Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Labradoodle. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Labradoodle. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 10 maja 2018

Nasz przyjaciel pies… Psie opowiastki




Kto odwiedza mój blog, wie, że kocham psy, że cała moja Rodzinka kocha psy, a nasz obecny pies, to Aramis, rasy Labradoodle. Co to za rasa i skąd się wzięła, pisałam już we wcześniejszych wpisach, oto linki: 

1. Żywy prezent spod choinki
2. Labradoodle - psy dla alergików

I jakie potrafią być pomocne człowiekowi, w tym (m.in.) wpisie: 
1. Na pomoc piesku!

Podaję te linki gwoli informacji dla tych, co tą rasą się interesują.


Aramis ma już 2 lata. I po tych 2 latach „mania” Aramisa, z pełnym przekonaniem, mogę potwierdzić moje wcześniejsze słowa, że Labradoodle to najlepsza rasa psów, jaką do tej pory miałam. A miałam: Husky, Owczarka Nizinnego, Basseta, Doga Arlekina, a w dzieciństwie nawet 3 kundelki. 

Labradoodle to nie tylko odpowiednie psy dla alergików, to przede wszystkim najlepsze psy rodzinne. Wiele o tym pisałam w poprzednich wpisach, zalinkowanych powyżej, nie będę się więc teraz powtarzać. 

Nasz Labradoodle - dwuletni Aramis, jest bardzo inteligentnym psem, bardzo posłusznym, spokojnym, i nad wyraz radosnym. Swoim zachowaniem potrafi rozbawić największego nawet ponuraka.

Oto niektóre fotki wesołego i radosnego Aramisa, członka naszej Rodzinki, też 
wesołej i radosnej… Zazwyczaj. 


Jak się bawić, to się bawić! 
Aramis uwielbia, kiedy się go stroi. Tu, na zdjęciu, to dzieło jego Półpańci, mojej Wnuczki. Po każdym takim wystrojeniu, Aramis wdzięcznie i wytrwale pozuje do zdjęć. Hihihi…! i zawsze 
patrzy prosto w obiektyw.


Aramis, to też czasem bardzo poważny myśliciel. A o czym tak duma, nie zdradza.


Po każdym spacerze z Wicepańcią, czyli ze mną, przymusowe szczotkowanie. To tak na wszelki wypadek, przeciw kleszczom. Po tym, jak mnie jeden taki kleszczowy skubaniec sieknął i zaraził boreliozą, uważam szczególnie. Aramis to pamięta, bo to on przytargał go z lasu na swoim grzbiecie do mojego domu.


Aramis naprawdę lubi, gdy się go stroi. 
Tu z kolei wystroił go jego Półpanek, czyli mój Wnuk - rekwizytem teatralnym po skończonym przedstawieniu, w którym grał. Po chwili Aramis, jak zwykle, z zadowoleniem pozuje do zdjęcia, patrząc prosto w obiektyw. Czeka zawsze na słowo: „gotowe”, dopiero po nim odwraca głowę. 


Wędrówki po lesie to dla Aramisa wielka radość… tyle miejsca do biegania, tyle do wąchania. 
A i w chowanego można się pobawić… Hurraaa! Półpańcia wystawiona i znaleziona! 


…także w głębokiej grocie.


A kiedy któreś z nas zawoła: - Hilfe!, albo Ratunku! (wspominałam już, że Aramis jest dwujęzyczny), to nasz kochany piesek pędzi na pomoc jak szalony.


W jednym z lasów mamy swoje stałe miejsce na odpoczynek przy wodopoju. Od wiosny
 po późną jesień. 


Aramis uwielbia pływać… i pewnie dlatego, za każdym razem wskakuje do koryta, żeby sobie 
choć łapy pomoczyć. A kiedy na dworze jest gorąco, czeka zawsze, żeby go jeszcze całego 
schlapać i ochłodzić. Ale jest wtedy zadowolony!


Hihihi…! a zimową porą nadziwić się nie może, co się stało z jego wodą w wodopoju.


Jak już się nie da pomoczyć łap i napić, to trzeba choć trochę… polizać.


