Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka po lesie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wędrówka po lesie. Pokaż wszystkie posty

środa, 16 maja 2018

Leśne czary. Wakacyjna opowiastka Mexa

To niby-bajka, którą napisałam zainspirowana opowiadaniami mojego wnuczka, z którym spędzałam trzy tygodnie wakacji na wspólnych wędrówkach po górach i lasach. Opisałam w niej niektóre jego dziecięce wrażenia dotyczące miejsc które zobaczył oraz zilustrowałam je zdjęciami.

***
Obudziłem się dzisiaj rano w bardzo miłym nastroju. Otworzyłem najpierw jedno oko... ale zaraz i drugie, bo zobaczyłem, że słoneczko świeci już mocno i rzuca swymi cieplutkimi promyczkami na moje łóżeczko. Od razu sobie przypomniałem jaki ważny dzień jest dzisiaj. Pierwszy dzień wakacji. Ja bardzo lubię chodzić do przedszkola, ale wakacje też lubię, bo jak mam wakacje, mamusia już z samego rana wozi mnie do babci Halszki. A u babci to ja bardzo lubię być. U babci zawsze jest wesoło. Bawimy się razem, malujemy, śpiewamy, tańczymy, gramy w różne gry, niekiedy gramy też i w piłkę nożną w ogrodzie. A to moje przedostatnie wakacje w przedszkolu. Na drugi rok, ja Mex, będę miał już 6 latek i pójdę już do szkoły.
Kiedy tak leżałem ucieszony, że po śniadanku będę już u babci, przypomniałem sobie, że miałem niezwykły sen. Śniło mi się, że byłem w lesie. Samiutki. Szedłem i szedłem w głąb lasu, zbierając do koszyczka pyszne poziomeczki, i nagle zobaczyłem dziwną chatkę. Przypominała mi chatkę Baby Jagi. Widziałem taką w książeczce o Jasiu i Małgosi, którą czytała mi kiedyś mama. Gdy zobaczyłem, że ktoś z tej chatki wychodzi, bardzo się wystraszyłem, ponieważ wydało mi się, że to zła Baba Jaga, ale zaraz przestałem się bać, bo ni stąd, ni zowąd, stanęła przy mnie moja babcia Halszka. Babcia wzięła mnie za rączkę i razem poszliśmy przez las, śpiewając jak te krasnoludki: - Hej ho, hej ho, do lasu by się szło...” Ucieszył mnie mój sen bardzo, bo od dawna marzyłem by pójść z babcią do lasu.
Wesolutki wyskoczyłem z łóżeczka i pobiegłem najpierw do łazienki wymyć buzię i ząbki. Potem sam się ubrałem i z mamusią zjadłem śniadanko, a po śniadanku pojechaliśmy do babci. Babcia przywitała nas z uśmiechem i powiedziała:
- Już kończę pakować drugie śniadanie do plecaka i zaraz mój kochany Mexiulinko wyjeżdżamy do lasu.
- Huuurrraaa! - zawołałem uradowany i rzuciłem się babci na szyję. Potem podbiegłem do mamusi, dałem jej buzi i powiedziałem: - Jedź już mamusiu pracować.
Bardzo się cieszyłem, że jedziemy do lasu, bo ja lubię z babcią chodzić po lesie. Tyle tam ciekawych rzeczy można zobaczyć i zrobić piękne zdjęcia. Babcia robi swoim aparatem, a ja swoim. Bo ja też mam już aparat fotograficzny. Dostałem go od babci. Pomachałem mamusi przez okno jak wsiadała do auta i grzecznie czekałem aż babcia będzie gotowa.
Po chwili jechaliśmy już do lasu, śpiewając wkoło wymyśloną przez babcię piosneczkę:

Hen za miastem rośnie las,
I zaprasza dzieci was…
Pięknie wokół szumią drzewa,
A chór ptaków głośno śpiewa.

Chodźcie dzieci, chodźcie wraz,
Bo wakacji nadszedł czas!!!

