piątek, 23 lutego 2018

Komputera czar… albo czary

Mój komputer zbuntował się dzisiaj i odmówił posłuszeństwa. Ależ się wnerwiłam na niego. No bo jakże to tak?! Ja go hołubię ze wszech miar a on mi rogi pokazuje? To znaczy, nic nie pokazuje. Monitor czarny jak smoła, a on, ten mój kochany komputer, tylko coś tam rzęzi jakby na ostatnim wydechu był. A ja przecież w trakcie pisania opowiadania jestem. No i jak tu się nie wnerwiać? Wnerwienie, wnerwieniem, ale jednak trzeba mi było zimną krew zachować i coś mądrego przedsięwziąć, coby komputer na mnie się nie wnerwił i coby nie zamilkł na amen. Koniec roku się przecież zbliża i w moim budżecie na nowy komputer środków niet. Środki potrzebuję na prezenty pod choinkę. Kiedy tylko o tym pomyślałam, od razu udało mi się nerwy na wodzy przytrzymać. Stanowczym ruchem palca wskazującego nacisnęłam tam gdzie trzeba i wyłączyłam to moje zbuntowane, rzężące ustrojstwo. Po chwili też i z gniazdka wyłączyłam. Odczekałam chwilkę i włączyłam ponownie. Iiii???… I guzik z pętelką! Znów tylko rzężenie usłyszałam. No to znów go wyłączyłam. I po chwili, ale już nieco dłuższej, znów włączyłam. I tak kilkakrotnie. Wydłużając za każdym razem czas między wyłączeniem a włączeniem. Po którejś tam już bezowocnej próbie zaczynałam się już zastanawiać, czy nie będzie aby lepiej dla mnie i dla mojego komputera na pogotowie komputerowe zadzwonić. Czyli do mojego syna albo zięcia. W razie palącej potrzeby zawsze któryś z nich melduje się u mnie z pomocą. Nieraz nawet obaj jednocześnie. A oni już mnie dobrze znają i wiedzą, że ja z byle powodu nie wołam o pomoc. Że najpierw to sama godzinami próbuję daną usterkę usunąć i dopiero jak d…a blada i nic mi z mojego próbowania nie wychodzi, dopiero wtedy dzwonię. Tak że kiedy usłyszą mój głos, wiedzą, że sprawa jest poważna i że nie ma rady, któryś z nich z pomocą zjawić się musi. Szkoda mi się ich jednak zrobiło, bo raz, że już późny wieczór, a drugi raz, po pracy na pewno są zmęczeni. No i odrywać ich od żon i dzieciaczków sumienie też mi nie bardzo chciało pozwolić. Postanowiłam więc dalej sama próbować tego zbuntowańca uruchomić. No a ten, jakby się wściekł, rzęzi tylko uparcie.
O ty skubańcu! — pomyślałam — Ja ci pokażę, ja też uparta jak łosioł i ci nie odpuszczę. Wreszcie wysunęłam go spod biurka, zdjęłam boczną ściankę i zapuściłam żurawia do jego wnętrza.  