Aramis niezbyt jest zadowolony, kiedy wchodzimy na ambonę dla myśliwych. Ujada wtedy 
jak szalony. I kiedy każemy być mu cicho, owszem, przestaje szczekać, ale zaczyna jakoś tak śmiesznie burczeć pod nosem. 


Parę razy chciał nas uprzedzić, i kiedy dochodziliśmy do ambony, wcześniej sam usilnie 
próbował się na nią wdrapać.


Tam gdzie Półpańcia i Półpanek, tam i Aramis. Hihihi…! jak tylko oczywiście da radę. 
Ale zawsze ogromnie się stara, by radę jednak dać.


Jakie było Aramisa niezadowolenie, kiedy zobaczył co stało się z powieszonymi przez nas latem tybetańskimi flagami modlitewnymi. Był naprawdę zły, aż warczał i prychał, próbując je z powrotem rozciągnąć. Niestety nie dało się, nawet i mi, bo tasiemka, na której flagi były nanizane, w kilku miejscach była porwana. Pewnie to górskie wietrzysko zrobiło swoje.


O właśnie, tak powiesiliśmy latem te flagi tybetańskie. 


Nie, nie jesteśmy Buddystami. Te flagi Wnuczek dostał od swojego kolegi z przedszkola, Japończyka. No to je powiesiliśmy przy naszym ulubionym, ogromnym dębie. U nas takie flagi, na wietrze powiewające, nie są niczym nadzwyczajnym. Tutaj żyją ludzie różnych wyznań i religii. Buddystów jest także dużo.

I tak ja Buddyści mówią, flagi wznosi się zgodnie z tradycją tybetańską w słoneczny poranek w najwyższym punkcie przestrzeni. Czyni się to dla dobra wszystkich istot żywych, nie tylko własnego. W ten sposób uwolnienia się z więzienia własnego ego. Z czasem flagi te ulegają wystrzępieniu, płowieją, wtedy zawieszane są nowe. Zastępują one - symbolicznie - starą formę, która musi odejść. Koło życia toczy się przecież nieustannie. Piękne, prawda? Buddyzm, to chyba najbardziej przyjazna człowiekowi religia. 


Ale jako fani dendroterapii, przytulać się do drzew, a zwłaszcza do dębu, to i owszem, lubimy.


Aramis, oprócz wody, uwielbia także śnieg, i tarzać się po nim. Czasami wygląda jak bałwan.


A to jakiś dziwny sopel, który Aramis przyniósł mi z oblodzonej jaskini. Nie wiem, czy to część lodowego stalaktytu, czy stalagmitu? E, nieważne, ważne, że przyniósł, pewnie na szczęście.


Nie, nie, to nie ufoludek, to Aramis przed wyjściem na późnowieczorny spacer po lesie. 
W lesie wieczorem ciemno, choć oko wykol… hihihi! to lepiej być widocznym. 


Aramis lubi, kiedy się mu coś opowiada. Siedzi wtedy wytrwale i słucha, strzygąc
 co rusz uszami.


Proszę Państwa, a oto Aramis… gdzie? A w salonie fryzjerskim. 
Z usług fryzjerskich korzysta co parę miesięcy. Ale jest tam nie tylko strzyżony, bo też kąpany w specjalnej pianie, ma depilowane uszy, skracane pazury, i na koniec, pięknie perfumowany.


Tym razem został też jeszcze pięknie przystrojony sprezentowanym przez panią fryzjerkę krawatem. To z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia. Aramis pewnie tym prezentem jest trochę speszony, bo w obiektyw jakoś nie patrzy, tylko na swoją Pańcię, czyli moją Córkę.

HKCz
26.11.2013

wtorek, 24 kwietnia 2018

Na pomoc piesku!


W ostatnią niedzielę moje dzieciaki pojechały do Austrii na narty. Ja zostałam w domu z Aramisem, z naszym rodzinnym psem rasy Labradoodle. Bardzo lubię kiedy to nasze kochane psisko jest u mnie. Uwielbiam wyprowadzać go na wybieg do lasu. To taki mądry pies. Mój ostatni osobisty pies, Dog Arlekin, też był bardzo mądry. To był mój prawdziwy bodyguard. Jednak Aramis jest jeszcze mądrzejszy. Czasami wydaje mi się, że on rozumie dosłownie wszystko, co się do niego mówi, i to w dwóch językach: polskim i niemieckim.