Chodźcie dzieci, chodźcie wraz,
Czary w lesie czekają nas!

Ze śpiewem na ustach podjechaliśmy pod wysoką górę, zostawiliśmy tam auto, i maleńką ścieżynką powędrowaliśmy do wieżyczki na skale, żeby nasze miasto zobaczyć z góry.


Pięknie wygląda nasze miasto z tak wysoka. Babcia mówi, że jest o wiele dłuższe niż szersze, bo leży w kotlinie. Lubię patrzeć na nasze miasto z góry. Wtedy czuję się tak, jakbym był ptaszkiem fruwającym ponad domami.
.

Potem powspinaliśmy się trochę po skałach. Babcia uważała na mnie bym nie spadł, i żeby mi się nic nie stało, a ja uważałem na babcię.


Troszeczkę się zmęczyłem tym wspinaniem, bo wysoko było. Jednak tak bardzo mi się to wspinanie podobało, że nie umiałem przestać. Wreszcie babcia zawołała:
- Widzisz tę chatkę tam daleko?! O, popatrz... - wskazała palcem. - Pójdziemy tam i zjemy sobie drugie śniadanko. Trochę też odpoczniemy. Dobrze?
- Dobrze, babciu! Jestem już bardzo głodny - odpowiedziałem i zszedłem ze skał na dróżkę.


Kiedy szliśmy dróżką leśną w stronę chatki, usłyszałem dochodzące z polany ćwierkanie koników polnych. Pobiegłem tam by zrobić im zdjęcie.


Szukałem i szukałem, i nie zobaczyłem ani jednego. Chyba się mnie wystraszyły i schowały się w trawie. Trudno, może innym razem się uda - pomyślałem sobie, wracając do babci na dróżkę. I kiedy tak szedłem obok babci, w oddali zobaczyłem coś dziwnego. Szybko pobiegłem w tamto miejsce, i gdy byłem już niedaleko, tak bardzo się zdziwiłem widokiem tego czegoś, że buzia sama mi się rozdziawiła.
- Babciu, babciu, co to jest?! - spytałem głośno po chwili zastanowienia.
- No jak to co?! - wołała babcia w odpowiedzi. - Budowla, panie Mexiński... Budowla!
- A co to jest budowla? - pytałem dalej, bo nic z tej budowli nie rozumiałem.
- To jest to, co człowiek swoimi rękoma zbuduje. A tu widać wyraźnie rękę człowieka. Same kamienie by się tak nie poukładały - zaśmiała się babcia. - Pewnie królowa-mrówka zamieszkała tam wraz ze swoimi mrówkami-pracownicami. Nie będziemy im przeszkadzać. Z daleka tylko popatrzmy.


Zaciekawiła mnie ta budowla bardzo. Usiadłem sobie więc na dróżce naprzeciw niej i zastanawiałem się jak to też ta ręka człowieka budowlę tę wzniosła.


Przyglądałem się każdemu kamieniowi i budowla ta coraz bardziej mi się podobała. Z rozmyślań wyrwała mnie babcia, wołając:
- O, popatrz Mexiu, chatka tuż-tuż! Chodźmy szybciej. Czas na drugie śniadanko!


Popatrzyłem w kierunku tej chatki i zaczęło mi się wydawać, że tak jakbym ją już gdzieś widział. Pewnie w jakiejś bajce - pomyślałem, i zaraz też poczułem się jak w bajce, i coraz to bardziej bajeczne obrazki zacząłem dookoła widzieć. Jak w książeczkach. Takie niby normalne, a jednak inne... bajkowe.


Drzewa stały się nagle takie ogromne, rozgałęzione. Gałęziami dotykały ziemi. Można było po nich wejść jak po drabinie na sam szczyt drzewa. Babcia razem ze mną podziwiała te bajeczne drzewa. Na chwileczkę pod jednym z nich usiedliśmy i wtedy babcia powiedziała mi wierszyk o bajkowej mocy drzew:

...Drzewa dzieciom piękne bajki opowiadają,
Pochowane je między gałązkami mają...
Zbierały bajeczki przez wiele, wiele lat,
A układał je na drzewach malutki skrzat.

