Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny i imieniny. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą urodziny i imieniny. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 lipca 2018

I znów jesteśmy o rok starsi...


Ale co tam, nie ma co się zamartwiać i drzeć szat z tego powodu. Zresztą, cyferki nie takie ważne. Ważne zdrówko, witalność i pozytywne myślenie. A tego nam nie brakuje... O!

1 lipca, jak co roku, trochę z Synem poświętowaliśmy nasze wspólne urodziny. Imieniny moje także. Jak to się stało, że razem obchodzimy urodziny, pisałam lata temu w poście pt. „Dziś moje urodziny i imieniny”.

W świętowaniu cała nasza Rodzinka brała oczywiście czynny udział. Było miło i wesoło. Cośmy się naśmiali, to nasze.


Pysznego jedzenia było w bród. Wszystkie kobiety stanęły na wysokości zadania i naszykowały każda co najbardziej potrafi. Kuchnia była pół polska, pół niemiecka. Ale nie brakowało także akcentów węgierskich i francuskich.


Aramis, jako że jest członkiem Rodziny, również brał czynny udział w świętowaniu. Najwięcej udzielał się w jedzeniu. Tak się udzielał, że aż go kac dopadł. Pewnie liznął gdzieś węgierskiej sałatki. Na szczęście wody mu nie zabrakło. :D



Za pięć dni będziemy świętować kolejne urodziny. Wspominałam już, że Raków u nas co niemiara. Moja starsza Wnuczka też będzie o rok starsza. Stuknie Jej 16-ka. O Jej 15-ce pisałam > TUTAJ.

czwartek, 12 kwietnia 2018

Lecą latka, lecą...

I znów jestem rok starsza. Czy mnie to martwi? Przyznam szczerze, że nie. Może dlatego, że ciężaru lat jeszcze nie czuję. Nic a nic! Cały czas mi się wydaje, że jestem taka sama... No, przynajmniej wtedy, kiedy do lustra nie patrzę. Pewnie też dlatego, ostatnimi laty lustra omijam szerokim łukiem. Patrzę w nie tylko tyle, ile trzeba, coby na przykład nie wyjść z domu potarganą jak ostatnia fleja, albo, co gorsza, z jakąś plamą gdzieś, czy też z rozmazanym makijażem.

Przyjęcie urodzinowe, a właściwie urodzinowo-imieninowe, miałam wspaniałe. Mój Syn razem ze mną. Już wspominałam o tym, że Syna urodziłam sobie w prezencie urodzinowo-imieninowym i to dopiero od tamtej pory dzień ten polubiłam (<kliknij, jeśli masz ochotę poczytać).

Kiedy zbliżała się godz. 16-ta, i miałam już wszystko ugotowane, upieczone, i przygotowane na przyjęcie, usłyszałam nagle ostry i baaaardzo przeciągły dzwonek do drzwi. Pobiegłam otworzyć, ale nikogo przed drzwiami nie było. Pobiegłam więc do kuchni, by zaglądnąć przez okno, ale tam też nikogo nie zobaczyłam. Co jest, pomyślałam, ktoś sobie ze mną pogrywa, czy jaka choinka? Zniesmaczona pobiegłam raz jeszcze do drzwi wejściowych. Otwieram, a tu nagle zza winkla wyłania się cała moja ośmioosobowa czeredka z kwiatami i prezentami oraz śpiewem na ustach: - „Sto lat, sto lat, niech żyje mama, babcia nam...”. Na całe gardła, na całą ulicę, darła się, o pardon, chciałam powiedzieć - śpiewała, ta moja kochana czeredka.

Dostałam masę prezentów od Dzieci i Wnuczków, a wśród nich, najważniejszy: wymarzona, porządna cyfrówka. Ha, teraz to dopiero będę mogła pstrykać fajne zdjątka. O wiele lepsze, niż moją starą cyfrówką, uszkodzoną od częstego fotografowania słońca. Ależ się cieszę... choby głupi!

Wczoraj pół dnia uczyłam się mojej nowej cyfrówki. Przestudiowałam całą instrukcję w załączonej do aparatu broszurce. W Internecie także pogrzebałam, by zdobyć dodatkowe informacje na jej temat. Mam nadzieję, że pojęłam wszystko jak trzeba. Dzisiaj wyruszam już na próbne zdjęcia w plener. Ależ jestem podekscytowana.

A oto dwie próbne fotki zrobione moim prezencikiem przez mój dozgonny prezent urodzinowo-imieninowy, czyli mojego Syna.


Uwagaaa... dmucham!... Aaa pfuuuuu następny roczku!
A nie myśl sobie, że się tobą martwię, wręcz przeciwnie, jestem szczęśliwa, że zmieniłeś cyferkę... że na wyższą, pal sześć!... ważne, że jej w kościach jeszcze nie czuję.


