niedziela, 1 kwietnia 2018

Krzyż z wypaczonym symbolem

 

Ech, Ty Krzyżu spod Pałacu Prezydenckiego,

w dobrej wierze przez harcerzy postawiony,

jakże smutny los tam w końcu Ciebie spotkał...

Twój symbol przez ludzi został wypaczony.


Miałeś Ty, o Krzyżu, Godle Chrześcijaństwa,

do kościoła Św. Anny być przeniesiony,

by potem w uroczystą ruszyć pielgrzymkę...

Na Jasnej Górze godnie być pozdrowionym.


Miałeś tam właśnie, na Wzgórzu Częstochowy,

oddać hołd ofiarom smoleńskiej tragedii

i powrócić do kaplicy loretańskiej,

by dopełnić pomnik katyńskiej tragedii.


Lecz nie dane Ci było doczekać tego,

za sprawą pewnej grupy krzykliwych ludzi...

Ty wiesz, czy są oni prawdziwie wierzący

i czy ich czyn w Bogu odrazę nie budzi.


Ech, Ty Krzyżu, już Ty przecież najlepiej wiesz,

że nie o taką wiarę Panu Bogu chodzi,

że Bóg nie lubi zacietrzewionych ludzi,

w których zamiast zgody — nienawiść się rodzi.


***

Wiersz ten dedykuję wszystkim samozwańczym „Obrońcom Krzyża" (czyt. J.K.), okupującym teren przed Pałacem Prezydenckim.
 

PAP/Grzegorz Jakubowski


Wtorek, 3 sierpnia, Warszawa

Zdjęcie i opis z WP: - „Pracownicy Biura Ochrony Rządu usiłują odsunąć od krzyża kobietę trzymającą się zawieszonej na nim biało-czerwonej szarfy przed Pałacem Prezydenckim w Warszawie. Na godzinę 13.00 zaplanowano uroczystość przeniesienia krzyża do kościoła św. Anny. Uroczystość nie odbyła się z powodu protestów".

Do dedykacji dołączam również już wcześniej opublikowany tutaj wiersz satyryczny pt.
„Moherowa nabożność".
 

HKCz

2.08.2010 
 

Zapach lata

Uwielbiam zapach lata
o wczesnoporannej porze,
kiedy świeżością nasycone jeszcze,
kiedy go czuć w każdym kolorze.

Uwielbiam zapach lata
też o zmierzchającej porze,
kiedy przesycone upałem
schładza się w nastającym wieczorze.

Uwielbiam zapach lasu
o każdej porze lata...
Bo i w słońcu i w deszczu
cudnie pachnie leśna szata. 


Uwielbiam zapach łąk
nagrzanych promieniami słońca.
Ich bajeczną wonią upojona
przemierzać je mogę bez końca.


Uwielbiam zapach sianokosów
otulający łąki i polany.
I zapach suszonego siana,
co w słońcu jest skąpane.


Uwielbiam zapach ogrodu
i wieczornego grillowania.
A także zapach ogniska
i iskier dźwięczne trzaskania.


Uwielbiam wszystkie dary lata,
nie tylko zapachowe doznania.
Uwielbiam każdy letni dzień...
A najbardziej — czas urlopowania.



HKCz
(28.07.2010)

Wakacyjny sezon... na ogórki

Wakacje. Gwarno dookoła. Wszędzie pełno dzieci. Nie wszystkie wyjechały. Może wyjadą później. Tak jak moje starsze wnuki, które jadą do Chorwacji dopiero w sierpniu. Najmłodsza natomiast wnuczka ma wakacje u mnie. Wakacjujemy więc razem. I całkiem fajnie to wakacjowanie nam wychodzi. Już z rana pakujemy prowiant do plecaka... i jazda do lasu. Codziennie wędrujemy po innym lesie. A mamy co wybierać. Lasów u nas mnóstwo. Wracamy dopiero na obiad. Po obiedzie zaś robimy różne inne bardzo ciekawe rzeczy. W domu, albo w ogrodzie. W zależności od pogody.

Dzisiaj jednak nie pojechałyśmy do lasu a na targ. Koniecznie chciałam kupić dla córki ogórki do kiszenia. Ostatnie parę lat wszystkimi słoikowymi sprawami (z niekłamaną przyjemnością a moją ulgą) zajmuje się córka. Ja mam totalną labę. Zajmuję się jedynie konsumpcją. No, może czasami tylko coś do tych słoików dokupię. Jak dzisiaj.

