Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z dzieciństwa. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wspomnienia z dzieciństwa. Pokaż wszystkie posty

środa, 4 kwietnia 2018

Drzewa milczą, ale mają duszę

W poniższym wpisie pisałam o dobroczynnym działaniu drzew na człowieka, dendroterapii. Wszystkie komentarze do tego wpisu zawierają pochwałę drzew, ich wartości oraz ogromnej roli w naszym życiu. Cieszy mnie to bardzo. Myślę, że tylko ludzie o niskim stopniu wrażliwości nie potrafią w drzewach zobaczyć tego, co my widzimy. Niektórzy może ich nawet nie lubią, skoro potrafią je, co się często zdarza, bezmyślnie niszczyć. Biada im! Jestem pewna, że drzewa to wyczuwają... i potrafią się czasami „odwdzięczyć”.
Ja kocham drzewa od zawsze. Nie wyobrażam sobie życia bez bliskiego dostępu do drzew. Jako dziecko lubiłam bawić się na drzewach. Na jednym z drzew w ogrodzie miałam swoją chatkę. Często też niczym małpiątko wspinałam się po różnych drzewach. Nawet po tych bardzo wysokich. Nigdy z żadnego drzewa nie spadłam.

U Wujka w ogrodzie.


Wujek wcale nie był zdziwiony, że kiedy przyszedł zrobić
 dzieciarni zdjęcie, Halszka siedziała na drzewie.

Później, moje Synczysko, który charakterek odziedziczył po mnie (hihihi...! urodziłam go w końcu w dniu swoich urodzin i imienin), „zaliczał” w dzieciństwie wszystkie drzewa w okolicy, i też nigdy z żadnego nie spadł. Chociaż nie, raz spadł, tyle że - na szczęście - nie do końca. A było to tak: Przy naszym domu (jeszcze w Polsce) rósł kilkunastometrowy kasztan. Pod nim rozciągał się wybetonowany parking. Moje Synczysko miało wtedy 10 lat. Pewnego wakacyjnego dzionka, wdrapał się na to ogromne drzewo i wspiął się na sam jego czubek. Zawsze zabraniałam mu takich wyczynów... i pilnowałam kasztana. Wtedy jednak nie było mnie w domu, wyskoczyłam akurat do pobliskiego „Samu” na zakupy. A wiadomo, jak to bywa u chłopaczków w tym wieku... jeden drugiego namówił, no i mój odważny Synalek wdrapał się jako pierwszy. Kiedy był już na czubku drzewa, gałąź się pod nim złamała i zgodnie z przyciąganiem ziemskim, popikował wraz z nią na łeb na szyję w dół. Na beton na szczęście nie upadł. Zdążył złapać się ostatniej gałęzi.
A ja nic o tym nie wiedziałam. Synuś opowiedział mi o tym dopiero dużo później. Rany, ależ byłam przerażona! Spytałam, czy nic mu się nie stało, spadając z takiej wysokości. Odpowiedział, że nic, tylko okulary trochę mu się skrzywiły. Czy go za to zestrofowałam? Pewnie trochę tak, ale zła na niego nie mogłam być. Zdawałam sobie sprawę, że skoro ja sama jako dziecko moją Mamę z podobnego powodu nie raz i nie dwa o palpitacje serca przyprawiałam, to teraz sama liczyć się muszę z ewentualnymi palpitacjami... Przysłowie głosi, że niedaleko pada jabłko od jabłoni.

Z kolei z mojego dzieciństwa, pamiętam bardziej niebezpieczną sytuację z drzewem w tle. Miałam koleżankę Basię, która strasznie bała się łazić po drzewach. Mówiła, że drzew nie lubi... Ale łamać gałęzie bardzo lubiła. Wkurzała mnie tym okropnie. Któryś wakacji, chciałam sobie dorobić do kieszonkowego zrywaniem czereśni. Taka była wtedy moda na zarobkowanie wśród dzieciaków. Moi Rodzice się zgodzili. Ochoczo zgłosiłam się więc do pracy u jednego z właścicieli dróg czereśniowych za naszym miastem. Basia uparła się, że ona też chce. Łazić po drzewach nie lubi, ale zarobić trochę grosza chce, i to bardzo. Zgodziłam się zabrać ją z sobą... Rany, ależ miałam z nią urwanie głowy! Nie dość, że musiałam ją każdorazowo podsadzać na drzewo, bo drabin było może ze dwie, a dzieciaków chętnych do pracy wiele, to jeszcze, dla świętego spokoju, musiałam dosypywać jej czereśni, żeby zarobiła tyle co ja.
Trzeciego, albo czwartego dnia naszej pracy, kiedy po którejś już próbie udało mi się Basię w końcu wcisnąć na drzewo (a muszę powiedzieć, że ona nie należała do szczupłych dzierlatek... oj nie!), Basia samodzielnie wygramoliła się już na najbardziej „oczereśnioną” gałąź. Gdy już miałam się schylić po koszyk i metalowy hak i podać jej, by powiesiła sobie na gałęzi, Basia zaczęła nagle głośniej niż zwykle psioczyć jak to ona nie znosi drzew, a na drzewie musi siedzieć jak jakaś niewolnica i rwać to cholerne, czerwone świństwo... i nagle się zachwiała... i bach!... jak kłoda spadła z drzewa... wprost na metalowy hak. Do dziś pamiętam, ten chrobot haka wbijającego się w jej stopę, i na samą myśl, robi mi się niedobrze.

No cóż, drzewa choć milczą, mają duszę i czują. Drzewa czują naszą obecność i tworzą cudowną aurę wokół siebie, która w niezwykły sposób oddziałuje na nas. Jednak nie na wszystkich oddziaływują jednakowo. Trzeba umieć... i chcieć się z drzewami zaprzyjaźnić.


