Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia archiwalne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zdjęcia archiwalne. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 3 kwietnia 2018

Niegdysiejsza podróż do niegdysiejszego Wielkiego Brata

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”
(fragment z mojej autobiografii)


Często wspominam tę podróż z mojego dzieciństwa, bo też była to moja pierwsza podróż za granicę. Ha, ale nie byle jaką zagranicę, bo do ZSRR, a dokładniej, na Ukrainę. Pojechałam tam z rodzicami i starszą siostrzyczką oraz z braciszkiem w maminym brzuszku.
Pamiętam, że rodzice bardzo długo starali się o wizę na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili... Eee tam, zostawili, Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane. W końcu udało im się wizę pozyskać, ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści: - „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”. Depeszę tę przysłała ojca starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu tę upragnioną wizę... no i pojechaliśmy. Pod koniec sierpnia. Byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz, że czekała mnie tak daleka i długa podróż, a drugi raz, co było jeszcze większym powodem do radości, że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie poczeka.


Zdjęcie z naszego wspólnego paszportu
(braciszka niestety nie widać).



A to zdjęcie z ojca paszportu.



Pojechaliśmy pociągiem. Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas wiedzieć nie mógł, ile jest prawdy w tej depeszy. Zaś na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty. Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że moja mama sama sobie wymieniała zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe, ładniejsze wg niej, przyklejając. Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamę za szpiega. Nerwów zjedliśmy co niemiara. Mamusi się aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam, no, w tym jej brzuchu, wiadomo, był przecież dzidziuś. Tatuś się wtedy wnerwił jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną. Fakt faktem, wnerwił się okrutnie, i zostawiając nas same, zniknął na długą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie. 
< Właśnie to, na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia na dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono. No i dzięki Bogu, a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce), przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej. Mamusia odetchnęła z ulgą, aż ją dzidziuś przestał boleć... to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też. Dziwiła mnie tylko jedna rzecz, dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły? Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej. Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili. Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział, najwyraźniej już usypiał umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie, prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami, i kolejarze dopasowują właśnie rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów. No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory... no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.
Na szerokich torach, dojechaliśmy do Lwowa, we Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu do Zbaraża. Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę, i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia. Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadka. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał nam po drodze, jak to niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Wywożą ich potem do lasu, gdzie czekają pomagierzy, i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami. O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo taksówką jechać, i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły. Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.


Rodzice z dziadkiem Janem.


To było bardzo wzruszające przywitanie. Łzy wszystkim ciurkiem płynęły. 
Na szczęście okazało się, że dziadziuś był całkiem zdrowy.


Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas. Inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną złota... to jest, złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Ale podobali mi się. Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano.
Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy z Polski na jej pogrzeb nas nie wypuścili. Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny. Byliśmy też i na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z kościoła polskiego po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn. Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy się żegnali jakoś tak dziwnie, po trzy razy. A ten ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj, tyle że czarną. I za nim się pojawił przy jakimś takim czymś, podobnym do ołtarza, to najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń. Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mnie mamusia co chwilę piorunowała wzrokiem, to też jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było, tak się hamować.
Parę razy też chodziłam z dziadziusiem na cmentarz zbaraski i w innym celu. Otóż chodziliśmy zbierać czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze mu robi na zdrowie. Z chęcią więc tam z nim chodziłam, i jak na akord zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.
Byliśmy też na Zamku Zbaraskim. Chcieliśmy zobaczyć gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc. Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż, Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie pozostało i nie ma komu się tym zająć. Ale słyszałam jak ciocia mówiła do tatusia, że kiedyś mają jednak remont zacząć. Fajnie by było. Zbaraż, to w sumie piękne miasto. Szkoda, że dalej nie należy do Polski.
W oddalonych o 10 km od Zbaraża - Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie. Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy. Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat, Marusią. Bo jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukraina, też należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir. Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrowód do Zbaraża. No i jak szliśmy przez wieś, cały czas nas nerwowo upominała byśmy mówili szeptem, bo gdy nas ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, to może nam krzywdę zrobić. Tatuś się śmiał z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak się okazało, iż to, czy mówimy głośno czy nie, nie jest już ważne, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze. Tak że kiedy doszliśmy do mamusi ulicy i jej byłego domu, z chmarą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się być zupełnie zbyteczny, gdyż Marusia czekała już na nas przy domu. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą. Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko. A potem to już było miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze potem, zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze, a nawet ich ogromne kamieniołomy, z których, jak mówiła Marusia, połowę Tarnopola po wojnie wybudowano. Spodobało mi się w tych kamieniołomach bardzo. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale cóż, czas szybko zleciał i trzeba nam było wracać do Zbaraża. A po kilku też dniach, przyszła pora i na powrót do domu. Wszak było już po połowie września. Rok szkolny już dawno się zaczął.

Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, iż tym razem dziadzio Wojtek (mamy ojciec) jest bardzo chory. Ten telegram akurat, niestety, okazał się zawierać prawdziwą treść. Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał zaledwie 74 lata. No ale cóż było zrobić? Siła wyższa.
Natomiast dziadek Jan jeszcze dwa razy odwiedzał nas w Polsce. Żył 94 lata.

To zdjęcie z pierwszej wizyty dziadka Jana.


Sumiaste ma dziadziuś wąsiska, nieprawdaż? Tuptałam za dziadziusiem 
krok w krok, tak bardzo mi się podobał.

HKCz
(3.12.2010.)

Komunistyczny substytut Św. Mikołaja

Za komuny substytutem Świętego Mikołaja był oczywiście Dziad Mróz, którego dla nas, dzieci komuny, wymyślili komuniści. A z wymyśleniem problemów żadnych nie mieli. Pomysł sam przyszedł, zza wschodniej granicy, od niegdysiejszego Wielkiego Brata.
Dziad Mróz, zwany u naszych „pobratymców” - Diad Moroz (Дед Мороз), zaczął funkcjonować w Sowietskom Sojuzie (Советский Союз) zaraz po rewolucji, kiedy to przyszło zastąpić Św. Mikołaja kimś bardziej, z punktu widzenia komunistów, odpowiednim, wybrano więc postać z ichniejszego rodzimego folkloru - Dieda Moroza.

Pamiętam doskonale Dziada Mroza z mojego dzieciństwa. Ha! pamiętam też, z jakim wytęsknieniem na niego czekałam. To były czasy!
Każdego roku, po świętach Bożego Narodzenia i Nowym Roku, w naszym Domu Kultury organizowane były różne przedstawienia dla dzieci, czasami nawet jasełka (sic!), a po części artystycznej, na scenę wchodził nie kto inny tylko Dziad Mróz i rozdawał wszystkim dzieciakom paczki ze słodyczami. Każdemu dziecku z osobna. Wzywano nas na scenę po nazwisku - w kolejności alfabetycznej. Wszystkie dostawałyśmy jednakowe paczki, bo Dziad Mróz nie robił różnic. Co to, to nie! A dla nas dzieciaków, była to ogromna radość. Po Św. Mikołaju i po Aniołku spod choinki, wszystkie słodycze i pomarańcze już dawno były zjedzone, nowa porcja tegoż, bardzo nas więc cieszyła. A to, że wszystkie dostawałyśmy jednakowe, przydziałowe paczki, to i zazdrości nie było żadnej.

A oto kilka moich wspomnień z corocznych odwiedzin Dziadka Mroza.
Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”
(fragment z mojej autobiografii)


Dziad Mróz wręcza mi „przydziałową” paczuszkę... Ależ ona pachnie!



- Ciekawe co też tam w tej papierowej paczuszce jest, że ona tak słodko pachnie?... Oż kurka wodna, chłopcy, nie popychajcie mnie tak, bo muszę dokładniej żurawia do torebki zapuścić!... Co ten Dziad Mróz do mnie mówi? Aha, pyta, czy byłam grzeczna? Też mi pytanie! Ja zawsze jestem grzeczna… na swój sposób. A tak w ogóle, lepiej niech nie zadaje głupich pytań, bo sam się głupio zachowuje. A jeszcze głupiej wygląda. Bo w co też on się ubrał? Ukradł jakiemuś biskupowi odzienie, czy jaka choinka? Przecież w tym stroju w ogóle nie wygląda na Dziada Mroza. No może tylko te jego sztuczne włosy i broda z waty go trochę upodabniają do… jakiegoś dziada. Ale nic poza tym. Dobrze, że musi dużo dzieci obdarować tymi przydziałowymi prezentami, przez to też, wcale mu na jego pytanie nie muszę odpowiadać. O, już o nim zapomniał, bo wręcza torebkę następnemu dziecku. Pewnie mu też to samo pytanie zada i wcale nie będzie oczekiwał odpowiedzi. Bo i po co? Wszak go to i tak nie interesuje.