Kiedy dotarłyśmy na targowisko, od razu podeszłyśmy do pierwszego z brzegu warzywnego straganu, na którym już z daleka widziałam drobniutkie ogóreczki. A takie właśnie chciałam kupić. Niestety, nie kupiłam, bo okazały się być zbyt miękkie. Pani straganiarka próbowała mnie przekonać, że są bardzo dobre i do kiszenia się nadają.

— No niechże pani je kupi. Sama takie do słoików wkładam.

— Wierzę pani, że pani wkłada... — zaśmiałam się. — Ale ja kiszę ogórki po polsku, a do kiszenia po polsku potrzeba twardych ogórków.

— Phiii... też mi! — fuknęła pani straganiarka z niezadowoloną miną, i chcąc zamanifestować swoje fuknięcie dosadniej, zamaszyście machnęła ręką i niechcący potrąciła kosz z ogórkami, wprawiając tym samym kilka ogórków w ruch.

Jakie było zdziwienie wnuczki, gdy dwa ogóreczki — lotem pikującym — wpadły nagle do jej osobistego koszyczka, który trzymała w rączce.

Widząc jej zaokrąglone ze zdziwienia oczęta, a i nie mniej zaokrąglone oczy oniemiałej pani straganiarki, buchnęłam śmiechem, i wyciągając ogórki z koszyczka, powiedziałam:

— Och, wy biedne, miękkie ogóreczki, wracajcie do waszej pani — po czym wcisnęłam je do rąk ciągle oniemiałej pani straganiarki.

Wracając do domu z ogórkami kupionymi na innym straganie, wnuczka ciągle szczebiotała na temat ogórków. Wtedy też zadeklamowałam jej rymowankę o przygodzie ogórka, którą napisałam przed laty. Trochę musiałam improwizować, bo jakoś naprędce nie umiałam jej sobie dokładnie przypomnieć. Ale za to w domu przeczytałam ją w całości:


Przygoda małego ogórka


Na targu warzywnym wielka była heca...

Mały ogóreczek z hukiem wpadł do pieca.

Niemiła przekupka tak nim wywijała,

Zła na moją mamę, że ta go nie chciała.


Moja mama miała wszak inne życzenie:

Pragnęła dużego, i to w dobrej cenie.

Przekupka ta jednak słuchać jej nie chciała

I małym ogórkiem ciągle wywijała.


Uśmiałem się bardzo, bo było to dziwne...

Wszak życzenie mamy nie było naiwne.

Mimo to je spełnić nie sposób wręcz było,

Skoro tę przekupkę aż tak rozeźliło.


I biedny ogórek, chociaż był niewinny,

Wylądował w piecu, ponieważ był inny.


Leciwy pan piekarz akurat pizzę piekł…

Nagle świst usłyszał i okropnie się zląkł.


W mig jednak zapomniał, że coś się zdarzyło,

Zajęty był pracą... i to się liczyło.


Ogórek zdziwiony: — A cóż tak gorąco?! —

Pizza łyp spod oka, spojrzała nań drwiąco.


Spocony ogórek aż krzyknął zdziwiony:

A cóż ty tu placku taki wyłożony?!


Pizza się wkurzyła i tak podskoczyła,

Że sobą ogórka niechcący przykryła.


Pan piekarz pomyślał: — Już pizza gotowa.

Muszę już ją wyjąć, aby była zdrowa.


Dobył ją łopatą, na ladzie ułożył...

— A któż to ogórka pod pizzę położył?!!!


Zrobiło się gwarno wokoło piekarza...

— A co, drogi panie, z ogórkiem się nie zdarza?!

— Z kiszonym i owszem, ale z surowym nie! —

Zeźlił się pan piekarz i w kułak krewko dmie.


— Ach, panie piekarzu! — woła moja mama.

— Takiej też pizzy nie jadłam jeszcze sama.

Ciekawa więc jestem jak ona smakuje...

Proszę zapakować! Właśnie ją kupuję!


Po przeczytaniu jeszcze chwilę omawiałyśmy przygodę małego ogórka. A po paru godzinach, kiedy poszłyśmy do piwnicy po puste słoiki, temat ogórków ożył na nowo i znów był na naszych ustach... a i w ustach również. Bo też w piwnicy znalazłam jeszcze jeden słoik zeszłorocznych ogórków. Od razu go otworzyłam i wpakowałam sobie jednego małego ogóreczka do buzi. Uwielbiam kiszone ogórki, zwłaszcza z dużą ilością czosnku. Wnuczka też bardzo chciała zjeść jednego, ale kiedy ugryzła kawałek, buźka się jej wykrzywiła i ze speszoną minką wydukała:

— Och, babciu... piękny jest ten ogóreczek, ale za miękki... poczekam aż stwardnieje.