Drzewa choć milczą, mają duszę i mówią swoją formą, wyglądającą często jak rzeźba. Przybierają kształty, które coś nam przypominają, z czymś się kojarzą, coś znaczą.






Drzewa maja nie tylko dusze, mają i twarze.


HKCz
(11.02.2011.)

Komunistyczny pochód 1-majowy

(fragment z mojej autobiografii)


Czas szybko mija. Już jest piękna wiosna. Przedostatnia wiosna w średniej szkole. Przedostatnia klasa. Za rok matura… Ojejku, co to będzie?!... Póki co, jest 1 maja i nasza szkoła formuje szeregi przed pochodem. Ja, jako sportowiec, co roku maszerowałam w stroju sportowym wraz ze sportowcami Klubu Sportowego, ale tego roku, kazano mi maszerować w mundurku harcerskim. Pani dyrektor zapewne chciała się pochwalić przed elitą naszego miasta prężnym harcerstwem w jej szkole, bo też wiele dziewczyn ubrała w mundurki harcerskie. Dzisiaj, to aż mnie śmieszy ten mój mundurek harcerski, bo jakoś niewiele mogę sobie przypomnieć ze swojej działalności harcerskiej. W tej formacji nic wielkiego się nie działo. Może tylko w wąskim gronie. Szerszego grona nikt nie zapalał do działania w ramach ZHP. Bo i po co, wszak zbyt dużo osób byłoby wtedy do podziału profitów. Tak że o konkretnej działalności ZHP w naszej szkole, jako o ruchu przyciągającym młodych ludzi w swe patriotyczne szeregi, niewiele mogę powiedzieć. Szkoda, bo w sumie harcerstwo bardzo sobie ceniłam i w podstawówce lubiłam być harcerką. I byłam, i to nawet bardzo zaangażowaną. Oto dowód.


Halszka w poczcie sztandarowym przed nadaniem szkolnej drużynie ZHP 
sztandaru przez władze miasta.


No cóż, musiałam się pogodzić, iż w średniej szkole harcerstwo nie będzie dla mnie. Bo na pół gwizdka nie robię niczego. A czymże harcerstwo było u nas? Ot, zwykłą pro formą! Typową dla naszej szkoły. Podobnie było w innych dziedzinach. Byle pokazać, że szkoła jest na topie. Och, jak ja nie cierpię obłudy!


Na obydwu fotkach - ta najjaśniejsza łepetynka - to Halszka.

Na zdjęciu widać, że doszły do nas, harcerek, też i nasze sławne dziewczyny. Zespół wokalny Arabeski. Pani dyrektor koniecznie musiała się pochwalić przed światem utalentowanymi uczennicami, które już nawet parokrotnie w telewizji śpiewały. Specjalnie w tym celu kazała im uszyć wspaniałe białe kostiumiki. Muszę przyznać, iż bardzo ładnie się w nich prezentowały. I tak powinno być. Zasłużyły sobie na nie... i tyle. I tylko tyle! Ale nie, nie dla naszej pani dyrektor, znanej z wielkiej próżności. Dla niej, to stanowczo było za mało. Chciała więcej. Wiadomo, ludzie próżni mają swój specjalny kodeks postępowania, i to, co dobre, czym mogą się pochwalić, musi być bardziej widoczne. No ażeby mogło być bardziej widoczne, muszą to koniecznie rozdmuchać do większych rozmiarów. I proszę bardzo, jak widać na załączonym obrazku, nasza pani dyrektor była aż do przesady próżna. Dlaczego? Ano dlatego, bo zdrowo w tym względzie przesadziła. Otóż nasza pani dyrektor, by móc się pochełpić przed innymi, a tym samym choć trochę zaspokoić swoją próżność, ubrała w starsze stroje Arabesek nawet i inne dziewczyny. Arabeski nie były z tego zadowolone. Wręcz przeciwnie. A mi się śmiać chciało. Bo przecież znałam wszystkie te a`la Arabeski i wiedziałam, że są to same beztalencia muzyczne. Ba, chyba nawet słoń im na ucho nadepnął, bo nawet do chóru szkolnego nie należały. Wiem, gdyż przez jakiś czas śpiewałam w chórze i pamiętam, że profesor od muzyki, niektóre z nich nawet do zwykłego chóru nie chciał przyjąć. No ale cóż, ważne, że w sukienkach Arabesek w miarę dobrze się prezentowały, a tym samym, znacznie powiększyły pochód muzycznych talentów szkoły. I nie obłuda?


Wreszcie zakończenie tej parady absurdu i obłudy, czyli pochodu 1-majowego. Rozchodzimy się jak zwykle na Placu Długosza… i jesteśmy nareszcie wolni. Zanim się jednak rozeszliśmy do własnych przyjemności, przyszło mi na myśl, aby zrobić sobie pamiątkowe zdjęcie z naszą klasową Arabeską, Helą. Raz, że bardzo Helę lubiłam (znałam ją od dzieciństwa), i bardzo mi się podobała w tym białym kostiumiku, a drugi raz, że się koniecznie chciałam uwiecznić w mundurku harcerskim. No co? Przecież wspominałam, że mam sentyment do harcerstwa.