Kolejny rok minął i znów paczuszki dostajemy. Tu na zdjęciu jestem 
ze swoimi starszymi siostrzyczkami.



- Któż to znów stoi przed nami? Ej, Dziadku Mrozie, przecież widzę wyraźnie, żeś jakowyś oszust... albo co!... wszak broda ci się odkleja. Ale niech tam! Ważne, że ten oto Dziad Mróz dał torebkę ze słodyczami. O rany, i też nawet z jedną pomarańczą! Ale będzie wyżerka. Mam nadzieję, że moje siostrzyczki nie dobiorą się do mojej torebki. Zaraz w domu, czego nie zjem po drodze, schowam przed nimi. Zwłaszcza chałwę, którą uwielbiam. 

I znów rok minął... Trochę nam się wyrosło, ale paczuszki 
nadal nam się należą... A co!



Jak co roku, w Domu Kultury znów podstawili nam jakiegoś przebierańca, który udaje Dziada Mroza. Ten tu, twierdzi, że jest prawdziwy, ja jednak od dawna już wiem, że nie. No przecież mam oczy, to widzę. Niech mi tu nikt kitu nie pociska. Ale nic, niech im będzie. Ważne, że dostanę papierową torebkę z zawartością. A potem znikam, i pałaszując słodycze, powiem siostrzyczkom, co o takim oszustwie myślę. No i po drodze do domu im powiedziałam - i o dziwo! - one się ze mną od razu zgodziły. A to rzadkość, aby moje starsze siostrzyczki przyznały mi rację. Tak wielką bardzo radość mi to sprawiło, iż z tej to właśnie radości, straciłam kontrolę nad pochłanianiem zawartości papierowej torebki. Tak że kiedy dotarłam już do domu, brzuch mi się okropicznie rozbolał. Resztę wieczoru przyszło mi spędzić niezbyt miło. Na kolację nie mogłam patrzeć.

Jak te lata lecą! I znów kolejny rok minął, i znów stoję na scenie Domu Kultury u boku Dziadka Mroza. Na zdjęciu ze starszą o rok siostrzyczką...


Ha, proszę popatrzeć, jakie piękne (komunistyczne) śniegowce mamy na nóżkach. Jeszcze dziś je pamiętam. Były koloru siwego. To było coś, szczyt mody - w ówczesnych czasach. A ubrania miałyśmy takie, jakich nikt wtedy nie miał. Moja Mama specjalnie zrobiła kurs mody i szycia, aby nam, dziewczynkom, szyć ubranka (łącznie z płaszczykami), i dziergać na drutach oraz szydełkować i haftować.


Moja najstarsza siostrzyczka niestety już paczuszki nie dostała. Skończyła 14 lat. A Dziad Mróz tylko dzieciom do 14-go roku życia paczuszki rozdaje. Biedna siostrzyczka... Kurka, ale my młodsze też, bo będziemy musiały się z nią zawartością naszych torebek podzielić. Trudna rada! Jak mus, to mus! No nic, ważne, że je w ogóle dostaniemy... Zaraz, ale co to za Dziad Mróz w tym roku, się pytam? Najgorsze jego - jak do tej pory - wydanie. Małe to to jakieś i takie niepozorne. Byłam zawiedziona. A jak już mnie i siostrzyczkę wywołano na scenę, to myślałam, że padnę trupem na widok Dziada Mroza z bliska. Toż to istna paranoja! No nie, przecież to Zbyszek w przebraniu, nasz szkolny kolega. No, w tym roku to już się rzeczywiście zbytnio nie postarano. Taki obciach! Mój dwa lata starszy kolega w roli Dziada Mroza?! I to jeszcze z rózgami w rękach?! Ale niech tam, ważne, że jest paczka. No i jeszcze fotka z tej całej komedii. A może już jesteśmy za duże, aby tak bezkrytycznie podchodzić do Dziada Mroza? Być może. Moja o rok starsza siostrzyczka z pewnością. Zobaczcie sami, jaka jest duża. Nawet jej płaszcz świadczy o tym, że jest już za duża... A może on... no, ten jej płaszcz, skurczył się w praniu?


HKCz
(4.12.2010.)