Wracam do minionej niedzieli. Było grubo po południu, byliśmy już na drugim spacerze. Pogoda była niezbyt ładna. Już drugi dzień z rzędu w ciągu dnia była plusowa temperatura. Śnieg się topił. A że niemalże nieustannie siąpił deszczyk i w nocy chwytał przymrozek, na dróżkach i ścieżkach leśnych było strasznie ślisko. Główne drogi służby leśne posypywały żwirem, boczne nie. Na nich trzeba było naprawdę bardzo uważać, żeby nie wywinąć orła, albo, w najlepszym razie, nie rozjechać się w efektownym szpagacie. Na wąskich ścieżynkach w głębi lasu było jeszcze gorzej. A ja właśnie lubię wędrować z psem wąskimi ścieżynkami. Tam można sobie swobodnie iść i iść i nie trzeba się martwić, że spotka się jakiegoś ostrego psa, albo, co gorsza, „psiego strachoputa”. Na dwóch nogach zwłaszcza. Tacy są o wiele większymi cykorami niż te na czterech. Czasami się ich tam spotyka, ale na szczęście rzadko.

Zeszliśmy z głównej drogi i powędrowaliśmy w głąb lasu, omijając szerokim łukiem te miejsca, gdzie ścieżynki były zbyt zlodowaciałe. I kiedy tak sobie spokojnie i radośnie przez las wędrowaliśmy, zabawiając się co rusz w aportowanie, nagle naszła mnie ochota na sprawdzenie Aramisa umiejętności opiekuńczych. Bo przecież to pies opiekuńczy, musi wiedzieć jak ma pomagać i ratować w razie potrzeby.

Najpierw, pozwalając mu się oddalić od siebie, chowałam się za krzakami albo drzewami i nawoływałam go lub gwizdałam na palcach. Kochany opiekun znajdował mnie za każdym razem w mig. A jak się przy tym cieszył. Skakał z radości i lizał mnie gdzie popadnie. Musiałam uważać, żeby z tego jego szczęścia w poślizg gdzieś nie wpaść.

Potem przyszła kolej na trudniejsze zadanie. Konkretną pomoc. Zawsze się z niej wywiązywał znakomicie. Chciałam jednak sprawdzić, czy i tym razem się wywiąże.
Już dawno temu spostrzegłam, kiedy Aramis miał zaledwie parę miesięcy, że on sam z siebie umie pomagać. Pamiętam, że pewnego razu, będąc z nim na spacerze w lesie, potknęłam się na wystających korzeniach drzew i wyrżnęłam na kolano... Zabolało, więc krzyknęłam: „ałaaa!”. Aramis, biegając sobie dobry kawałek przede mną, gdy tylko usłyszał mój okrzyk bólu, podskoczył jak piorunem rażony, w powietrzu zrobił natychmiastowy zwrot i w te pędy ruszył w moim kierunku. A jak zasuwał, rany! Jakby go wataha wilków goniła. Z uszyskami furkoczącymi, niczym chorągiewki na wietrze, dobiegł do mnie klęczącej na ziemi i od razu przystąpił do ratowania. Zaparł się tylnymi łapami i łbem zaczął mnie popychać ku górze, usilnie próbując postawić mnie do pionu. No bo przecież swoją Wicepańcię (córka jest Pańcią) zawsze widzi na dwóch łapach.

Widząc... i mocno czując, jak mnie zapamiętale ratuje, w końcu nie wytrzymałam i buchnęłam śmiechem. Kochane psisko, wpatrując mi się w oczy, zdębiało, ale tylko na moment, bo wnet na powrót zaczęło mnie łbem popychać. Wreszcie ja, jego Wicepańcia, poszłam po rozum do głowy i chwyciłam go za obrożę. Wtedy Aramis zaparł się łapami jeszcze mocniej, tym razem czterema, i zaczął mnie mocno ciągnąć. Od razu stanęłam na ła... na nogi. Ależ było radości. Obopólnej, ma się rozumieć.