HKCz
(18.01..2011.)

wtorek, 3 kwietnia 2018

Niegdysiejsza podróż do niegdysiejszego Wielkiego Brata

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”
(fragment z mojej autobiografii)


Często wspominam tę podróż z mojego dzieciństwa, bo też była to moja pierwsza podróż za granicę. Ha, ale nie byle jaką zagranicę, bo do ZSRR, a dokładniej, na Ukrainę. Pojechałam tam z rodzicami i starszą siostrzyczką oraz z braciszkiem w maminym brzuszku.
Pamiętam, że rodzice bardzo długo starali się o wizę na wyjazd. Koniecznie chcieli nam pokazać swoje strony z lat dzieciństwa i młodości oraz swój majątek, jaki tam zostawili... Eee tam, zostawili, Sowieci im wszystko zabrali i z kartą majątkową wyrzucili na Ziemie Odzyskane. W końcu udało im się wizę pozyskać, ale tylko dlatego, że ze Zbaraża otrzymali depeszę o treści: - „Ojciec umierający. Przyjeżdżajcie natychmiast”. Depeszę tę przysłała ojca starsza siostra, która jako jedyna z jego rodzeństwa pozostała w Zbarażu wraz z ich rodzicami. Depesza pomogła. Dostaliśmy w końcu tę upragnioną wizę... no i pojechaliśmy. Pod koniec sierpnia. Byłam bardzo, ale to bardzo zadowolona z takiego stanu rzeczy. Raz, że czekała mnie tak daleka i długa podróż, a drugi raz, co było jeszcze większym powodem do radości, że we wrześniu nie będzie mnie w domu, a to oznaczało, że szkoła sobie trochę na mnie poczeka.


Zdjęcie z naszego wspólnego paszportu
(braciszka niestety nie widać).



A to zdjęcie z ojca paszportu.



Pojechaliśmy pociągiem. Przez całą drogę jechaliśmy z duszą na ramieniu, ponieważ nikt z nas wiedzieć nie mógł, ile jest prawdy w tej depeszy. Zaś na granicy, w Przemyślu, mieliśmy dodatkowo straszliwe kłopoty. Służba graniczna chciała nas zawrócić z powrotem do domu. Dlaczego? Ano dlatego, że moja mama sama sobie wymieniała zdjęcie w paszporcie (poprzednie jej się nie podobało), stare odklejając, a nowe, ładniejsze wg niej, przyklejając. Przetrzymywano nas z tego powodu na przejściu granicznym ładnych parę godzin. Sowieccy żołnierze brali już mamę za szpiega. Nerwów zjedliśmy co niemiara. Mamusi się aż brzuch straszliwie rozbolał. A tam, no, w tym jej brzuchu, wiadomo, był przecież dzidziuś. Tatuś się wtedy wnerwił jeszcze bardziej, a nam trudno było zgadnąć, czy na nierozsądek mamusi, czy też na straż graniczną. Fakt faktem, wnerwił się okrutnie, i zostawiając nas same, zniknął na długą chwilę. A po tej właśnie długiej, pełnej niepewności i strachu chwili, wraz z jego powrotem, okazało się nagle, że możemy jechać dalej, bo mamusię uratowało zdjęcie w naszym wspólnym paszporcie. 
< Właśnie to, na którym mamusię w końcu łaskawie rozpoznano, a bezprawną zamianę zdjęcia na dokumencie wielkiej wagi, jakim jest jej osobisty paszport, wybaczono. No i dzięki Bogu, a właściwie tatusiowi, który, jak później wyszło na jaw, wziął sprawę w swoje ręce (i nie tylko ręce), przekroczyliśmy granicę i mogliśmy jechać dalej. Mamusia odetchnęła z ulgą, aż ją dzidziuś przestał boleć... to znaczy brzuszek. Wszyscy odetchnęli z wielką ulgą. Ja też. Dziwiła mnie tylko jedna rzecz, dlaczego tatusiowi zaczął się tak nagle język dziwacznie plątać? Czyżby te negocjacje ze służbą celną tak go zmęczyły? Ale to, oprócz mojego chwilowego zdziwienia, ważne nie było. Ważne było tylko to, że mogliśmy jechać dalej. Jednak zanim ruszyliśmy, znów przyszło mi popaść w stan głębokiego zadziwienia. Tym razem zadziwiali mnie kolejarze, którzy biegali koło wagonów naszego pociągu i coś tam przy nich grzebali, stukali, walili. Wreszcie nie wytrzymałam i spytałam tatusia, o co tym kolejarzom chodzi. Tatuś nie od razu mi odpowiedział, najwyraźniej już usypiał umęczony negocjacjami. Ale kiedy ponowiłam swoje pytanie, prosto do jego ucha, wymamrotał w odpowiedzi, że teraz będziemy jechać szerokimi torami, i kolejarze dopasowują właśnie rozstaw osi pociągu do rozmiarów torów. No coś takiego! A to ci atrakcja! Moje zadziwienie zamieniło się wnet w wielki podziw. Tak wielki, że gdy pociąg wreszcie ruszył, pobiegłam do ostatniego wagonu by przez oszklone drzwi lepiej widzieć te dziwacznie szerokie tory... no i zagraniczne krajobrazy oczywiście.
Na szerokich torach, dojechaliśmy do Lwowa, we Lwowie mieliśmy przesiadkę do Tarnopola, a w Tarnopolu do Zbaraża. Mimo że podróż trwała grubo ponad dobę, i usłana była wieloma trudnościami, ale też i atrakcjami (no, przynajmniej dla mnie), nie czułam żadnego zmęczenia. Na dworcu w Zbarażu tatuś wziął taksówkę i taksówkarz zawiózł nas do domu dziadka. Ale zanim zawiózł, zdrowo nas nastraszył, bo opowiadał nam po drodze, jak to niektórzy jego rodacy podszywają się za taksówkarzy i polują na gości z Polski. Wywożą ich potem do lasu, gdzie czekają pomagierzy, i tam mordują. Po czym zakopują ich we wcześniej wykopanych dołach i uciekają ze wszystkimi bagażami. O rany, ale byliśmy przestraszeni. Zwłaszcza my, dziewczynki. Dobrze, że nie musieliśmy zbyt długo taksówką jechać, i przez żaden las, bo nie wiem, jak byśmy tę podróż przeżyły. Na szczęście dom rodzinny tatusia mieścił się prawie w centrum Zbaraża. Dojechaliśmy cali i zdrowi.


Rodzice z dziadkiem Janem.


To było bardzo wzruszające przywitanie. Łzy wszystkim ciurkiem płynęły. 
Na szczęście okazało się, że dziadziuś był całkiem zdrowy.


