Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powojenna piłka nożna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą powojenna piłka nożna. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 kwietnia 2018

Piłkę nożną w Polsce kocha się od zawsze


Piłkarze z KS Cukrownik - 1946 rok. Zdjęcie z albumu
piłkarskiego mojego Ojca.


Piłka nożna w naszym Kraju cieszy się wielkim zainteresowaniem. Od zawsze. Zainteresowanie nią rośnie jeszcze bardziej w okresie Mistrzostw Europy i Mistrzostw Świata (Mundialu). Bo też piłka nożna jest bardzo widowiskowym sportem. Jakie były jej początki?

Matką dzisiejszej piłki nożnej jest Anglia. Już w połowie XIX wieku organizowano tam pierwsze rozgrywki. Tam też, jak mówi historia, po raz pierwszy spisano przepisy gry w piłkę nożną. W Polsce w piłkę nożną zaczęto grywać niewiele później, bo już w połowie lat 80-tych XIX wieku, pod zaborami. W pierwszym dziesięcioleciu XX wieku zaczęły powstawać już pierwsze kluby piłkarskie. Dyscyplina ta najprężniej rozwijała na terenach zaboru austriackiego. Najstarszy polski klub piłkarski powstał właśnie we Lwowie w 1903 roku i nosił nazwę Lechia Lwów.

W okresie międzywojennym piłka nożna stawała się dominującą dyscypliną sportową w wielu polskich miastach i wsiach. Zaraz po wojnie ożyła na nowo. 
Na Ziemiach Odzyskanych równolegle z organizacją życia gospodarczego, społecznego, kulturalnego i politycznego rozpoczęto organizowanie sportu, zakładano kluby sportowe. I choć społeczeństwo tam było bardzo zróżnicowane, bo też składało się z Polaków pochodzących z różnych regionów kraju i odmiennych środowisk, to jednak wszyscy razem z wielkim zaangażowaniem działali na rzecz piłkarskich klubów sportowych.



Piłkarze z KS Cukrownik - 1947 rok. Zdjęcie z albumu
piłkarskiego mojego Ojca.


Początki działalności klubów nie były łatwe. Brakowało wszystkiego, a na pomoc władz i instytucji państwowych nie można było liczyć, gdyż zajmowały się ważniejszymi sprawami — usuwaniem skutków wojny. Piłkarskie kluby sportowe radziły sobie w większości same. Organizowały środki finansowe, sprzęt i transport. Czasami był to traktor z ławeczkami ustawionymi na przyczepie, czasami samochód ciężarowy, czasami rowery, a czasami tylko własne nogi. Jednak mimo tych ogromnych trudności, piłkarzy tamtego okresu cechował wielki zapał i niebywałe poświęcenie, mogące służyć nam dzisiaj jako piękny przykład do naśladowania.


Piłkarze z KS Cukrownik - 1947 rok - przed kolejnym meczem.
Zdjęcie z albumu piłkarskiego mojego Ojca.


Pochód 1-majowy w 1947 roku. KS Cukrownik był Ojca dumą.
Przez wiele lat był w nim piłkarzem, potem został jego prezesem.

HKCz
23.04.2013
 

piątek, 30 marca 2018

Pociąg do sportu

U mnie pociąg do sportu, to pewnie dziedziczny jest. Mój Ojciec za młodych lat był sportowcem. Grał w piłkę nożną. Dzieciństwo spędziłam na boisku sportowych, i to nie tylko na meczach, między meczami również. W późniejszych latach, Ojciec pełnił społeczną funkcję Prezesa Klubu Sportowego, to też boisko stało przede mną i moimi starszymi siostrami otworem. Ale jedynie ja załapałam bakcyla sportowego na całe życie.
A oto fotki Ojca drużyny piłkarskiej, kiedy mnie jeszcze na świecie nie było.

Zdjęcie z 1947 r.


Ojciec klęczy pośrodku.


Pochód pierwszomajowy - 1949r.


Sportowcy na czele pochodu. Ojciec pierwszy z prawej


Po kilku latach skład drużyny nieco się zmienił,
Ojciec grał nadal.


Ojciec w pozycji kucznej - drugi od lewej.


Kiedy ja się urodziłam, jako 3 córeczka kochanych rodziców (hihihi!... a miałam być syneczkiem), Ojciec jeszcze grał, ale ja tego nie pamiętam. Byłam zbyt mała. Pamiętam natomiast późniejsze lata, kiedy Ojciec był już Prezesem i zabierał mnie na mecze. Bardzo lubiłam być na meczach, zwłaszcza wtedy, kiedy Ojca drużyna strzelała gole. Nie to, że aż tak bardzo jej kibicowałam, no, może trochę też, ale przede wszystkim dlatego, że co gol, to ja frrruuu!... w powietrze. Tatulko w szale radości za każdym golem podrzucał mnie jak piłkę. Wysoko, bardzo wysoko. Ależ to była dla mnie radocha!