Wystarczy byś się pod drzewem położył,
Złączone rączki pod głowę podłożył,
Zamknął oczy i się wsłuchał,
A drzewo ci będzie szumieć do ucha:

I ty mój drogi, wyobraźni oczami,
Żył będziesz w bajce z innymi postaciami.
A będą w niej dobrzy i źli ludzie…
Będziesz tam walczył w znoju i wielkim trudzie-
Ze złem całego świata i ohydnym potworem.
I zawsze zwyciężysz… i to z honorem!
Upojony zwycięstwem uwierzysz w siebie,
I w dobrych ludzi na Ziemi... nie tylko w Niebie.
Zło będziesz zawsze dobrem zwyciężał,
Bo pojmiesz dobro, i w nim będziesz tężał.

Niebiańskie uczucia… Prawda?
A takie uczucia - szum drzew ci da.
Chcesz więcej? - Pozostań w lesie…
Aż mały skrzat kolejną bajkę przyniesie.

Od razu chciałem się położyć pod drzewem, aby posłuchać jakiejś bajeczki przez drzewo wyszumianej, ale babcia powiedziała, że nie teraz, że teraz, to my musimy do chatki w końcu dotrzeć by się tam posilić i odpocząć. I kiedy już wstaliśmy spod drzewa, i otrzepaliśmy ze ściółki leśnej nasze spodnie, babcia powiedziała:

Gdy przychodzi czas by do rzeczywistości powrócić,
Wstań i obejmij drzewo - zanim do domu wrócisz.
Poczujesz w sobie błogie ukojenie i anielski spokój,
Twe smutki pójdą precz, a w duszy zapanuje pokój.

Zrozumiałem od razu o czym babcia powiedziała i rączkami objąłem pień drzewa. Babcia zaśmiała się, a ja zawołałem:
- Ale jestem spokojny! Tak spokojny, że jeszcze bardziej głodny - i też zacząłem się śmiać, bo babcia śmiała się już w głos.
Roześmiani, poszliśmy dalej. A po drodze, pięknie, zielono, bajecznie. I im bliżej chatki, tym piękniej i bajeczniej.
- Babciu, zobacz jak tu ślicznie dookoła - wyszeptałem, nie mogąc oczek oderwać od pięknej zieleni leśnych widoczków.
- Jak w bajce, prawda? - szeptem też powiedziała babcia.


Wszystkie roślinki zaczęły mi się wydawać jeszcze piękniejsze. Nawet zwykła trawa wyglądała jak w moich bajeczkach. Zacząłem rozglądać się już nawet, czy jakiegoś leśnego ludka krasnoludka gdzieś nie zobaczę. Kręciłem główką we wszystkie strony. I nagle...


- Ojej, babciu, a to co?! - zawołałem bardzo głośno, bo wystraszyłem się, myśląc, że to jakiś potwór z trawy się wyłania.


- To nic strasznego! - zaśmiała się babcia. - Daj rączkę, podejdziemy blisko byś mógł zobaczyć co to jest.
- To żaden potwór... hurrraaa! - zawołałem ucieszony, kiedy upewniłem się, że to co widzę, potworem nie jest, ani nawet groźnym wężem.
Coraz bardziej czułem się jak w bajce, jak w zaczarowanym lesie. Wszystko dookoła wydawało mi się inne, piękniejsze, jak zaczarowane.
Szliśmy dróżką leśną, a ja widziałem jak drzewa migotają iskierkami. Nawet te iskierki słyszałem. Takie cichutkie dzyń-dzyń-dzyń, jakby dźwięk dzwoneczków.


- Zbliżamy się już do chatki - powiedziała nagle babcia, przerywając mi wsłuchiwanie się w dzyń-dzyń-dzyń iskierek.
- Popatrz babciu, powalone drzewo, a też tak pięknie migocze iskierkami - zawołałem, wskazując paluszkiem na to cudo.