Dziwnie było w tym Zbarażu. Wszystko było inne niż u nas. Inne domy, inne ulice, ludzie inaczej ubrani. A w ludziach najbardziej zadziwiało mnie to, że wielu z nich miało gębę pełną złota... to jest, złotych zębów, chciałam powiedzieć. Rany, wyglądali jak jakieś cyborgi. Ale podobali mi się. Codziennie chodziliśmy gdzieś z wizytą. Wszędzie bardzo miło nas przyjmowano.
Często też chodziliśmy na zbaraski cmentarz, na grób babci. Babcia zmarła parę miesięcy przed naszym przyjazdem. Na jej pogrzebie niestety nie mogliśmy być, gdyż bezduszni urzędnicy z Polski na jej pogrzeb nas nie wypuścili. Dlatego staraliśmy się jak najczęściej być przy grobie babci i palić świece. Ale nie tylko przy grobie babci bywaliśmy. Na zbaraskim cmentarzu leży bardzo dużo członków naszej rodziny. Byliśmy też i na mszy za babci wieczne odpoczywanie. Ale nie w kościele, tylko w cerkwi. Z kościoła polskiego po wojnie Sowieci zrobili jakiś magazyn. Śmiesznie było w tej cerkwi. Wszyscy się żegnali jakoś tak dziwnie, po trzy razy. A ten ich ksiądz, a właściwie pop, był tak śmiesznie ubrany i miał strasznie długą brodę, jak Mikołaj, tyle że czarną. I za nim się pojawił przy jakimś takim czymś, podobnym do ołtarza, to najpierw kilka bram mu otwierano, aby wreszcie mógł stanąć w pełnej okazałości i zawyć potężnym głosem jakąś ukraińską, cerkiewną pieśń. Śmiać mi się chciało okropnie, ale że mnie mamusia co chwilę piorunowała wzrokiem, to też jakoś śmiechem nie buchnęłam. Ale łatwe to wcale nie było, tak się hamować.
Parę razy też chodziłam z dziadziusiem na cmentarz zbaraski i w innym celu. Otóż chodziliśmy zbierać czerwone owoce dzikiej róży na herbatkę dla niego. Dziadzio mówił, że taka herbatka bardzo dobrze mu robi na zdrowie. Z chęcią więc tam z nim chodziłam, i jak na akord zbierałam to czerwone paskudztwo, bo bardzo chciałam, aby dziadzio jeszcze długo pożył i nas w Polsce odwiedził.
Byliśmy też na Zamku Zbaraskim. Chcieliśmy zobaczyć gdzie przebywali niektórzy bohaterowie z Trylogii Henryka Sienkiewicza. Ja szczególnie chciałam obejrzeć bramę wjazdową, aby móc sobie wyobrazić, jak Skrzetuski uciekał przez nią po pomoc. Zamek zrobił na mnie ogromne wrażenie. Szkoda tylko, że był bardzo zniszczony. No ale cóż, Polaków w Zbarażu bardzo mało po wojnie pozostało i nie ma komu się tym zająć. Ale słyszałam jak ciocia mówiła do tatusia, że kiedyś mają jednak remont zacząć. Fajnie by było. Zbaraż, to w sumie piękne miasto. Szkoda, że dalej nie należy do Polski.
W oddalonych o 10 km od Zbaraża - Dobrywodach, w mamusi rodzinnej wsi, też było fajnie. Kiedy tam przyjechaliśmy autobusem, mamusia na początku strasznie się bała, bo od wojny była tam po raz pierwszy. Bała się zwłaszcza spotkania ze swoją najlepszą przyjaciółką z tamtych lat, Marusią. Bo jak się mamusia dowiedziała, Marusia, jako rodowita Ukraina, też należała do banderowców i po wojnie zesłano ją za to na Sybir. Mamusia miała obawy, że Marusia może myśleć, że to ona ją wydała, skoro przed końcem wojny uciekła wraz z rodziną z Dobrowód do Zbaraża. No i jak szliśmy przez wieś, cały czas nas nerwowo upominała byśmy mówili szeptem, bo gdy nas ktoś usłyszy, że mówimy po polsku, to może nam krzywdę zrobić. Tatuś się śmiał z jej lęku i uspokajał, że nikomu nie pozwoli nas skrzywdzić. Po chwili i tak się okazało, iż to, czy mówimy głośno czy nie, nie jest już ważne, ponieważ cała chmara dzieciaków leciała za nami, rozpoznając w nas cudzoziemców. I to tylko po ubiorze. Tak że kiedy doszliśmy do mamusi ulicy i jej byłego domu, z chmarą rozhukanych dzieciaków za plecami, lęk mamusi okazał się być zupełnie zbyteczny, gdyż Marusia czekała już na nas przy domu. Widać, że na wsi wieści szybko się rozchodzą. Spotkanie dawnych przyjaciółek było bardzo miłe i wzruszające. Obie rzuciły się sobie w ramiona i długo płakały cichutko. A potem to już było miłe przyjęcie u Marusi w domu. A jeszcze potem, zwiedzaliśmy mamusi dom rodzinny i zabudowania gospodarcze, a nawet ich ogromne kamieniołomy, z których, jak mówiła Marusia, połowę Tarnopola po wojnie wybudowano. Spodobało mi się w tych kamieniołomach bardzo. Byłoby gdzie poszaleć. Oj, byłoby! No ale cóż, czas szybko zleciał i trzeba nam było wracać do Zbaraża. A po kilku też dniach, przyszła pora i na powrót do domu. Wszak było już po połowie września. Rok szkolny już dawno się zaczął.

