Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 20 maja 2018

Zabawa w gabinecie lekarskim


We wtorek wybrałam się do lekarza laryngologa na umówiony wcześniej termin. Nie, chora nie jestem. Celem kontroli tylko. Po zameldowaniu się w rejestracji, przeszłam do poczekalni, gdzie siedziało już 5 pacjentów. Zmartwiłam się. Pomyślałam, że zanosi się na dłuższe czekanie, a ja czekania strasznie nie lubię. Wręcz chora się robię, kiedy muszę tracić czas na czekanie. Spokojnie wytrzymuję jakieś pół godziny, potem zaczynam się już niecierpliwić, i, albo idę do rejestracji się przypomnieć, albo, kiedy czekanie nadal się przedłuża, idę po prostu do domu. Lekarze, z których porad korzystam (już prawie 20 lat), już mnie znają - względem braku cierpliwości na czekanie i zazwyczaj przyjmowana jestem w umówionym terminie. Tym razem zanosiło się jednak na dłuższe czekanie. Te 5 osób świadczyło o tym. A ja, pech chciał jeszcze, zapomniałam wziąć z domu książkę do czytania. 

W poczekalni czasopism od groma, to coś tam poczytałam. Posiedziałam jakieś 15 min., kiedy, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu, zostałam przez pielęgniarkę poproszona do gabinetu lekarskiego. Zerwałam się z siedzenia, i wesoło z nią rozmawiając, pomaszerowałam do jednego z gabinetów laryngologa. W gabinecie rozsiadłam się w fotelu i cierpliwie czekałam na wejście pana doktora. W końcu mi cierpliwości brakło, bo minęło kolejne 15 min. a doktora ani widu, ani słychu. Zaczęłam rozglądać się po gabinecie. Wtedy usłyszałam dobiegający przez okno gwar bawiących się dzieci. Podeszłam do okna i otworzyłam je. 


Z przyjemnością chwilę przyglądałam się radośnie bawiącym się dzieciakom. Potem je obfotografowałam (aparat fotograficzny zawsze przy sobie mam), okolice także, bo widok z 2 piętra na miasto był imponujący.


Wreszcie zamknęłam okno, bo było zimno i wiał przenikliwy wiatr. Rozglądnęłam się po ścianach gabinetu i obfotografowałam wszystkie obrazki tam wiszące, zmieniając je oczywiście wg własnej fantazji… Oto jeden z nich:


A lekarza nadal nie było. Zaczęłam się wkurzać, gdyż pół godziny w sumie już minęło. No to żeby się całkiem nie wkurzyć, a co gorsza, nie nudzić, szukałam dalszego zajęcia. Zaczęłam przyglądać się swoim nogom w promieniach słońca. Promienie prześwitywały przez zasłonę w oknie i z moimi nogami tworzyły nawet fajną kompozycję. Puściłam wodze fantazji… i znów na chwilę „odpłynęłam w abstrakcję”, zapominając tym samym, że czekam na lekarza.

Gdzie byłam, co robiłam, i co widziałam, nie zdradzę, ale przyznam, że całkiem fajnie się bawiłam. A oto i wizualne efekty mojej zabawy:






W końcu znudziły mnie moje nogi. Zaczęłam patrzeć w sufit. Był nieskazitelnie biały. Ale przecież biel może być też i kolorowa… Nie?! W wyobraźni tak. ;)


A kiedy i sufit przestał mnie bawić, zaczęłam „wspinać” się po schodkach stojących przy lekarskiej kozetce. 


Wspinałam się po stopniach, fantazjując przy tym ile wlezie, kiedy nagle drzwi się otworzyły i z szerokim uśmiechem wszedł pan doktor. Byłam bardzo zaskoczona jego widokiem, ale odpowiedziałam mu równie szerokim uśmiechem. Niech sobie nie myśli, że czekaniem na niego jestem zniecierpliwiona, albo, co gorsza, znudzona. ;) 

Kiedy wróciłam do domu i pokazałam Córce moje „dzieła” z gabinetu lekarskiego, zaśmiała się i powiedziała:
- Dobrze, że to twoje czekanie na lekarza miało miejsce w Niemczech, a nie w Polsce, bo Andy Warhol, gdzieś tam w zaświatach, mógłby się poczuć  poważnie zagrożony. 