Nawet i Backs`a sobie strzeliłam ... a co!
Za piwem wprawdzie nie przepadam, ale kiedy moja Córka zawołała: - „Pij, pij, na zdrowie, cobyś nam długo żyła”, a moje dowcipne Synczysko dodało: „I cobyś nam matka jak rodzynka nie wyschła”, no to trza mi było wypić... Na takie dictum - mus!



A tu piękne bukiety róż, które dostałam od Dzieci, i które utrwaliłam 
swoją nową cyfrówką. 
 

HKCz
3.07.2011
 

sobota, 31 marca 2018

Stało się… jestem o rok starsza

Pragnę raz jeszcze, i tą drogą, serdecznie podziękować moim Bliskim i Znajomym za pamięć i piękne życzenia urodzinowo-imieninowe. Dostałam ich bardzo dużo pocztą mailową, ale także tradycyjną pocztą. Telefonicznie i bezpośrednio. Kochani jesteście, że o mnie pamiętacie... i dobrze mi życzycie. Dziękuję z całego serducha!

A niech tam! Skoro już jestem przy tym temacie, to pozwólcie, że jeszcze podzielę się z Wami moimi wrażeniami z tego mojego świątecznego dnia, który już z samego rana dziwnie się zaczął. Otóż w dniu tym, zostałam odcięta od świata. Całkowicie. I to na wiele godzin. Telefon stacjonarny, nie wiedzieć czemu, przestał działać. Moja komórka tak samo… Ale że ta akurat, to wiedziałam czemu. Po prostu zapomniałam zaopatrzyć ją w nową kartę. Byłam wkurzona tą sytuacją jak sto diabłów. Wiedziałam, że moi bliscy i znajomi zewsząd będą do mnie dzwonić z życzeniami… A tu klops! Telefon ani mru-mru. Ba, dwa telefony. - Co sobie o mnie wszyscy pomyślą? - zastanawiałam się. By ratować się jakoś w tej sytuacji, puściłam mailem dwa sygnały SOS do mojej Córki z prośbą o ratunek. Czekając na jej reakcję, pobiegłam do kuchni i zabrałam się za przygotowywanie poczęstunku dla moich popołudniowych gości. Minęło ponad 3 godziny, w kuchni unosiły się wspaniałe zapachy, a Córka jak się nie meldowała z pomocą, tak się nie melduje. Postanowiłam zostawić wszystko i skoczyć w try miga do najbliższego kiosku po zakup karty do komórki. Zaczęłam się już ubierać… A tu nagle, wpada moja Córcia z przerażoną miną i od progu zamiast życzenia deklamować, krzyczy:
- A cóż to się z tobą dzieje?! Dzwonię już chyba ze sto razy na obydwa telefony a ty nie odbierasz.
- Pewnie się wystraszyła, że kopnęłam w kalendarz, albo co… - pomyślałam ubawiona. Bo też Córka wie, że ze mnie taki już dziwoląg życiowy i nigdy nie wiadomo, co zmaluję, albo co mi życie zmaluje. Tym bardziej, że wiedziała, iż poprzedniego dnia kupiłam grzyby azjatyckie na targu. A wiadomo, jak z grzybami nieraz bywa. Kochana Córeczka! Tak bardzo się o swoją matkę martwiła… Rozrzewniłam się swoimi myślami. Ale nic! Do myśli swoich się nie przyznałam, tylko odpowiedziałam pytaniem na pytanie:
- A ty czemu nie zaglądasz do poczty elektronicznej? Hę?

Wreszcie powyjaśniałyśmy sobie co i dlaczego, a potem były już życzenia, były buziaczki, były prezenty… I Córka zniknęła. Mówiła, że tylko na moment. Rzeczywiście. Po pół godzinie zjawiła się na powrót i wręczyła mi jeszcze jeden prezent. Telefon. Piękny, nowiusieńki z przeróżnistymi bajerami. Córka uznała, że ten mój, to ze starości działać przestał. Ależ zrobiła mi niespodziankę. Byłam wniebowzięta. Obie byłyśmy. Córka natychmiast zabrała się za podłączanie tego cacka, i… i nic, cisza. Nowiusieńki telefon także nie wydał z siebie żadnego tit-tit-tit. No i co się w końcu okazało? Otóż okazało się, że działać nie mógł siłą rzeczy. A rzecz miała związek z odwiedzinami mojej znajomej i jej córeczki w dniu poprzednim. Córeczka znajomej, Oleńka, przytargała z sobą swojego pupilka. Chomika. W pewnym momencie chomik wymsknął jej się z rączek, truchcikiem popędził przez pokój, i schował się za meble. Wszystkie trzy szukałyśmy za nim chyba ze 2 godziny i czorta nie można było znaleźć. Oleńka była zrozpaczona. Ja również, bo nie uśmiechało mi się z tym zębiastym stworem samej zostać. W końcu, kiedy obie wybierały się już do domu ze względu na późną porę, nakazując mi zaraz dać znać jak tylko chomik skądś wylezie, to nagle ten mały stworek sam wylazł. Spoza mojego biurka. Chyba już się domyślacie, co tam robił... Tak, ten czort jeden przegryzł mi kabel od telefonu. A to ci bestia niewyżyta! No ale koniec końców przyznać muszę, że nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Mam nowiusieńki telefon! Od wieczornych godzin, kiedy już mój Syn (mój żywy prezent urodzinowo-imieninowy - wspominałam o nim w moim poniższym wpisie) przegryziony kabel wymienił, życzenia telefoniczne odbierałam przepięknym, filigranowym, bajeranckim cackiem.
No czy nie szczęściara ze mnie? Jasne, że tak! Nie na darmo przyszłam na świat - w niedzielę