Do domu wracaliśmy też z duszą na ramieniu, gdyż do Zbaraża przyszedł telegram, iż tym razem dziadzio Wojtek (mamy ojciec) jest bardzo chory. Ten telegram akurat, niestety, okazał się zawierać prawdziwą treść. Kiedy wróciliśmy, dziadzio następnego dnia zmarł. Rozpacz była straszna, bo dziadziuś Wojtek wcale nie był jeszcze taki stary. Miał zaledwie 74 lata. No ale cóż było zrobić? Siła wyższa.
Natomiast dziadek Jan jeszcze dwa razy odwiedzał nas w Polsce. Żył 94 lata.

To zdjęcie z pierwszej wizyty dziadka Jana.


Sumiaste ma dziadziuś wąsiska, nieprawdaż? Tuptałam za dziadziusiem 
krok w krok, tak bardzo mi się podobał.

HKCz
(3.12.2010.)

niedziela, 25 lutego 2018

Bzitka kjowa*

Z cyklu: - „Świat oczami dziecka”
(fragment z mojej autobiografii)

Był piękny, letni dzień. Niedziela. Koniecznie trzeba było ten dzień mądrze wykorzystać. Wybierałam się więc z moim 4,5 letnim braciszkiem nad rzekę. Chciałam się trochę poopalać i popływać. Ha, miałam już wielką wprawę w pływaniu, bo też na wczasach w Międzybrodziu, z których wróciliśmy dwa tygodnie temu, pływać się nauczyłam. I to sama. A nauczyłam się w ten sposób, że najpierw na płytkiej wodzie, dostając rękami dna, puszczałam się co chwilę i przepływałam kawalątek odległości, a potem już płynęłam co raz dalej i dalej. Styl to był wprawdzie rozpaczliwy, ale zawsze to jakiś styl. A najważniejsze, że dzięki niemu, to znaczy temu stylowi, zaczęłam pływać na coraz to głębszej wodzie. Aż wreszcie, bez większego już strachu przepłynęłam cały basen nad jeziorem - tam i z powrotem. To była frajda! Ależ byłam z siebie dumna. Tym bardziej, że już od początku lata na siłę próbowałam się nauczyć pływać w naszym cukrowniczym stawie rybnym, a tam nie udało mi się niestety. Ale to chyba tylko dlatego, że kiedy pewnego dnia zawzięcie trenowałam naukę pływania, i kiedy z wody chciałam coś zawołać do koleżanki siedzącej na brzegu, zachłysnęłam się wodą i wraz z wodą połknęłam… fuj, obrzydliwą kijankę, których w stawie aż się roiło. Myślałam, że z obrzydzenia się tam, wśród tego paskudztwa, utopię. Z przerażenia, wywołanego obrzydzeniem, na moment mnie sparaliżowało, ale po chwili się spamiętałam i na oślep zaczęłam walić nogami i rękoma o wodę i jakimś cudem udało mi się do brzegu dostać. Potem przez cały czas chciało mi się rzygać, bo ciągle miałam na myśli, że to czarne świństwo pływa sobie w moim brzuchu. Odruchy wymiotne ustały mi dopiero na drugi dzień, kiedy wydaliłam z siebie przetrawioną kijankę. Od tego incydentu nie bardzo miałam ochotę na dalszą naukę pływania. Tak że teraz byłam przeszczęśliwa, że jednak już pływam. A pływanie tak bardzo mi się spodobało, że na wczasach, po paru dniach, nawet z moim braciszkiem na plecach spokojnie pływałam po jeziorze. Braciszek też miał frajdę. Tym większą, że nie czuł żadnego zagrożenia. Ze mną czuł się bezpiecznie. Wiedział, że ze mną żadna krzywda nie może go spotkać. Zapewne miał już to w swojej dziecięcej podświadomości zakodowane.

A to właśnie fotki z naszych wczasów w Międzybrodziu.


Ja z braciszkiem i z koleżeństwem z podwórka.


Nad potokiem Żarnówka. Z mamą i braciszkiem.

