie mogłam nabawić się urazu do tego swojego podwójnego święta przez te wszystkie lata dzieciństwa? Ano mogłam… i się nabawiłam. I to paskudztwo w pewnym sensie trzyma mnie do dziś.

Jednak samą datę 1 lipca przyszło mi w przyszłości z pewnego cudownego względu bardzo, ale to bardzo polubić. Ponieważ, będąc w słusznym już wieku, w dniu tym urodziłam ukochanego syneczka. Szczęściara ze mnie, nie? To pewnie dlatego, że się w niedzielę urodziłam. Nie, nie dałam mu na imię Marian. Był wyczekiwanym chłopczykiem. Dziewczynkę już miałam. Trzy lata starszą.


Wszystkiego dobrego Syneczku...
mój Ty ukochany prezencie urodzinowo-imieninowy.

Kocham Cię nad życie, jestem z Tobą wszędzie...
Jesteś sensem mego życia, i zawsze będziesz.


PS

Ech, co za dzień! No nic, na dzień dobry zasuwam do lasu wybiegać swoje emocje świąteczne... potrójnie świąteczne.

HKCz
1.07.2010