HKCz
5.12.2013
 

środa, 18 kwietnia 2018

Na tropie Światowida… i wyobraźni

(tekst opublikowany - 25.02.2012. - na portalu Wiadomości24)
Światowid, to potoczna nazwa boga wojny (Świętowida) o czterech twarzach zwróconych ku czterem stronom świata. Jego posąg znamy z Arkony (Rugia), a także ze Zbrucza i Krakowa. Dzisiaj podobne mu posągi można znaleźć w wielu miejscach na świecie.

Ja znalazłam tu gdzie mieszkam. Posąg ten, a właściwie dwa posągi, bardzo mi przypominają posąg Światowida. Zostały wykonane 5 lat temu przez uczniów tut. Gimnazjum i stoją na szczycie Oksenberg (Góra Wołowa) - przy głównej dróżce leśnej.

Po prawej stronie dróżki stoi posąg z dwiema głowami, jedną
na górze, drugą na dole.


Po lewej stronie dróżki stoi drugi, podobny posąg, tyle że
z jedną głową - na dole.


Jeśli się dokładnie przyjrzymy tym dwóm posągom, zauważymy, że stanowią one pewną całość. Świadczą o tym wyrzeźbione na nich napisy. Na lewym posągu jest napis: „MENSCHEN”, a na prawym: „RECHTE”, co znaczy w tłum. na język polski: PRAWA CZŁOWIEKA.

Bardzo mi się podobają te dwa posągi. Widzę w nich Światowida (mimo iż twarze są pojedyncze), tyle że nie jako boga wojny, a jako boga pokoju. Tak mi podpowiada moja wyobraźnia a i pacyfistyczne poglądy. Jestem urodzona pacyfistką i przejawy pokoju widzę wszędzie, a właściwie chcę widzieć wszędzie.

Niekiedy twarze „mojego Światowida” znaczą dla mnie coś innego. Co? To zależy od dnia i pory roku, no i oczywiście od mojej wyobraźni. A że mam ją bogatą, dzisiaj, kiedy przeglądałam album z jego zdjęciami, twarze jego skojarzyły mi się z… Vivaldim i z jego jakże ilustracyjną muzyką: „Cztery pory roku” (Le quattro stagioni). Śmieszne? Może i tak. No ale cóż, ludzie z wyobraźnią już tak mają, że wszystko po swojemu sobie wyobrażają.

Wiosna (Primavera)


Lato (Estate)


Jesień (Autunno)


Zima (Inverno)


A to co znowu? REC?! Ech, ta moja wyobraźnia...
Byle do wiosny!


Gdzie jesteś wiosenko ty moja kochana?
Co dzień cię szukam z nadzieją od rana,
Przez wszystkie okna zawzięcie zaglądam…
Bardzo cię potrzebuję, wręcz pożądam!


Żegnaj zimo… na rok!


Po dwóch dniach tylko tyle ze śnieżnej kuli zostało…
Dobra zima, dobra… odchodzi!


HKCz
(4.03.2012)

niedziela, 15 kwietnia 2018

Fantazyjne obrazki z Marsa


Jestem zafascynowana Marsem. Lubię wpatrywać się w tę cudowną czerwoną planetę i wyobrażać sobie jak wygląda z bliska. Dzięki niezwykłemu Łazikowi Curiosity (ang.: ciekawość) dużo już wiemy o jej zasobach naturalnych i wyglądzie. Możemy podziwiać coraz więcej marsjańskich krajobrazów. Są piękne. Oczami wyobraźni widzę je też i po swojemu… Bo co jak co, ale wyobraźnię to ja mam bogatą. Fantazję także. Zresztą, aż tak trudne to też wcale nie jest, gdyż na Marsie występują tereny podobne do naszych ziemskich. Są tam doliny i pustynie, są góry i wulkany, są także polarne czapy lodowe o przeróżnych kształtach. Całą resztę można sobie wyobrazić. To fajna zabawa i szerokie pole do popisu dla naszej kreatywności.