- Iskrzący pień, a za iskrzącym pniem, iskrząca chatka - zaśmiała się babcia.
- Gdzie, gdzie babciu? Pokaż! - zaciekawiłem się bardzo.


Kiedy babcia pokazała mi chatkę wśród drzew, nie zauważyłem by iskrzyła, ale znów zacząłem się zastanawiać gdzie ja ją widziałem. Jednak nie umiałem sobie przypomnieć gdzie. Poczułem się trochę niepewnie. Nie wiem czemu. Na wszelki wypadek chwyciłem babcię za rękę. Weszliśmy razem na ganek chatki, a potem babcia otworzyła skrzypiące drzwi, i weszliśmy do środka.


- Ojejku, babciu, pajęczyna! Tu są pająki jak u Baby Jagi! - krzyknąłem wystraszony i uciekłem z chatki, bo nagle przypomniał mi się mój sen.
Jak znalazłem się już za chatką, coś kazało mi się oglądnąć za siebie. Oglądnąłem się więc, ale tylko ledziutko, i wtedy kątem oka kogoś na ganku chatki zobaczyłem.
- Ojej, babciu, Baba Jaga! Uciekajmy! - krzyknąłem bardzo już przestraszony.


Chciałem jeszcze szybciej uciekać, ale kiedy oglądnąłem się raz jeszcze by zobaczyć czy babcia też ucieka, wtedy ta Baba Jaga wydała mi się podobna do babci.
- Zaraz, przecież to jest moja babcia! - krzyknąłem jeszcze głośniej, kiedy usłyszałem babci głos i zobaczyłem, że macha do mnie ręką.
- Mexiulinka, wracaj! A ty gdzie uciekasz?! - wołała babcia. - Chyba nie wziąłeś mnie za Babę Jagę, co?!
- Babciu, jak to dobrze, że to ty! - zawołałem uradowany i zacząłem się śmiać, bo znów przypomniał mi się mój sen, ale tym razem dokładnie.
Śmiałem się i śmiałem, i nie mogłem przestać, nawet wtedy, kiedy robiłem babci zdjęcie.
Roześmiany wróciłem do babci na ganek chatki i zjedliśmy tam drugie śniadanko. Po jedzeniu chwilę sobie posiedzieliśmy na ławeczce i babcia opowiadała mi dużo i ciekawie o swoich leśnych przygodach, powiedziała mi też wierszyk o lesie:

Las to cudowna ostoja przyrody…
Zieleń, orzeźwiająca woń, ptaszków trele,
Cichutki szum źródlanej wody,
Spokoju oaza, ukojenia w nim wiele.

W lesie najpiękniej o brzasku…
Kiedy mgłą osnute jeszcze,
Kiedy słońce nabiera dopiero blasku,
Kiedy na wpół uśpione jeszcze.

Bardzo mi się spodobał wierszyk babci, tylko nie bardzo rozumiałem, co to jest brzask, zastanawiałem się chwilę nad tym słowem, ale w końcu, kiedy ruszyliśmy już w dalszą drogę, spytałem:
- Babciu, a co to znaczy o brzasku?
- O brzasku, to znaczy, o wczesnej porze, tuż przed wschodem słońca. Na niebie słońca jeszcze wtedy nie widać, ale widać już jego blask - odpowiedziała babcia.
- A weźmiesz mnie kiedyś do lasu o brzasku? - spytałem z nadzieją, bo bardzo zaciekawiła mnie ta brzaskowa pora.
- Wezmę, obiecuję - zaśmiała się babcia.
Ucieszyłem się bardzo, bo wiedziałem, że babcia zawsze dotrzymuje słowa. Od razu też przypomniały mi się babci słowa, które ona często powtarza: „To, co obiecane, musi być dotrzymane.”
Szczęśliwy, że kiedyś zobaczę słoneczko jak wschodzi, popatrzyłem na niebo. Słoneczka na niebie jednak nie znalazłem. Znikło nagle za chmurami. Zanosiło się na deszcz, ale i tak pięknie było w lesie. Babcia powiedziała, że deszcz nam nic nie zrobi, że w lesie tylko burzy trzeba się bać. Ale ja się nie bałem, bo babcia powiedziała, że z takich chmur burzy nie będzie.
Wędrując dalej, zobaczyłem pszczółkę fruwającą z kwiatka na kwiatek. Bardzo mnie zaciekawiła. Koniecznie chciałem zobaczyć jak ona zbiera miód z kwiatuszków. Bo miód, to ja bardzo lubię. I w herbatce, i na chlebku.