 
HKCz
2.07.2010
 

Dziś moje urodziny i imieniny

Nieczęsto się zdarza, aby otrzymać od rodziców imię z dnia swoich narodzin. Ja otrzymałam. I muszę się przyznać, że tak po prawdzie, to nie lubię tego swojego podwójnego święta. Tak mi się przynajmniej wydaje, kiedy ono się zbliża. Ale jak już ten dzień nastąpi, to lubię. Nawet bardzo. Skąd więc ten mój ambiwalentny stosunek do własnego święta. Już wyjaśniam.

A więc tak: lubię dzień moich urodzin i imienin dlatego, ponieważ cieszy mnie, że tyle osób o mnie pamięta i zewsząd śle życzenia. Bo to przecież bardzo, ale to bardzo miłe.

Nie lubię zaś dlatego, bo... ha!... no właśnie... Nie, nie dlatego, że mi przypomina ileż to mam już lat i że czas nieubłaganie szybko leci. Nie! Od przekroczenia pewnego wieku to nawet zapominam, ile mam lat. Ot, taka to szczególna amnezja na własny użytek. Z tego też względu staram się nie zaglądać do osobistego dowodu tożsamości, bo a nuż wzrok mi się omsknie i niechcący zerknę na to miejsce, gdzie ta nieszczęsna data urodzenia stoi. Przez ostatnie lata mojego życia nauczyłam się w tym temacie być bardzo ostrożną. Po co sobie niepotrzebnie psuć humor jakąś tam mało istotną datą?

Dlaczego więc swojego podwójnego święta nie lubię? Otóż swojego podwójnego święta nie lubię... już od dzieciństwa. Dziwne, nie? Dla mnie jednak nie. A to dlatego, że swoim przyjściem na świat zburzyłam porządek w mojej kochanej rodzince, bo przyszłam sobie jako trzecia z rzędu dziewczynka, nie bacząc na to, że moi rodzice tak bardzo pragnęli mieć chłopczyka. Dla dziewczynki nawet imienia nie mieli wybranego. Byli pewni, że będzie chłopczyk. Nawet to, że postarałam się zrobić rodzicom ogromną niespodziankę i zameldowałam się na świecie w niedzielę, nie zdołało ich w tym dniu uszczęśliwić i załagodzić rozczarowanie moją odmienną płcią. Rodzice czuli się tak bardzo zawiedzeni, że nie zadając sobie trudu, dali mi takie imię, jakie sobie przyniosłam, czyli takie, jakie stało w kalendarzu w dniu moich narodzin. No a potem, kiedy latek parę mi przybyło i już rozumiałam, co trzeba, to już zawsze musiałam być zazdrosna o swoje starsze siostrzyczki, że one dwa razy w roku obchodziły swoje święta, a ja tylko raz. A co gorsza, dwa razy w roku otrzymywały prezenty. A to dla mnie, jako dziecka, nie mogło być przecież miłe. Bo czymże ja zawiniłam, że tylko w jednym dniu święto miałam? Że podwójne, tym gorzej.

No i co? Czy nie mogłam nabawić się urazu do tego swojego podwójnego święta przez te wszystkie lata dzieciństwa? Ano mogłam… i się nabawiłam. I to paskudztwo w pewnym sensie trzyma mnie do dziś.

Jednak samą datę 1 lipca przyszło mi w przyszłości z pewnego cudownego względu bardzo, ale to bardzo polubić. Ponieważ, będąc w słusznym już wieku, w dniu tym urodziłam ukochanego syneczka. Szczęściara ze mnie, nie? To pewnie dlatego, że się w niedzielę urodziłam. Nie, nie dałam mu na imię Marian. Był wyczekiwanym chłopczykiem. Dziewczynkę już miałam. Trzy lata starszą.


Wszystkiego dobrego Syneczku...
mój Ty ukochany prezencie urodzinowo-imieninowy.

Kocham Cię nad życie, jestem z Tobą wszędzie...
Jesteś sensem mego życia, i zawsze będziesz.


PS

Ech, co za dzień! No nic, na dzień dobry zasuwam do lasu wybiegać swoje emocje świąteczne... potrójnie świąteczne.

HKCz
1.07.2010