Od tamtej pory często go sprawdzałam, chciałam wiedzieć, czy za każdym razem będzie w podobny sposób reagował i ratował. Naumyślnie padałam na ziemię i wydawałam z siebie sprawdzony już okrzyk bólu. Kochany pies, gdziekolwiek by nie był, czymkolwiek by nie był akurat zajęty (jak to w lesie) reagował natychmiast… Akcja, reakcja!
W dzisiejszym dniu zachciało mi się sprawdzian jego umiejętności nieco utrudnić. Poczekałam aż będzie zajęty sobą i oddali się. Sama zaś, by zwiększyć odległość między nami jeszcze bardziej, zaczęłam biec w przeciwnym kierunku. Biegłam poboczem. Ścieżynka była zbyt zlodowaciała i spadzista w dodatku. Znajdowaliśmy się akurat na wysokim leśnym pagórku. Kiedy zobaczyłam, że jestem już wystarczająco daleko, za trzema zakrętami ścieżynki, usiadłam na mchu obok ścieżynki i wrzasnęłam swoje: „ałaaa!”.

Rety, co się potem działo! Zobaczyłam jak Aramis w tempie iście kosmicznym pokonuje zakręt za zakrętem. Widoczność miałam w miarę dobrą, bo rosnące przy ścieżynce krzewy, jak to w zimie, były bezlistne. Gdy pokonał zakręty i wyszedł na prostą, miał już szybkość niemalże ponaddźwiękową. Pewnie to ta zlodowaciała nawierzchnia ścieżynki pomogła mu ją osiągnąć. Ależ mi się śmiać chciało, widząc go tak pędzącego z rozwianymi uszami i ledwie wyrabiającego zakręty. Ale powstrzymywałam się, i siedząc cichutko, czekałam na jego „pomoc”.
Kiedy zaczął się do mnie zbliżać, przez głowę przeleciała mi myśl, że może jednak siedzę zbyt blisko ścieżynki i on, przy takiej szybkości, może mieć problemy z wyhamowaniem przede mną. Niestety, myśl ta okazała się być trafną. Po paru sekundach się o tym przekonałam. Aramis także. Kochany mój opiekun i ratownik w jednej psiej skórze, próbując hamować, wpadł w tak ostry poślizg na lodzie, że nie wyhamował, rzecz jasna, i z całym impetem swojego 30 kilogramowego cielska wpadł na mnie… No i co to znaczy brak wyobraźni! Zaraz, ale ja przecież mam wyobraźnię, i to ponoć bogatą… Pewnie chwilowo ją zaćmiło. A może zamuliło?

Co się później działo, trudno opisać bez kolejnego ataku śmiechu. Naprawdę. Choć wówczas nie od razu do śmiechu mi było. No bo jakże mogło być, skoro z pozycji siedzącej z nagła znalazłam się w leżącej i z Aramisem na mym osobistym brzuchu zasuwałam na łeb na szyję po zlodowaciałej ścieżynce w dół. Przepraszam, zasuwaliśmy!... A że miałam na sobie kurtkę z ortalionu ocieplaną puchem gęsim, to zasuwało nam się z górki jak bobslejem. Tyle że bez hamulca. Dobrze przynajmniej, że wcześniej, jakby mnie przeczucie tchnęło, naciągnęłam na głowę kaptur. Tak że nic mi się nie stało. Aramisowi też nic. Na moim brzuchu miał miękko. Za to minę w czasie tej szaleńczej jazdy miał wystraszoną bardzo. A kiedy już wyhamowaliśmy, tzn. moja puchowa kurtka wyhamowała, mina jego natychmiast zrobiła się smutna. Bardzo smutna. Aż się wystraszyłam. Ale po chwili pękałam już ze śmiechu, bo zrozumiałam, że ta jego smętna mina to pewnie z powodu rozczarowania, że ratował mnie nie tak jak trzeba. Aramis, widząc że się śmieję, w końcu sam zaczął się śmiać. Po swojemu. A to potrafi wspaniale. Ha, jeszcze jak!


Wracając autem do domu, co rusz buchałam śmiechem. Oczami wyobraźni widziałam nas pędzących ścieżynką leśną na złamanie karku w pozycji… e tam, pal sześć pozycję, ważne że było i jest się z czego śmiać. Aramis, słysząc jak się śmieję, podnosił się ze swojego legowiska w bagażniku, i patrząc na mnie w lusterku wstecznym, uśmiechał się. Kochane, mądre psisko! 