Kiedy tak pochylony nad kwiatuszkiem przyglądałem się pracy pszczółki, babcia podeszła do mnie i wytłumaczyła mi, że pszczółki z kwiatów nie zbierają jednak miodu, a tylko nektar i pyłek, i dopiero później, w ulu, wytwarzają miód. Opowiedziała mi też, jak one noszą do ula ten nektar i pyłek. Mówiła, że nektar wysysają z kwiatków długim języczkiem, a potem w brzuszku zanoszą go do swojego domku. Pyłek zaś przenoszą na jednej z trzech par nóżek, na których mają takie specjalne poduszeczki, do których ten pyłek się przykleja. Ale to ciekawe - pomyślałem i jeszcze mocniej wpatrywałem się w pszczółkę. Chciałem zobaczyć jak ona to wszystko robi. Niestety, nie udało mi się zobaczyć, bo pszczółka nagle odfrunęła... i tyle ją widziałem.
No to poszliśmy dalej, ale zeszliśmy już z dróżki leśnej i szliśmy wąskimi ścieżynkami w głąb lasu. Znaleźliśmy tam dużo malinek na krzaczkach. Babcia zrywała je i wsypywała mi do rączki. Ale zrywała tylko te wysoko rosnące, bo mówiła, że rosnące przy samej ziemi mogą być zanieczyszczone przez zwierzątka, więc by się nie rozchorować, bez mycia lepiej takich nie jeść. Bardzo mi smakowały te czerwoniutkie malinki.
Kiedy tak wędrowaliśmy wąskimi ścieżynkami, zaczął padać gęsty deszcz. Schroniliśmy się na chwilkę w chatce leśników, którą babcia wypatrzyła w głębi lasu. Nie, nie bałem się tej chatki. Już nie. Z babcią czułem się bezpieczny.


Deszcz stukał po dachu chatki, a my spokojnie wyjadaliśmy owoce z plecaka i piliśmy herbatkę miętową z cytryną... i z miodkiem oczywiście.


Deszcz padał i padał, ale już nie taki gęsty. Babcia wyciągnęła z plecaka swoja kurtkę przeciwdeszczową i mnie w nią ubrała. Wyglądałem w niej chyba śmiesznie, bo babcia głośno się śmiała. Ale co tam, ważne, że nie zmoknę.
- Czas do domu! - zawołała babcia. - Czas na obiad.
Ruszyliśmy więc w stronę parkingu, gdzie czekało na nas babci auto.
- I raz, i dwa, i raz, i dwa, i raz, i dwa, i trzy, i cztery, lewa, lewa, lewa...! - ze śpiewem na ustach maszerowaliśmy równym krokiem.