HKCz
5.08.2010
 
 

Pokaż buty kierowco

Tak ogólnie to ja nie lubię zakupów. Czasami jednak muszę coś do jedzenia kupić. Robię to najczęściej w poniedziałek z samego rana, kiedy ludzi w sklepach mało, a towary są świeże, z nowych dostaw. Dzisiaj, choć to czwartek, pojechałam do pobliskiego marketu wyjątkowo. Przyszło mi na myśl, aby zaopatrzyć zamrażarkę w ryby na ewentualnego grilla. Niekiedy spontanicznie najdzie mnie ochota na grillowanie, lubię więc je mieć na podorędziu.

Kiedy już po zakupach, zadowolona, wyjeżdżałam autem z parkingu marketu, zauważyłam, że pewna dama, wjeżdżając na parking, najwyraźniej traci panowanie nad kierownicą. Zamiast jechać jak przepisy nakazują — prawą stroną, ona nagle zjeżdża — na lewą i jedzie prosto na mnie. Rany, myślałam, że mnie staranuje. Skręciłam mocno kierownicą i... w ostatniej chwili zdążyłam uciec na chodnik. Całe szczęście, że nikogo na nim nie było. Ale dama, niestety, zaliczyła auto jadące za mną. Natychmiast zatrzymałam się i wyskoczyłam z auta, by sprawdzić, czy będzie potrzebna pomoc. Na szczęście damie nic się nie stało. Kierowcy zaliczonego auta też nic. Dama miała jednak straszliwego pecha. I to potrójnego. Nie dość, że poważnie strzaskała lewy bok zaliczonego auta i przód swojego, to jeszcze kierowcą tegoż auta okazał się być policjant w cywilu, który od razu stwierdził przyczynę kolizji. A przyczyną były jej klapki, a właściwie jeden klapek, który w czasie jazdy zsunął jej się z nogi i zablokował pedały. Żal mi było tej damy. Bo aż taki pech jej się z samego rana przytrafił. I takie koszty. I to z powodu jednego głupiego klapka.

Wracając do domu, przypomniało mi się, że kiedyś oglądałam w TVP jakiś program dla kierowców, w którym ówczesny rzecznik prasowy policji wypowiadał się m.in. na temat nieodpowiedniego obuwia kierowców. Powiedział wtedy takie zdanie: — „Kierowco, pokaż mi swoje buty, a powiem ci kim jesteś”. Uśmiałam się w duchu, bo pomyślałam, że gdyby mnie zobaczył na bosaka prowadzącą auto, albo z nogą w gipsie (raz lewą, raz prawą), to pewnie by powiedział, że jestem szalona, a może nawet... szurnięta. No i ja bym wtedy wcale wielce nie zaprzeczała, ani się na niego nie obrażała... Bo też sama wiem, że tak całkiem normalna to ja nie jestem... Chyba? Ale to pewnie właśnie z tego powodu — jestem szczęśliwą osobą.
No dobra, żebym już całkiem na szurniętą nie wyszła, od razu wyjaśnię, dlaczego też zdarza mi się jeździć autem na bosaka. Otóż zdarza mi się dlatego, że czasami po Nordic Walking, czy też wędrówce po lesie, lubię sobie pochodzić boso po polanie — coby się kosmicznej energii z ziemi nachapać. I tak, jako bosonoga, idę już później aż do samego auta, które zostawiam zawsze na parkingu pod lasem. Przecież nie mogę na brudne stopy butów założyć. Czyściochą jestem. Ale muszę przyznać, że na bosaka całkiem fajnie prowadzi się auto. Wszystkie trzy pedały wyczuwa się gołymi stopami wspaniale. Jeszcze lepiej niż w obuwiu.

A kiedy z nogą w gipsie jeździłam autem? Pierwszy raz jeszcze w Polsce, kupę lat temu, kiedy to po niefortunnym robieniu gwiazdy na łące, wpadłam do jakiejś dziury i zwichnęłam sobie prawą stopę. Ależ mi się wtedy fajowo prowadziło auto z ciężką nogą na pedale gazu. Ruszałam z kopyta i gazowałam niczym rajdowiec. Ale też i hamowało mi się super. Niemalże w miejscu. Nie, szyby łepetyną nie wybiłam, rozsądna jestem, zawsze pamiętam by zapiąć się pasami.