Na końcu zamieszczę linki do wpisów o moich psach rasy: Husky, Owczarek Nizinny, Basset, Dog Arlekin, Labradoodle.

A teraz zapraszam do obejrzenia galerii mojego/naszego kochanego psa Aramisa - rasy Labradoodle. 


Czyż nie jestem piękny?


Ciiii… wystawiam zwierzynę. Ale tylko wystawiam. Mam znakomity węch. Nawet po kilku miesiącach niezawodnie trafia w poznane wcześniej miejsca.


Wiele mądrości w mej kudłatej głowie.


Jestem rodzinny pies Labradoodle, przyjazny także dla alergikom. Nie uczulam, o nie!, bo mam włosy a nie sierść.


Jestem bardzo łagodnym psem, miłym, radosnym i dobrze ułożonym.



Posłuszny jestem zawsze. Moja Pańcia i Wicepańcia mogą poświadczyć.


Zawsze jestem czujny i zawczasu daję znać o zbliżającym się niebezpieczeństwie.



Uwielbiam różne zabawy. A grać w piłkę nożną wręcz uwielbiam. Szkoda tylko, że piłki nie są bardziej wytrzymałe.


Uwielbiam także długie wędrówki… Zaraz, a co tam jest na dole?
A, owieczki. Muszę się im lepiej przyglądnąć.



O, „psi strachoput” idzie. No to odczekam chwileczkę… aż się straci.


Turystyka? A czemu nie! Jestem na wieży widowiskowej na 105 m.n.p.m. Ale to nasze miasto małe!



Zima jest wspaniała. Nigdy się nie ma pragnienia, a łapy się ma zawsze czyściutkie i nie trzeba wycierać jak się do domu wróci. To dobrze, bo ja tego wycierania za bardzo nie lubię.

Chwila dla mnie... Właśnie zabawiam się piłeczką, którą dostałem od swojej Pańci pod choinkę.

Do zobaczenia i usłyszenia!... Do następnego razu!
Pozdrawiamy wszystkich Miłośników Psów:
ja, Aramis, i moja Wicepańcia Halszka!

***

A to mój bodyguard, Dog Arlekin we własnej… skórze.



To też był bardzo radosny pies.

Jeśli ktoś masz ochotę przeczytać o zabawnych historyjkach z moimi psami w roli głównej, proszę klikać w poniższe linki: 
HKCz
(2.02.2013)

poniedziałek, 16 kwietnia 2018

Labradoodle, Basset i Dog Arlekin


Labradoodle, to stosunkowo nowa rasa psów. Ich hodowla rozpoczęła się w 1988 roku w Australii. Była odpowiedzią na pojawiające się zapotrzebowanie na psy hipoalergiczne, czyli takie, które są przyjazne alergikom, ale jednocześnie chętnie współpracujące z człowiekiem.
Labradoodle, to krzyżówka labradora z pudlem. Są to bardzo urocze psy. Mają atletyczne ciało, duże oczy, zwisające uszy oraz, co bardzo ważne, nieliniejącą sierść. Są więc wymarzonymi psami dla alergika. Labradoodle są także bardzo dobrymi przewodnikami. Umieją i lubią współpracować z ludźmi. To bardzo mądre psy. Wyczuwają moment, kiedy mają być zabawne, by rozśmieszyć towarzystwo, a także wiedzą kiedy znów mają się zamienić w czujnego, opiekuńczego psa. Polecane są jako psy dla rodziny, ale doskonale też dotrzymają towarzystwa osobie samotnej. Są bardzo żywotne oraz posłuszne. Mają niewielkie tendencje do agresji, czy szczekania, są delikatne w podejściu do dzieci i innych zwierząt. Osiągają bardzo wysokie wyniki w treningach posłuszeństwa.
Labradoodle stają się coraz bardziej popularną rasą w Europie. Też i w Polsce rośnie zainteresowanie tą rasą. Z tego co wiem, w Polsce są już dwie hodowle tych psów.
A oto matka naszego labradoodla Aramisa – pudel Amanda.

To zaś ojciec Aramisa – labrador Ben of Black.