Kiedy dotarliśmy na parking, to nawet nie chciało mi się zastanawiać na tym, że przyszliśmy tam zupełnie z innej strony. Jak najszybciej chciałem usiąść już w aucie i jechać do domu. Tak zgłodniałem.
- Babciu, a co będzie na obiadek? - spytałem, siedząc już w swoim wygodnym foteliku.
Bardzo lubię jeść. Babcia mówi, że ze mnie to taki mały głodomorek. Nie bardzo wiem co to znaczy, ale myślę, że chyba nic złego, bo kiedy babcia tak do mnie mówi, to zawsze się uśmiecha.
Wracając już autkiem do domu, opowiadałem babci o swoich wrażeniach z wędrówki po lesie. Opowiadałem jej jeszcze i przy obiadku i po. Bardzo mi się podobało. Bardzo, bardzo... a nawet bardzuchno, jak to babcia mówi. Powiedziałem jej też, że mam takie jedno wielkie marzenie, że chciałbym, jak dorosnę, zostać takim panem co bajki dla dzieci pisze. Babcia tak bardzo się ucieszyła z mojego marzenia, że mnie wycałowała z każdej strony, po czym wzięła mnie za rączkę i poszliśmy razem na strych. Na strychu rozpakowała jeden duży karton i wyciągnęła z niego swoją starą maszynę do pisania i... mi ją podarowała.
- Babciu, ale jesteś kochana! - zawołałem uradowany i szczęśliwy jak nie wiem co. Rzuciłem się babci na szyję, i całując ją po policzkach, powiedziałem: - Jeszcze nie jestem dorosły, a moje marzenie już się zaczyna spełniać.


Przyszły bajkopisarz, Mex, Mexiulina, Mexiński
pozdrawia wszystkie Dzieci z Polski!

HKCz
(18.08.2011.)

środa, 11 kwietnia 2018

Spotkanie z leśną przyrodą

U nas dzisiaj święto, Christi Himelfahrt (tłum. - „Wniebowstąpienie Pańskie”). W kalendarzu dzień ten zaznaczony jest na czerwono, a co za tym idzie, jest dniem wolnym od pracy. Dla wszystkich. Bez względu na wiarę, czy jej brak. Fajnie, nie?! Wolnego nigdy za wiele. Korzystając z tej okazji, wybrałam się z moimi Wnuczkami na wędrówkę po lesie. I to już od rana, zaraz po śniadaniu. Wnuczki spały u mnie. Ich ”wapniakom” daliśmy wolne. Pojechali gdzieś na nocny koncert rockowy.
Wnusie były zachwycone. Lubią u mnie spać. Wędrować ze mną po lesie także. Wnuczek, 5-letni brzdąc, tak bardzo się cieszył z naszej wędrówki, że co rusz wyśpiewywał te oto słowa:
- Heut ist so ein schöner Tag... la, la, la, la, la! (tłum. - „Dzisiaj jest taki piękny dzień!”)
To i ja z Wnuczką co rusz wtórowałyśmy mu ze śmiechem. Wnuczka raz po niemiecku, raz po polsku, a ja tylko po polsku.
Wędrówka była rzeczywiście wspaniała. Dużo rozmawialiśmy, momentami śpiewaliśmy... i ciągle maszerując, uwiecznialiśmy co piękniejsze okazy przyrody. Wnuczka swoim aparatem, a ja swoim. Czasami Wnuczek pstrykał fotki, raz moim aparatem, raz siostrzyczki.

A oto malutki kalejdoskopik fotograficzny z naszej leśnej 
wędrówki - z wierszowanym opisem.



Wierzcie mi, ja kocham swoje miasto,
Choć to nie polskie, i brzmi kanciasto,
I choć nie tu moja ojcowizna...
Ale tu jest mój dom, tu jest moja Ojczyzna.


W obramowaniu dębu starego,
Widać kawalątek miasta mojego.
Chyba nikt z Was nie zaprzeczy,
Że widoczek jest całkiem do rzeczy.


W cieniu dębu posiedzieć, przyjemność wielka,
Że trochę wysoko, to nic... to bagatelka!
Nachapać się można jego pozytywnej energii,
I pozbyć się dokuczliwej „Heuschnupfen Alergie”.
(hihihi! czyli kataru siennego - tak mówi moja Wnusia... a ona wie co mówi... katar sienny ma od 3 lat).


Kwiatuszki bodziszka łąkowego,
Spoglądają w obiektyw aparaciku mojego,
Co rusz oczka do mnie puszczają,
I jeden po drugim wdzięczne pozy przybierają.


Oooo...! A to co takiego?
Pojęcia nie mam nijakiego...
Ogromniaste to takie niczym drzewo,
Porusza liśćmi, raz w prawo, raz w lewo.