Tak bawić się może każdy kto ma fantazję i wyobraźnię. Zabawa przednia. Polecam! Zwłaszcza teraz, w tym mało ciekawym czasie, kiedy do wiosny jeszcze daleko, kiedy biel dominuje dookoła, albo szarość, kiedy kolorów w naturze brak. Nie warto jednak poddawać się i popadać w stany przygnębienia. Jedyne co warto, to znaleźć na siebie metodę by nie doprowadzać się do takiego stanu i… pokolorować sobie swój świat, ba, wszechświat także. A co?!

Warto czasem popuścić wodze fantazji i… pofantazjować sobie: - „Bo fantazja, fantazja, bo fantazja jest od tego, aby bawić się, aby bawić, aby bawić się na całego” - wciąż mądrze śpiewa dziecięcy zespół Fasolki. (<kliknij, jeśli masz ochotę posłuchać).

Fantazjowanie wspaniale działa na psychikę. Nie tylko dziecka, dorosłego także. I tylko ten dorosły potrafi być w życiu szczęśliwym, który zachował w sobie choć odrobinę wrażliwości dziecka.

***
Zima ponownie zaatakowała przeszło tydzień temu - i trzyma do dziś. Śniegu leży wszędzie tyle… aż bokiem wychodzi. I to nie tylko w przenośni, dosłownie także. Bo po tak grubej warstwie śniegu bardzo źle się chodzi. Wiem, bo akurat teraz biegam po lesie dwa razy więcej niż zwykle. Dlaczego? Ano dlatego, że jest u mnie nasz rodzinny Labradoodle. Moje dzieciaki mają ferie zimowe i w ramach tych ferii wygrzewają się na Lanzarote. A ja, po powrocie do domu, kiedy mój ulubieniec śpi umęczony wędrówką i porcyjką z miski, bawię się czasem swoją wyobraźnią i fantazją. A oto i efekty tej mojej zabawy:

Obrazki krajobrazów marsjańskich
wykonane przez Łazika Halszkę Ciekawość von Neugier-Curiosity ;)
















Huuurrraaa...! jest i woda!
Lecimy natychmiast, bo czasu szkoda.


Na Marsie życie zapewne było...
Miliardy lat temu się skończyło.


Kiedy Ziemianie na Marsa przybędą,
czerwoną planetę z marazmu wydobędą.

***

A dla tych, co nie bardzo wiedzą, co to fantazja, a co to wyobraźnia, tak na wszelki wypadek, załączam krótką ich charakterystykę: 

Fantazja – jest to zdolność do wyobrażania sobie czegoś.
Wyobraźnia – to zdolność do tworzenia wyobrażeń twórczych, przewidywania, uzupełniania i odtwarzania oraz zdolność przedstawiania sobie zgodnie z własną wolą sytuacji, osób, przedmiotów, zjawisk itp., niewidzialnych dotąd; fantazja, imaginacja.

Jaka jest różnica między fantazją a wyobraźnią? 
Fantazje są nieprawdopodobne (miasto aniołów, latający dywan, wszechwiedzący sędzia). Wyobrażenia są prawdopodobne (państwo, samochód, sprawiedliwy sąd). Fantazja jest nieograniczona logiką (od supermana odbijają się kule, “sprawiedliwości zawsze stanie się zadość”). Wyobraźnia jest logiczna (jeśli przejdę na czerwonym świetle, przejedzie mnie samochód; jeśli wszyscy ludzie będą kłamać, społeczeństwo się rozpadnie).

I jeszcze:

Filozofia to sztuka posługiwania się wyobraźnią

Filozof to ktoś obdarzony żywą wyobraźnią i zdolny do odróżniania fantazji od wyobrażeń... Ot co! ;)


HKCz
(18.02.2013.)

piątek, 30 marca 2018

Wyobraźnia dzieci nie zna granic

Uwielbiam przyglądać się i przysłuchiwać zabawom moich Wnusiów. Ileż w nich niezwykłych improwizacji, cudownej fantazji, bajecznych postaci. Mój najmłodszy, 4-letni Wnusio, w zabawach takich wiedzie prym. Potrafi godzinami bawić się sam ze sobą. Jednak w swoich zabawach nigdy nie występuje sam. Zawsze wymyśla sobie przynajmniej jakieś dwie postacie, z którymi prowadzi rozmowy, śpiewa, tańczy… Nieraz nawet i płacze, jak akurat taka scena rozgrywa się w jego wyobraźni.