Wracam do naszego niedzielnego wypadu nad rzekę. Kiedy dotarliśmy już nad rzeką, zobaczyłam, że tama jest spuszczona. Ucieszyłam się. Postanowiłam rozłożyć koc nieco dalej od tamy, gdzie nie było aż tak głęboko. Chciałam przecież z braciszkiem pochodzić po wodzie. W tym miejscu rzeka przepływała obok naszej cukrowni. Też i tama należała do cukrowni. Idąc dalej, zauważyłam, iż duży odcinek wzgórzystego brzegu rzeki, graniczącego z ogrodzeniem cukrowni, został zamknięty parkanem. Zdziwiło mnie to bardzo, bo nigdy do tej pory tego parkanu tam nie było. Można było sobie iść wzdłuż rzeki aż do najbliższej wsi. Postanowiłam zignorować tę całą drewnianą blokadę. Bo co mi tam! Na terenie cukrowni przebywać mogłam zawsze bez problemu. Przesadziłam braciszka przez parkan i sama przelazłam. Po czym, w odległości może 50 m od tego parkanu, a tuż przy brzegu rzeki, rozłożyłam koc. Przebrałam braciszka w spodenki kąpielowe, zdjęłam z siebie sukienkę, i w stroju kąpielowym usiadłam z nim na kocu. Na początek zachciało nam się jeść. Po zjedzeniu dużej części domowych smakołyków, wzięłam braciszka na ręce i wlazłam z nim do rzeki. Braciszek coś tam na początku marudził, ale po chwili chlapaliśmy się już jak dwa morsy. Aż bryzgi leciały na wszystkie strony świata. Fajnie było. Woda było wprawdzie brudna, ale była przynajmniej ciepła i… mokra. Kiedy braciszek po długim moczeniu zaczął nagle szczękać zębami, wystawiłam go na brzeg i kazałam okryć się ręcznikiem. Sama zaś chciałam jeszcze trochę popływać. Szybko jednak zmieniłam zdanie, gdyż tego dnia jakoś zbyt dużo szczurów wodnych pływało przy brzegu. Nie to, że się ich bałam, nie. Ja się ich tylko brzydziłam straszliwie. Gramoliłam się akurat na brzeg, kiedy nagle usłyszałam nasilający się tętent. Natychmiast popatrzyłam w tamtym kierunku, i zdębiałam. Spomiędzy krzewów, rosnących na wzgórzystym brzegu rzeki, wyleciała rozjuszona krowa, i z podniesionym ogonem, gnała w naszym kierunku. W momencie przypomniało mi się jak parę dni temu tatuś mówił do mamusi, iż dyrektor kupił sobie krowę. Przerażona potwornie wyskoczyłam z rzeki i rzuciłam się na koc. Chwyciłam braciszka pod pachę i jak szalona zaczęłam z nim uciekać w stronę parkanu. Braciszek krzyczał wniebogłosy a ja gnałam resztkami sił, czując już na plecach złowrogi, chrapliwy oddech wściekłej krowy. W ostatniej dosłownie chwili dopadłam parkanu. Przekaturlałam braciszka po ziemi pod parkanem, a sama przesadziłam go szczupakiem. Byliśmy uratowani. Krowa wyhamowała przy parkanie i stanęła jak wryta. Wreszcie, prychając na wszystkie strony spienioną śliną, głośnym i przeciągłym muczeniem dała wyraz swojemu niezadowoleniu. Po czym się odwróciła i dostojnym krokiem poszła brzegiem rzeki. Braciszek wtulił się we mnie, i szlochając, powiedział: - „Bzitka kjowa”. - Biedny, tak bardzo był przerażony. Szybko go jednak uspokoiłam, bo zaczęłam bawić się z nim w puszczanie kaczek po wodzie. W czasie tej zabawy, cały czas zaglądałam jednak za dyrektorską krową. Musiałam przecież wrócić tam jeszcze raz, aby pozbierać nasze rzeczy. Z daleka widziałam jednak, że krowa stoi przy naszym kocu i nie odchodzi. Martwiło mnie to bardzo, ale co było robić, trzeba było czekać aż łaskawie odejdzie. Prawie dwie godziny czekaliśmy, a krowa nic, jak stała, tak stoi nadal. Nerwy już mnie brały na to głupie bydlę. A jeszcze do tego wszystkiego, braciszek zaczął marudzić, że chce papu. No to zaczęłam się już rozglądać za jakimś kosturem, z myślą, że jednak będę musiała to wstrętne krowisko jakoś sama przepędzić. Kiedy już stałam przy parkanie z pokaźną gałęzią w ręce i nabierałam odwagi by parkan przeskoczyć, usłyszałam nagle czyjeś głośne nawoływania: - „Malina, Malinka, chodź do mnie!” - Wychyliłam głowę zza parkan i zobaczyła portiera z cukrowni jak idzie ze wzgórza ku rzece. Jakżesz się ucieszyłam na jego widok. Ta wstrętna Malina najwyraźniej też, bo zaczęła radośnie muczeć i człapać w kierunku portiera - na usługach jej pana dyrektora. Portier nas nawet nie zauważył. Poklepał to wstrętne krówsko po zadzie, i razem z nią, oddalił się w stronę bocznej bramy cukrowni. Wtedy ja, dłużej się nie zastanawiając, posadziłam braciszka w wysokiej trawie, a sama przeskoczyłam parkan i pognałam po nasze rzeczy. Gdy dotarłam na miejsce, myślałam, że dostanę szoku. Wszystkie nasze rzeczy były stratowane i wymieszane jak groch z kapustą. Mało tego, koc był w dużej części wystrzępiony i przerzuty, braciszka spodenki w połowie zżarte, w połowie wymaćkane, nawet moja kosmetyczka była nadżarta i zielona od krowiego pyska. Rany, ależ byłam wściekła! Miałam ochotę popędzić za tym głupim, nieużytym, dyrektorskim bydlęciem i nakopać mu do zadka. Co za krowa! Musiałam jednak wracać do braciszka. W pośpiechu pozbierałam z ziemi wszystkie pozostałości po naszym ekwipunku, i z myślą, że poskarżę się na to dyrektorskie krowisko tatusiowi, pobiegłam do braciszka.

*Bzitka kjowa - tłum. z jęz. dziecięcego: brzydka krowa

***

Dzisiaj, kiedy tylko spotkamy się z braciszkiem, wspominamy nasze dzieciństwo. A mamy co wspominać, i z czego się pośmiać. Ponieważ ja, jako najmłodsza z sióstr, matkowałam mu najbardziej i często spędzałam z nim czas. Ale z tej akurat historyjki z krową w tle, o dziwo, braciszek krowy nie pamięta. Pamięta za to, że mu „ała” w wodzie zrobiłam. Musiałam się zdrowo nagłówkować by skojarzyć sobie fakty i ustalić, co też to ja nawyrabiałam, że mojemu kochanemu braciszkowi ała zrobiłam... Biedulka! W końcu mi się przypomniało, że wcześniej, zanim wybrałam się z nim nad rzekę, przymierzałam zeszłoroczny strój kąpielowy. Chciałam sprawdzić, czy jeszcze nie jest za ciasny, wszak cycuszki przez rok urosły mi nieco. Okazało się, że staniczek był jednak już troszeczkę za mały, ale że strój bardzo mi się podobał, wciskałam się w niego na siłę... No i? No i jedno ramiączko od stanika się oderwało. Żeby nie tracić czasu, niewiele myśląc, przypięłam je agrafką. Pewnie stąd to „ała”. Musiało tak być, że kiedy chodziłam z braciszkiem po wodzie, nosząc go na rękach, agrafka się odpięła... Och, ta bzitka agjafka!