Rodzice Aramisa mają nawet swoją stronę internetową. Oto link do niej: http://labrador-von-der-gallusquelle.jimdo.com/ Wiele ciekawych rzeczy można się tam dowiedzieć. O tych konkretnych psach: Amandzie i Benie of Black, ale też i całej rasie labradorów, pudli i już samej ich krzyżówki - labradoodli. Kto nie zna niemieckiego, może chociaż pooglądać olbrzymią ilość fotek tych psów w różnych ich sytuacjach, klikając w: Fotogalerie; Welpen/Planung i inne ikonki.

Parę dni po narodzinach…
Wśród jedenastu szczeniąt jest i nasz Aramis– ten z zieloną obrożą.



Czterotygodniowe szczeniaczki jedzą już pięknie samodzielnie…
I jak widać na pierwszej fotce - tuż pod tytułem - pięknie pozują do zdjęć.


No niech mi ktoś powie, że te pieski nie są słodkie…

***
Słowo się rzekło… i tak jak obiecałam w poprzednim wpisie, pokażę teraz fotki naszego ostatniego psa w Polsce, i tu, w Niemczech.
Ostatnim naszym psem w Polsce była Malwina. Pies, a właściwie suczka rasy Basset.

Oto i Malwina w swojej pełnej, uszatej krasie.



Fotki te już wcześniej zamieściłam w swoich wspomnieniach o Malwinie pt.: „Pieskie życie Malwiny… i moje z nią”, jeśli masz ochotę pośmiać się z moich z nią perypetii). Malwina była psem bardzo szczególnym. Uparciuchem i egoistką do n-tej potęgi. Do tego jeszcze wprawną złodziejką. Książkę można by o niej i jej wybrykach napisać.
Zaś mój ostatni (do tej pory) pies w Niemczech, Dog Arlekin - Jocker, był moim najmądrzejszym i najukochańszym psem. Był moim bodyguardem. Nieraz tu na blogu wspominałam o nim. Super z nim miałam. Nikogo obcego do mnie nie dopuścił. Zwłaszcza miał uraz do zawianych facetów. Na odległość takiego delikwenta wyczuwał... i warczał, i szczekał, jak wściekły. A mnie łbem odpychał jak najdalej od tych alkoholowych wyziewów. Gdy jechaliśmy do Kraju, i kiedy jeszcze były kontrole na granicy, to dopiero miałam wspaniale. Mój Jocker był postrachem wszystkich celników i wopistów. Niechby no tylko któremuś przyszła ochota skontrolować moje auto, ha, szybko tego pożałował. Bo kiedy tylko jeden z drugim otworzył klapę bagażnika, na widok mojego Jocker'a, spietrały cały, jeszcze szybciej ją zamykał. A ja, chichocząc, siedziałam sobie wygodnie za kierownicą i czekałam na jego znak, że mogę jechać dalej… Eee tam, że mogę, że - mam, i to natychmiast! Tak to odczytywałam po nerwowym machaniu ręką niedoszłego kontrolera. Ależ miałam z Jocker`em fajowo przy przekraczaniu granicy! Za każdym razem.
No popatrzcie sami… Czyż nie wyglądał groźnie?


Jocker pilnował mnie nawet na tarasie.



Uwielbiał wędrować ze mną po górach i lasach.


Śpij, śpij spokojnie kochany piesku, nad ranem znów jedziemy 
na pierogi do Polski.



Któreś tam odwiedziny w Polsce…
Jocker bardzo lubił być w Polsce. Najbardziej pewnie z powodu
babcinych ruskich pierogów, które wręcz pochłaniał…
Robił tylko - kłap, i pieróg za pierogiem znikał w jego potężnej paszczy.


Czego najbardziej nie lubił, to była woda…
Nigdy nie pływał, a kiedy ja szłam pływać, był bardzo niezadowolony.
Stał wtedy podenerwowany na brzegu i nie spuszczał mnie z oka.



Na poniższej fotce, to nasz przedostatni niestety pobyt w Polsce z naszym ukochanym Dogiem Arlekinem – Jockerem. Jak już wspominałam w poprzednim wpisie, zmarł na zawał serca. Psy ras wielkich i olbrzymich niestety żyją zwykle krótko.



HKCz
(2.01.2012.)