Za to już tutaj, w Niemczech, kiedy miałam z kolei lewą nogę w gipsie (tak samo zwichniętą) i prowadzenie auta w takim stanie nie było dla mnie niczym szczególnie trudnym, to niestety, zbyt długo sobie nie pojeździłam. Moje dorosłe już wtedy dzieci, widząc mnie za kierownicą, zabrały mi kluczyki od auta... i po ptokach. Nie było dyskusji. Same mnie woziły gdzie mi potrzeba było. Ależ byłam niepocieszona. Aż trzy tygodnie musiałam się tak męczyć — bez kierownicy w rękach.




W klapkach jednak nigdy nie zdarza mi się prowadzić auta. Co to, to nie! Nawet moją córkę pilnuję zawsze, kiedy w klapkach biega, żeby w swoim aucie miała pełne buty do przebrania... Taka uważająca jestem.


HKCz
(31.07.2010)


Nieświadomość bywa błogosławieństwem

Wczoraj, kiedy wróciłam z lasu do domu po porannym joggingu, swoim zwyczajem od razu włączyłam komputer, aby przy krzątaniu posłuchać wiadomości z Polski. Jakie było moje przerażenie, kiedy nagle usłyszałam, że w mieście, w którym mieszka moja staruszka Mama, po nocnej nawałnicy wylała tamtejsza malutka rzeczka, zalewając pobliskie ulice i park miejski. Wystraszyłam się nie na żarty, ponieważ Mama mieszka akurat przy parku. Wprawdzie jej ulica wznosi się od parku ku górze, ale jednak. Dom jej stoi od rzeczki jakieś 50 m. Natychmiast złapałam za telefon.
— Słucham, kto mówi? — usłyszałam w słuchawce cichy, normalny głos Mamy i nieco się uspokoiłam.
— Dzień dobry, Mamuś, co tam u ciebie, wszystko w porządku? — spytałam dziwnie drżącym głosem. — Woda nie dotarła do twojego domu?
— Jaka woda... Córciu, o jakiej ty wodzie mówisz? — pytaniem na pytanie odpowiedziała Mama.
— No jak to jaka? Przecież słyszałam przed chwilą w wiadomościach, że rzeczka wylała po nocnej nawałnicy i że park zalany i także pobliskie ulice — wydukałam zbita z pantałyku.
— Coś ty, nic nie wiem... — Mama była bardzo zaskoczona. — Słyszałam, że w nocy lało niemiłosiernie... Ale żeby aż rzeczka wylała? Ta niemrawa rzeczułka? Tego jeszcze nie było. To jak ja pójdę do kościoła?
Paradoksalnie ucieszyłam się z Mamy nieświadomości. Mogłam się już całkowicie uspokoić. Mama jest bezpieczna, a co najważniejsze, czuje się bezpiecznie. W trakcie naszej rozmowy Mama wyjrzała przez balkon i powiedziała, że ludzie stoją pod jej domem i patrzą w dół ulicy, co by oznaczało, że woda zatrzymała się przed jej domem. Wiadomość ta uspokoiła mnie już całkowicie. Natychmiast odzyskałam rezon i nawet zażartowałam sobie, że aby dotrzeć do kościoła, będzie musiała po amfibię dzwonić, albo po moją najstarszą siostrzyczkę z pontonem, która jak wiem, pakuje akurat na wczasy ekwipunek wodny.
Żarty żartami, ale co w ostatnich latach dzieje się z pogodą to przechodzi ludzkie pojęcie. Aura nie szczędzi nam niespodzianek. Przykrych niespodzianek. Zimą, albo za dużo śniegu i mroźnych dni, albo zbyt mało. Wiosną za dużo deszczów, albo mało co. A teraz, latem, za dużo upałów i burz. E tam, burz... nawałnic, gradobicia, trąb powietrznych, cyklonów. W Europie pomału jest jak w Afryce.
Meteorolodzy uspokajają, że to nic nadzwyczajnego, że takie anomalia pogodowe zdarzają się co kilkadziesiąt lat. No tak, tyle że ostatnio jest ich zbyt dużo. W Polsce szczególnie.
Tu gdzie mieszkam, na szczęście do tak tragicznych kataklizmów nie dochodzi. To taka szczęśliwa enklawa na terenie Niemiec. Owszem, pogoda jest podobna jak w Polsce, ale do powodzi nie dochodzi, mimo że przez nasze miasto płynie rzeczka. Płynie jednak głębokim, uregulowanym korytem. Za to burze z piorunami są straszne, bo to kotlina. Nietrudno więc sobie wyobrazić, jakie są tu efekty wizualno-dźwiękowe w czasie burz. Orkany, które swą potęgą łamią gałęzie i drzewa, też się zdarzają, ale trąby powietrzne na szczęście bardzo rzadko. Do tej pory przeżyłam tylko jedną. Jest za to co innego, czego w Polsce w zasadzie nie ma. Trzęsienia ziemi. Zdarzają się co ileś lat.
Miałam okazję już trzykrotnie to niemiłe zjawisko matki natury przeżyć. Najgorsze chyba  było to 8 lat temu. Ale jak je przeżywałam, pojęcia nie miałam, że to jest właśnie trzęsienie ziemi. Pamiętam, że stałam wtedy w kuchni przy stole i obierałam sobie jabłko. Nagle... jak coś nie łomotnie... jak nie zazgrzyta, potwornie głośno i przeciągle. Jakby się dom walił. Wyrwałam z kuchni w tak szalonym tempie, że nawet nie zdążyłam poczuć, czy coś się zatrzęsło. Przeleciałam przez przedpokój, i wpadając do pokoju dziennego, jednym susem wyskoczyłam przez otwarte — na szczęście — drzwi do ogrodu. Na szczęście, bo nie wiem, czy w tym potwornym przerażeniu i tempie nie wyrwałabym drzwi z futrynami.
Kiedy znalazłam się już w ogrodzie, zobaczyłam nagle, że mam na nogach pantofle domowe. No to jak to tak? W ogrodzie w domowych pantoflach? Dla pedantki to szok! A ja jestem niepoprawną pedantką. Niewiele myśląc, wpadłam z powrotem do pokoju i porwałam buty ogrodowe, stojące przy drzwiach... i ponownie wyleciałam na ogród. Zszokowana, trzęsąc się na całym ciele, zmieniłam obuwie, po czym klapnęłam na trawę i zaczęłam koncypować, co też to mogło być. (Ten mój zabieg z butami urósł później do rangi anegdoty, z której moi bliscy do dziś się śmieją, ja zresztą też). Moje koncypowanie nie trwało jednak długo. Wnet odzyskałam rezon, odwaga we mnie wstąpiła i zaczęłam biegać dookoła domu, sprawdzając, czy stoi w całości. Gdy robiłam już drugie okrążenie, usłyszałam nagle głos mojego sąsiada z przeciwka. Tubylca.
— Pani sąsiadko, a cóż to pani tak biega dookoła? — spytał rechocząc. — Niech się pani nie martwi, naszym domom nic nie grozi, wytrzymają trzęsienie ziemi nawet o sile 7,5 stopnia w skali Richtera. Tak są budowane.
— To to było trzęsienie ziemi?! — wykrzyczałam pytanie wystraszona ponownie.
— A co pani myślała, że wojna?! — huknął sąsiad i zarechotał jeszcze głośniej.