HKCz
(20.11.2010.)

piątek, 2 lutego 2018

Spływ Białą Lądecką

   W latach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości często jeździłam na wakacje do mojej cioci na wieś koło Kłodzka. Wieś ta leży w pięknym otoczeniu, u zbiegu dwóch rzek: Białej Lądeckiej i Nysy Kłodzkiej. Obie te rzeki tuż za wsią wpadają na siebie i płyną dalej jednym wspólnym korytem. A w tej ich jedności, koryto się poszerza i wody ich tworzą coraz to większe rozlewisko rzeczne. Nurt staje się coraz bardziej leniwy i powolny. Aż wreszcie, rzeka jednego już imienia - Nysa Kłodzka, snuje swe wody wolno i dostojnie, tworząc w swym biegu wiele przepięknych meandrów.


   Cudowne to  miejsce. A jak bardzo cudowne, przyszło mi się przekonać pewnego popołudnia, kiedy to z moimi kuzynami Ryśkiem i Frankiem, urządziliśmy sobie spływ na dętce od traktora. Wcześniej opalaliśmy się na brzegu Białej, nasmarowani ropą spuszczoną wprost z silnika traktora. To ja na taki pomysł wpadłam, bo gdzieś słyszałam, że dzięki ropie szybciej i brązowiej się opala. To nic, że śmierdzieliśmy jak traktorzyści, ważne, że opaliliśmy się faktycznie bardzo szybko. To znaczy ja się opaliłam, bo po paru godzinach byłam czarna jak Murzyniątko. Ryśka jakoś słońce w ogóle nie chwytało, a Franek spiekł się na raka. Koniec końców, po paru godzinach leżenia plackiem na brzegu Białej, zrobiło nam się bardzo gorąco, no i wtedy, zakuta pała Franek, że odczuwał największe pieczenie ciała, wpadł na pomysł, by się schłodzić i przy okazji popływać sobie na dętce od traktora, którą wraz z ropą, przytargał od gospodarza z sąsiedztwa. Długo mnie nie musiał namawiać, bo też już potrzebę ochłodzenia się odczuwałam. Franek poturlał dętkę do rzeki i we trójkę się na nią wtranżoliliśmy. Na początku wcale łatwo nam to nie szło, gdyż nasze ciała były okropnie tłuste od ropy i co rusz  ześlizgiwaliśmy się po mokrej gumie. Tym większe utrudnienie sprawiała nam rwąca woda. Ale jakoś wreszcie udało nam się do spływu przygotować i nasze koło zasiąść. Ja po środku, chłopcy po bokach. Podnieśliśmy nogi... i popłynęliśmy w szalonym tempie z wodami Białej. Śmiechu i pisku było przy tym co niemiara, bo gdy kołem zarzucało na tych bardziej rwących odcinkach, trudno nam było się na kole utrzymać. Ależ mieliśmy ubaw. Po pachy.
   Płynęliśmy dalej i dalej, i kiedy chcieliśmy już zakończyć nasz spływ, zdając sobie sprawę, że w dalszym odcinku rzeki woda staje się wręcz niebezpiecznie rwąca, okazało się, że już nie mamy żadnego wpływu na nasz spływ. Woda nas niosła coraz bardziej, i coraz szybciej zbliżaliśmy się do miejsca gdzie Biała łączy się z Nysą. A to miejsce jest straszne. Rozszalałe wody obu rzek wpadają na siebie z ogromną siłą i szybkością, tworząc całą masę niebezpiecznych wirów. Rysiek wrzeszczał, Franek przeklinał, a ja widziałam już śmierć w oczach. I w pewnym momencie, kiedy koło nasze wpadło na wystający z dna głaz, kołem zarzuciło tak potężnie, że Rysiek i Franek, nie mogąc się już utrzymać, wylecieli w powietrze, jakby ich ktoś z katapulty wystrzelił. Mnie się jednak udało na kole utrzymać. Nie wiem jakim cudem... Może dlatego, iż zdałam sobie sprawę, że to koło właśnie jest moją ostatnią deską ratunku? W utrzymaniu się na kole pomógł mi też długi wentyl, który sterczał między moimi nogami. Wprawdzie wcześniej sterczał w innym miejscu, bo przecież na wentyl bym chyba nie usiadła, ale wtedy byłam zadowolona, że mam go akurat między nogami, i nawet to, że co rusz aż do krwi drapie moje uda, wcale mi nie przeszkadzało. Bo cóż znaczą zadrapania w obliczu śmierci? Woda niosła mnie coraz dalej. Byłam przerażona. Bałam się też o chłopców. Ale kiedy zobaczyłam ich po chwili, że wyłonili się jednak z wody i próbują dostać się na brzeg, to się nieco uspokoiłam. Gorączkowo zaczęłam myśleć co ja mam ze sobą zrobić, wszak do połączeń rzek już niedaleko. Nic jednak nie wymyśliłam, bo też żywioł natury nie dawał mi szans. Miejsce połączenia rzek było tuż-tuż. Chwyciłam się z całych sił zbawiennego wentyla i przywarłam do koła. Zamknęłam oczy, wstrzymałam oddech... i czekałam najgorszego. Nie pamiętam, jak wpadłam z wodami Białej do Nysy. Kompletnie nic. Biała plama. Najwyraźniej z przerażenia musiałam stracić przytomność.

  Kiedy się w końcu ocknęłam, cisza była dookoła. Żadnego szumu oszalałej wody, żadnego szarpania moim ciałem, żadnego podrzucania. W pierwszej chwili myślałam, że już nie żyję. Bałam się otworzyć oczy. Ale że do tchórzy nie należę, zebrałam się na odwagę, i wreszcie je otworzyłam. I co się okazało? Otóż okazało się, że płynę sobie spokojnie leniwą wodą Nysy, i nic więcej się nie dzieje... Cisza dookoła.