Kochałam sport od dziecka i przez wszystkie lata szkolne byłam sportsmenką. Startowałam na wielu zawodach lekkoatletycznych. Chybabym nie zliczyła na ilu. Wyniki miałam różne, ale nigdy złe.
Proszę bardzo, oto moje hasło z tamtych lat. I nie tylko z tamtych. Zdjęcie pochodzi z uroczystych obchodów Dnia Sportu w szkole średniej.

Niech żyje sport!


Robiłam za słupek wyłaniający się z falującej na wietrze biało-czerwonej róży. Hihihi…! pamiętam, że dziewczyny tak krzywo mnie podnosiły, że ledwie utrzymałam równowagę. Mało na łeb, na szyję nie spadłam… Ale bym wtedy wyglądała z tym swoim hasłem.

Nawet niekiedy i w czasie wakacji startowałam w różnych zawodach. Najbardziej upamiętniły mi się zawody sportowe w Chybiu, w których brałam udział na prośbę mojego Ojca. Bo to Ojca Zjednoczenie organizowało tam zawody, a Ojciec koniecznie chciał, aby jego zakład pracy te zawody wygrał. Ku wielkiej radości mojego tatulki, zajęłam pierwsze miejsce w biegu na 100 m. Długo jednak nie było nam dane z tego faktu się cieszyć, ponieważ po paru zaledwie minutach, zdyskwalifikowano mnie. Za co? Ano za to, że biegłam w kolcach (sic!), a nie na bosaka, jak kilka zawodniczek. Ot i komunistyczna polityka sportowa. Bosonogich sprinterek im się zachciało. Wcześniej nie widziano, że stoję w blokach startowych w kolcach. A tak w ogóle, co to za bose zawody w drugiej połowie XX wieku, się pytam? Tzn. się pytałam. Wtedy. Bo dziś, to jedynie ubaw mam z tych wspomnień.

Przed startem.


oczywiście w kolcach na nóżkach.

Doskonale jednak pamiętam, jaka zła byłam po tej dyskwalifikacji na siebie, że mi się zachciało startować w takich dennych zawodach. Na szczęście później humor mi się nieco poprawił, bo udało mi się zająć pierwsze miejsce w pchnięciu kulą. Na bosaka oczywiście. Tatuś znów był dumny. Ja mniej, ale przynajmniej już taka wściekła nie byłam.

Po wielkich zawodach sportowych… Bosonogich!


Chwile na odpoczynek i refleksje. Dwóch zawodników: Martin i ja, trzymając w ręce zakazany detal sportowy - kolce, psioczymy na dziwolongowatość sędziów sportowych i całe te komiczne zawody. Dwóch niezawodników, czyli moja siostrzyczka i kolega Rysiek, wspomagają nas w psioczeniu. Nie powiem, trochę nam ulżyło. A potem, widząc tatulki mego zadowoloną minę, już się nawet cieszyłam, bo to też w końcu dla niego wzięłam udział w tych tzw. „zawodach sportowych”.


Później wiele jeszcze lat startowałam w różnych zawodach. Nawet kiedy miałam już rodzinkę i dziecko.
Byłam w 2-gim miesiącu ciąży z drugim dzieckiem i nadal brałam udział w zawodach LA. Startowałam w Młodzieżowych Zawodach Sportowych w Riesie w NRD. Wtedy jednak jeszcze nie wiedziałam, że rodzinka mi się powiększy. Spokojnie więc wzięłam jeszcze i udział w Igrzyskach Młodzieżowych zorganizowanych przez ZMS. A po igrzyskach, uczestniczyłam naturalnie w wielkim bankiecie i odbierałam dyplomy. Po tych igrzyskach, przeszłam jednak w stan spoczynku. Po paru miesiącach, zostałam po raz drugi szczęśliwą mamą.
Nie bez powodu najbardziej zapamiętały mi się te Igrzyska Młodzieżowe, bo jak się okazało, były to moje ostatnie zawody. Zawody, bo ze sportu nie zrezygnowałam do dziś.  

Moje ostatnie zawody - Igrzyska Młodzieżowe ZMS.


No co? Brawo Halszka, co nie? Brawo, brawo!!! ;)


Ojejku!... Mamo, chwalą mnie... i brawo biją! :D


HKCz
1.05.2010