Sama już nie wiem, co ja wtedy myślałam, ale że to może być trzęsienie ziemi to z pewnością ani mi na myśl nie przyszło. Bo i skąd, skoro trzęsienia ziemi jeszcze nigdy nie przeżyłam. Teraz już wiem, co to znaczy. Chociaż wtedy było dość słabe. W radiu podawali, że jedynie 3,4 stopni w skali Richtera. Ponoć to przedostanie, sprzed 35 lat, jak mi mówił mój sąsiad, było o wiele silniejsze, że aż niektóre domy popękały, a drogi zapadły się głęboko. Brrr...! Okropność! Gdybym wtedy wiedziała, że to trzęsienie ziemi, rany, to bym chyba... No, przynajmniej po buty do domu nie wracała.
Mam nadzieję, że gorszego trzęsienia ziemi nie przeżyję... Och, chciałam powiedzieć, że nie będę musiała przeżywać, bo takie nie nastąpi.


HKCz
25.07.2010

Hej, przeleciał roczek

Wielkie święto dziś u Halszki,
pierwsze urodzinki jej blogaska!
In memoriam robi się portrecik Halszki,
a o życzonka prosim — co łaska!




Hej, przeleciał roczek

Hej, przeleciał roczek
Halszki blogowania,
szybciutko jak na niebie obłoczek,
ale bogato w doznania.