HKCz
(17.08.2009)

PS
To przeżycie, jak i wiele innych, często bardzo niebezpiecznych, opisałam w mojej książce pt. "Szalone Wakacje" > link


Okładka książki.

czwartek, 1 lutego 2018

Testosteronowe buzowanie

   Jak wspomnę moje dzieciństwo i młodość, przypominam sobie, iż zawsze najchętniej bawiłam się z chłopakami. Zwłaszcza w aktywnych zabawach na powietrzu. Jedną z takich właśnie zabaw opisałam w dziale: „Wspomnienia” pt. "Tragikomiczna przygoda na torach"Z dziewczynami jakoś nie bardzo mi zabawy wychodziły. Bo też dziewczyny denerwowały mnie czasami niesamowicie. Wystraszone to to jakieś. Powolne. Nieużyte… Jedna z drugą. Tego się boi, to ją przeraża, tego się brzydzi, to dla niej za trudne, to niemożliwe… itd… itp. A już najbardziej wnerwiały mnie takie, które się myszy, albo pająków bały. O rany, jak można się bać takich małych stworzonek? Do dziś tego pojąć nie mogę.
   No nie wiem, czemu tak ze mną było. Może dlatego, że miałam urodzić się chłopcem? Wszak moi rodzice bardzo marzyli o synu. Dwie córeczki już mieli. Pewnie to ich ogromne marzenie miało taką moc oddziaływania, że choć zrobiłam im psikusa i dziewczynką się urodziłam, to jednak urodziłam się z wyższą dawką testosteronu niż normalnej dziewczynce przynależna. Nieraz mi to wypominali, że miałam się chłopcem urodzić, bo i tak dawałam im „popalić” jak nie jeden a kilku chłopców naraz. Pewnie tak było, że słysząc ich ciągłe gadki o syneczku, już jako embrion w łonie matki nałapałam testosteronu ponad miarę. Tak na wszelki wypadek. Bo skąd mogłam wiedzieć przez te nudne dziewięć miesięcy w okropnej ciasnocie, że żaden ogonek mi nie rośnie i że mnie jednak dziewczynką spłodzili? A sama przecież nie miałam wpływu na moją płeć. Przyszłam więc sobie na świat dziewczynką, ale z chłopięcą dawką testosteronu. Tak myślę. Bo jeśliby wierzyć naukowcom z University of Liverpool, to chyba tak było. A oni właśnie dowiedli, że u osób płci obojga, będących posiadaczami palca serdecznego dłuższego od palca wskazującego, jak nic, wskaźnik stężenia testosteronu we krwi jest wyższy niż norma przewiduje. A ja akurat jestem posiadaczką takowego serdecznego paluszka… Ba, nawet dwóch. Naukowcy udowodnili też, że to właśnie testosteron w życiu płodowym wpływa na proporcję palców. I im bardziej palec serdeczny jest dłuższy od wskazującego, tym więcej testosteronu działało na płód. Że to właśnie testosteron w życiu płodowym wpływa na budowę mózgu i kształtuje zachowanie człowieka w dorosłym życiu. Osoby z taką proporcją palców są odważne, twarde, nieustępliwe, potrafią walczyć, ale są też mniej egoistyczne. No i udowodnili właśnie jeszcze to, że dziewczynki z takimi paluszkami wolą zabawy chłopięce i chłopców jako uczestników wspólnych zabaw. Ha, no to wypisz, wymaluj - ja. Zresztą, pal sześć wszelkich naukowców, bo ja sama też wiem, że cosik mi nieraz we krwi buzuje, i to jak oszalałe… Toż musi to być testosteron. No bo co by innego?
   Dobrze mi się jednak żyje z takim buzowaniem… chociaż jestem przez to większą ryzykantką w życiu niż większość istot rodzaju żeńskiego, a w niektórych przypadkach i męskiego. Czasami aż tak bardzo, iż sama siebie się boję. Bo nie wiem, jak daleko w tym ryzykowaniu mogę się jeszcze posunąć. Ale że lubię się bać, bo to jeszcze dodatkowo i adrenalinka buzuje mi we krwi, nieraz w życiu balansuję nad przepaścią. W dosłownym i niedosłownym tego słowa znaczeniu.

Oto przykład:


Turcja - Sztorm na Morzu Śródziemnym... No to jakżeby tej grozy 
natury nie zobaczyć z bliska? 


   Na szczęście, mam chyba szczęście, bo jak do tej pory, z każdej ryzykownej sytuacji wychodziłam cało. Może też dlatego, żem w niedzielę rodzona? No, serio, akurat w niedzielę przyszłam sobie na świat… A co?! Musiałam się postarać, aby moje przyjście było bardziej spektakularne, skoro już po myśli rodziców nie było. No i tak od dziecka ciągle słyszę: - Gdzie diabeł nie może, tam Halszkę pośle”. - I tak do dziś. Ale lubię siebie taką, bo też moje życie jest naprawdę bardzo ciekawe. Ciągle coś się dzieje. Nie znam słowa „nuda”.
   Moja testosteronowa dziwolągowatość nie tylko ryzykanctwem się objawia, ale też potrzebą niesienia pomocy innym. Za wszelką cenę. Nigdy nie przeszłam obojętnie obok człowieka potrzebującego pomocy. Ba, nawet do każdej bójki się wmieszam, kiedy widzę, że biją słabszego. Nieraz w życiu z podbitym okiem przez to chodziłam. Nigdy jednak tego nie żałowałam. W takiej sytuacji zawsze reaguję. Bez wahania. Już tak mam. To jest silniejsze ode mnie.
   Jak się niedawno przez przypadek dowiedziałam, dzięki temu, że jestem taka a nie inna, uszłam też z życiem. Napisałam o tym w moim wspomnieniu pt. Spotkanie 3 stopnia z mordercą-gwałcicielem". No i jakże mam nie lubić tej swojej dziwolągowatości, skoro tyle dobra mi w życiu przyniosła? A że i czasami podbite oko… Nic to!
   Mój Syn ma podobnie. Nie może być inaczej, wszak urodziłam go w dniu swoich urodzin i imienin.


HKCz
(12.09.2009)