Bodziszek czerwony przy polanie rośnie,
Do wiatru ustawia listki i tańczy radośnie.
Ech, ty bodziszku, dziwnie się nazywasz,
Czerwony nie jesteś, a każesz się tak nazywać.


Ojejejejej...! A cóż to takiego?
Czyżby to był barszcz Sosnowskiego?
Lepiej tę roślinę omijać szerokim łukiem,
Każdy wie dlaczego, chyba że jest nieukiem.


W spróchniałym pieńku drzewa,
Wre praca... nikt nie ziewa...
To rój mrówek buduje sobie mrowisko.
Lepiej im nie przeszkadzać, i nie podchodzić blisko.


Ślimak, ślimak, wystaw rogi,
Dam ci sera na pierogi...!
Nie chcesz? Twoja sprawa,
Pewnie nie dla ciebie taka strawa.


A co ty tam ślimaczku pałaszujesz?
Aha, ty nie pałaszujesz, ty tylko smakujesz.
Ślimaczek wie, co dobre dla niego,
I za nic - na ser - nie zamieni tego.


Motylek malutki w kolorze czerwieni,
W promieniach słoneczka cudnie się mieni.
Ojej, motylku, ale masz dreszcze...
Poczekaj, nie odfruwaj, uwiecznię cię jeszcze!

HKCz
(3.06.2011.)

niedziela, 1 kwietnia 2018

Z Ziemi Polskiej... na Niemiecką

Żeby nieco odreagować po tych wszystkim emocjach, jakie ostatnio przeżywam, a związanych oczywiście z polską rzeczywistością, postanowiłam dzisiaj ruszyć z Ziemi Polskiej (wirtualnie, ma się rozumieć) na Ziemię Niemiecką (a to już realnie), i nieco dłużej połazić po górach i lasach. Już skoro świt wyskoczyłam z łóżka i po swoim pierwszym śniadaniu, składającym się ze szklanki wody z miodem i sokiem z cytryny oraz miseczki musli, opuściłam domowe pielesze.

Kiedy dotarłam do lasu, las spowity był jeszcze gęstą mgłą...


Uwielbiam mgłę o poranku. Wspaniale się wtedy oddycha. To taka swoista inhalacja dróg oddechowych.


Nie miałam dzisiaj ochoty na bieganie. Biegałam tylko przez chwilkę. Potem już zupełnie spokojnie, marszowym krokiem szłam przed siebie, rozkoszując się cudownym zapachem lasu. Na początku szłam znanymi mi dróżkami, później jednak weszłam w las i już spacerkiem przemierzałam leśną głębinę. Po drodze robiłam zdjęcia co ładniejszych roślinek oraz przeróżnych zjawisk, które zwróciły moją uwagę. Na własny użytek nazwałam je artystycznymi instalacjami natury.

Oto jedna z tych fotek...


No OK, wiem, że do tej akurat instalacji człowiek rękę przyłożył (czyt. piłę), ale na krótko. Całą późniejszą instalację wykonała już niczym niezmącona natura. Bardzo podoba mi się ten obrazek. Jest taki wymowny... no, przynajmniej wg mnie.

A to z kolei fotka mojej osobistej instalacji...


A nie powiem, co ona wg mnie przedstawia. To moja tajemnica. Każdy może sobie sam, po swojemu, zinterpretować to moje „dzieło”.

Zadowolona z życia, szłam sobie i szłam, podśpiewując pod nosem... i nagle, ni stąd, ni zowąd, usłyszałam złowieszcze pomruki. Automatycznie zadarłam głowę i spojrzałam w niebo... i aż mnie przymurowało. Niebo nade mną było granatowe.


Skąd tu nagle burza? Przecież wcześniej na burzę się w ogóle nie zanosiło. Oj, przyznam, że niemiło mi się zrobiło. Środek lasu i burza?! Nie było co się zastanawiać, tylko trzeba mi było brać nogi za pas, wszak życie jeszcze mi miłe. Puściłam się biegiem, urządzając istny slalom między drzewami. A kiedy w oddali rąbnął pierwszy piorun, to już takiego przyśpieszenia dostałam, że ho, ho! Wnet dotarłam do polany. Od razu się lepiej poczułam, bo za nią, stało moje auto. Przeleciałam po niej niczym wicher. Pioruny waliły coraz częściej, ale na szczęście jakieś 6, 7 km dalej. Wiem, bo liczyłam.