I żadnej w tym przesady,
bo przyjemnych doznań było bez liku!
A choć czasem były i zwady...
ostała się Halszka na blogowym świeczniku.


    Uwierzyć nie mogę, że to już rok mojego blogowania. Jak szybko ten czas zleciał! Ale zleciał bardzo przyjemnie. Przyznaję szczerze. Poznałam w tym czasie bardzo dużo sympatycznych ludzi, ciekawe blogi i wspaniałych Blogowiczów, z którymi cały czas utrzymuję kontakt. Dziękuję Wam moi Drodzy, że jesteście... i trwacie przy mnie!

    Dziękuję również moim bezimiennym Czytelnikom, którzy choć nie wpisują swoich komentarzy, ciągle odwiedzają mój blog i czytają moje teksty.

    Dzięki Wam Wszystkim, widzę sens istnienia mojego bloga. A przyznam, że zakładając go, bardzo sceptycznie i nawet z lękiem, podchodziłam do swojego „wyczynu"... Przecież ponad 20 lat nie ma mnie w Kraju. Tak wiele się w Polsce przez ten czas zmieniło. Ludzie się zmienili. Mimo moich obaw, jednak bardzo miło zostałam przyjęta na blogowisku Wirtualnej Polski. I za to dziękuję Wam z całego serca! Wszystkim! Halszka 
 

HKCz
23.07.2010
 

A lato w pełni...

Muszę się pochwalić, że lato zaczęło mi się wspaniale. Otóż z początkiem lata zatrudniona zostałam do pracy na wybiegu. Do prezentowania kolekcji letnich sukien. To moja blogowa Psiapsiółka Hania, wypuściła mnie na wybieg. Dziękuję Ci Haniu! To fajne przeżycie. Dziękuję Ci również za tę czarną suknię. Uwielbiam czerń. A i fason sukni bardzo mi odpowiada. Tuszuje moje barczyste ramiona.


A oto i dzieło Hani, naszej kochanej Mistrzyni Fotomontażu.


Prawda, że wspaniałą kolekcję letnią za sprawą Hani prezentujemy?
Od lewej: Promyczek, Enigmatyczna Postać, Hania, i ja, Halszka.

***

Tak, lato w pełni... I choć upałami daje nam się we znaki, narzekać nie powinniśmy. Trzeba nam z lata korzystać ile wlezie. Trzeba nam kości nagrzać na zapas. Trzeba nam naciągnąć mięśnie, pływając w otwartych akwenach. Trzeba nam najeść się do syta wszystkich jego darów, a i zapasów na zimę z nich narobić... No właśnie, jeśli mowa o darach lata, to muszę powiedzieć, że ja w ostatnich dniach objadam się spóźnionymi w tym roku poziomkami… Najpierw bieg po lesie, a potem witaminki. Nie zbieram ich do koszyczka, tylko prosto z krzaczków ładuję do buzi. I tylko mojej, gdyż tak wczesnym rankiem w lesie żywej duszy nie uświadczysz… Ani krasnoludka. Ani ufoludka. Samiuteńka więc skaczę sobie pomiędzy krzaczkami dorodnych poziomeczek i co rusz podśpiewuję starą jak Ulka Sipńska i ja piosenkę (<kliknij):

„Wiem, pamiętam, Ty lubiłeś poziomki.
Pełną garścią wybierałeś z koszyka.
W tamtym lesie, gdzie gałęzie się plączą,
gdzie się drzewo z drugim drzewem dotyka.
Nic się nie martw, nazbieramy poziomek.
Tylko przyjedź zanim całkiem się ściemni.
Zanim noc schowa je do kieszeni…”

Mimo mojego pięknego śpiewu, nadal nikt się nie pojawia koło mnie. Ani z przeszłości, ani nawet z teraźniejszości. Hihihi...! a może jednak mój śpiew nie jest znów taki piękny i to właśnie dlatego nikt się nie pojawia? Tak czy siak, skoro nikt, dorodne poziomeczki garściami pakuję sobie do swojej osobistej buziuni. A co se będę żałować!

Poziomek, mimo długotrwałych i dotkliwych deszczów, jest bardzo dużo tego lata.


...tyle że są spóźnione, i jakby nie takie słodkie jak powinny być.


Specjalnie dla Hani, fioletowe dzwoneczki z mojego lasu


...w podziękowaniu za piękną Halszkową kreację.


HKCz
12.07.2010