Mój Wnusio w dzisiejszej roli oceanicznego nurka.


Oryginalny, nieprawdaż?


Pojęcia nie mam skąd mu przyszło na myśl, aby założyć na siebie pudełko plastikowe i wiaderko, które wcześniej (pewnie specjalnie), opróżnił ze swoich zabawek, i w ten sposób, w takim „przyodziewku”, grać rolę nurka. Bardzo szlachetnego nurka. Bo też z harpunem w rączce (za co posłużył mu patyczek do kwiatów doniczkowych), ratował syrenkę przed złym rekinem. A ile się przy tym nagadał… hihihi!... i to w trzech osobach. Tłumaczył, prosił, nakazywał - jako nurek; złościł się, krzyczał złowrogo - jako rekin; śpiewał, błagał, płakał - jako syrenka… Ba, raz się nawet kilka rybek pojawiło, które jedna przez drugą wołały: - „Uciekaj syrenko, rekin ciebie chce zjeść! Szybko, szybko, uciekaj!... Kochany nurku, dobry nurku, odważny nurku, ratuj syrenkę od złego rekina! Ratuj, śpiesz się, syrenka płacze ze strachu!” - No i oczywiście dobry nurek, pokonał złego rekina moim patyczkiem… upsss! chciałam powiedzieć - harpunem, i syrenkę uratował. Pokonał, nie znaczy, zabił. A gdzież tam! Mój Wnusio… to jest, nurek, ma dobre serduszko. Nie zabija nikogo. Postukał tylko złego rekina harpunem po płetwie, i kazał mu się wynosić: - „tam gdzie wanilia kwitnie”. Uśmiałam się serdecznie, bo to są moje słowa. Nieraz tak mówię, kiedy ktoś mnie zdrowo wkurzy.

Wnusio był bardzo uradowany, że „udało” mu się syrenkę uratować. Ja też się cieszyłam. I to podwójnie. Raz, że Wnusio miał wspaniałą zabawę, a dwa, co bardzo istotne, że w jego zabawie - dobro zwyciężyło zło. Jak zawsze zresztą.
Na zakończenie zabawy „na dnie oceanu”, Wnusio jako nurek i jako syrenka - w jednej osobie, odśpiewał jeszcze nauczoną dziś w przedszkolu wesołą piosneczkę (jedną zwrotkę dyszkantem, drugą basem), i kiedy skończył, zawołał:
- Babciu, jestem głodny!

Bardzo mi się podobają Wnusia zdolności do fantazjowania. Niechaj fantazjuje ile wlezie! Mam nadzieję, że w jego przypadku, to nie tylko skłonność do spontanicznego fantazjowania, która jest naturalną cechą dziecka, ale i zdolność. Zdolność, którą będzie w sobie rozwijał przez całe swoje życie. O wiele przyjemniej będzie mu się wtedy żyło. Osoby z bogatym życiem wewnętrznym, umieją być szczęśliwe. Mimo wszelkich przeciwności losu.

Zdjątko zrobione przez mojego Wnusia na dzisiejszym
spacerze.


Fajniutki ten ślimaczek winniczek, co nie?

Kiedy Wnuczek zobaczył tego ślimaczka na naszej drodze, zawołał:
- Babciu daj aparat, zrobię mu zdjęcie. Wygląda tak pysznie!
Pysznie? Dlaczego powiedział „pysznie”? Nie dojrzale, na ten przykład, albo ładnie, czy też uroczo… Albo coś w ten deseń, tylko pysznie. Zastanowiło mnie to bardzo. Wprawdzie w moim Wnusiu płynie francuska krew, no bo też jego dziadek jest Francuzem, ale to chyba nie oznacza, że, że… a nie, nie, z pewnością nie! To pewnie tylko moja (z kolei) bujna wyobraźnia takie skojarzenia mi podsuwa… A sio, niesmaczne myśli!

A oto moje kochane Wnuczęta w wymyślonych przez
siebie bajkach.


Kochane i radosne Dzieciaczki!
 

A tutaj LINK do - jeszcze jednego - opisanego przeze mnie Wnuczka fantazjowania.
 

HKCz
11.05.2010