Kiedy przy potężnych już uderzeniach piorunów wróciłam do domu, byłam zawiedziona. No bo jak to tak, chciałam sobie pobyć wśród natury o wiele dłużej, a tu ona, kapryśna, przegoniła mnie ze swojego łona... i do domu zapędziła. Uczucie zawodu szybko mnie jednak opuściło, bo co jak co, ale na kaprysy natury rady nie ma, trzeba się z nimi pogodzić. A najlepiej, jeśli się oczywiście da, umieć znaleźć w jej kaprysach przyjemność. Ja znalazłam. Stałam w oknie i przyglądałam się jej nieziemskiemu spektaklowi.

  Co rusz, o dziwo, pojawiało się majestatycznie też i słoneczko. Był to naprawdę zaskakujący, niesamowity obrazek.


Po półgodzinie było już po burzy. Walczyłam z sobą, aby nie włączyć telewizora... i znów nie wleźć w polską rzeczywistość, i wtedy, zadzwoniła do mnie córka. Powiedziała, że zaraz przyjedzie do mnie, by wyciągnąć mnie z domu. Że już dość mojego siedzenia na polskiej ziemi, czas na ziemię niemiecką. Skąd wiedziała, że tak ze mną jest? Ano zna mnie, i wie, że bardzo przeżywam to, co się w Polsce dzieje. Ona sama, kiedy jej o tym próbuję opowiedzieć, od razu się irytuje i ze zdegustowaną miną kwituje sprawę krótko i zwięźle: — „To jest chore i żenujące”. — Dzisiaj, o dziwo, powiedziała nieco więcej. A powiedziała tak: — Cały świat jest zszokowany sytuacją w Polsce. Bo to wstyd i hańba, żeby w kraju, mieniącym się krajem głęboko katolickim, dochodziło do takich ekscesów z krzyżem w tle. Tym bardziej, że ten symbol religijny, co wszystkim jest wiadomo, wykorzystywany jest dla potrzeb politycznych, i to małej grupki skompromitowanych, fanatycznych oszołomów, na czele z Kaczyńskim”. - Wow...! ależ byłam zaskoczona jej wypowiedzią. Bo też, z tego co wiem, ona nie lubi polityki, żadnej, a tu nagle, nawet sporo wie, co piszczy w polskiej polityce. Najwyraźniej z wiekiem zaczyna ją ten temat interesować. No przy najmniej na tyle, że wsłuchuje się też i w polskie media... A może chcąc nie chcąc, tego typu wiadomości same się jej w uszy wwiercają?

Z zadowoleniem przyjęłam propozycję córki, ale szykując się do wyjścia, na chwilę włączyłam komputer i gdy zobaczyłam na stronie WP, jakże ohydnie zbezczeszczoną tablicę upamiętniającą katastrofę smoleńską, z furią komputer wyłączyłam. Obrzydlistwo! Chwilę trwałam w takim niemiłym stanie, ale za moment wzięłam się w garść i z jeszcze większym zadowoleniem czekałam na córkę.

Nie minął kwadrans, a córka wraz z najmłodszym wnuczkiem zjawiła się w drzwiach. Zaproponowała, że najpierw jedziemy na lody, a potem... gdzie nas oczy poniosą... No i ruszyliśmy w miasto.

Że w obecnym cywilizowanym świecie bez pieniążków ani rusz, 
najpierw odwiedziliśmy bank.


Te dwie białe głowy, to moje najstarsze Dziecko i mój najmłodszy Wnusio.


Po olbrzymich porcjach lodów, ruszyliśmy w świat bajek...


W świecie bajek zawsze jest bezpieczniej.


HKCz
(18.08.2010)