O rany, tyle tych bebechów ma! Skąd ja mam wiedzieć, który bebech mu doskwiera? — powiedziałam głośno sama do siebie, robiąc wielkie oczy.
Zaczęłam jednak każdą część z osobna dotykać oraz delikatnie w nią dmuchać. Wreszcie, poklepując go po górnej obudowie, i przemawiać zaczęłam też do niego łagodnym głosem, prosząc, aby łaskawie zaczął działać, bo żal mi moich mężczyzn z domowych pieleszy wyrywać, a bez niego ni jak żyć nie mogę. Nie, całować, nie całowałam. Pogadałam tylko, poklepałam, w końcu boczną ściankę obudowy założyłam z powrotem, i z duszą na ramieniu, palcem serdecznym (tym razem) nacisnęłam na reset… Iiiiiii?! I myślałam, że będę fruwać ze szczęścia… Mój kochany komputerek zresetował się momentalnie. Jakby nigdy nic.
Nie wiem, co wpłynęło na mojego kompa, że zaczął normalnie działać… O kurcze, czyżby mój głos miał taką moc? A może to moje poklepywanie pomogło? Albo dmuchanie? A co tam będę się zastanawiać. Najważniejsze, że działa.
Drugą godzinkę już siedzę przy nim i wszystko nadal gra i buczy. W międzyczasie zadzwonił mój syn, to mu opowiedziałam, co się z nim działo i co przy nim wyczyniałam. Zaśmiał się tylko i powiedział:
Pojęcia nie mam, co mu dolegało. Pewnie chciał, żebyś go trochę popieściła. Tyle z tobą przeszedł, że należy mu się.
I pomyśleć, że kiedyś o komputerze nawet słyszeć nie chciałam. Bałam się tej skomplikowanej maszynerii. Kiedy ponad 30 lat temu wyjeżdżaliśmy z Kraju, mało gdzie komputery były. Wprawdzie jeden mieliśmy już wtedy w domu, nazywał się "Atari", ale cóż to był za komputer, w większości tylko graliśmy na nim.
Tu, w Niemczech, na początku cały czas pisałam na maszynie elektrycznej. Komputer moich dzieci omijałam szerokim łukiem. Aż w końcu, na któreś tam moje urodziny, w prezencie od mojego syna dostałam własnoręcznie przez niego złożony komputer. Taka to złota rączka z niego. No to wreszcie musiałam kiedyś do tego prezentu zasiąść. Żeby synowi przykrości nie robić. To i owszem, zasiadłam, ale dopiero po następnych 2 latach. Zmusiłam się. Ze wstydu przed samą sobą, że mam, a nie używam. No a teraz, nie wyobrażam sobie wręcz życia bez komputera.
Jestem samoukiem komputerowym Metodą prób i błędów sama się wszystkiego nauczyłam. Myślę, że to najlepsza metoda. Dzięki tej metodzie najszybciej się uczy i zapamiętuje. Wiele godzin spędziłam przy komputerze zanim pojęłam o co w nim biega. A że uparta jestem, nigdy się nie poddawałam. Przyznam szczerze, że zbyt łatwo nie było, tym bardziej, że w trzech językach musiałam programy rozgryzać. Czasami tylko, jak już ni jak nie mogłam czegoś zrozumieć, dzwoniłam po poradę do syna.
Dzisiaj, po latach, radzę sobie dość dobrze z komputerem. W wirtualnym świecie również. Zdaję sobie sprawę, że wielu rzeczy jeszcze nie umiem. Jednak to, co mi na już potrzeba, mam opanowane. I to dzięki mojej upartości, która w tym przypadku okazała się być chwalebna. Ba, okazała się być powodem do dumy. Mojej dumy. Chociaż mój syn twierdzi, że i jego dumy również.
Cieszę się, że sama rozgryzłam komputer na tyle, aby móc teraz korzystać z jego dobrodziejstw, a także z dobrodziejstw Internetu. Nie było łatwo, ale chyba właśnie dlatego, tak bardzo lubię pracę na komputerze.

HKCz
(16.11.2009)

A niebo nad nami

Nie wiem, jak kto, ale ja uwielbiam patrzeć w niebo. Bez względu na porę dnia i pogodę. Gdziekolwiek jestem, czy w domu, czy na dworze, choć na chwilę muszę popatrzeć w jego bezmiar piękna. Najczęściej robię to zupełnie bezwiednie. Źle się czuję, kiedy muszę przebywać przez dłuższy czas w jakimś pomieszczeniu bez widoku na niebo. Z tego względu też rzadko kiedy spuszczam żaluzje w oknach. W sypialni w ogóle. A kiedy układam się do snu, koniecznie muszę też i firanki na boki porozsuwać, aby, zanim oddam się w objęcia Morfeusza, móc popatrzeć sobie na gwiaździste niebo lub księżyc. Nawet kiedy niebo jest zachmurzone, błądzę oczyma po niebie, a właściwie po jego kawałku widocznym przez sypialniane okno. Zaś rano, po przebudzeniu, to samo. Zanim opuszczę łóżko, funduję sobie króciutki seans obserwacyjny tego samego kawałka nieba. Chociaż nie, kawałek nieba jest już przecież inny. Rozmiar kawałka jest tylko taki sam. Ta czynność tak bardzo w krew mi weszła, że nawet się nad nią nie zastanawiam. Mój wzrok od samości wędruje w stronę nieba. O czym wtedy myślę? A to różnie. Nieraz marzę. Nieraz fantazjuję. Nieraz o coś proszę. A nieraz w ogóle o niczym nie myślę. Wyłączam się zupełnie i tylko patrzę.
Jednak dzisiaj, w ciągu dnia, przyszło mi się nad tą czynnością nieco zastanowić. Nastąpiło to wtedy, kiedy zobaczyłam, co robi mój trzyletni wnuczek. Otóż zobaczyłam, jak leży sobie cichutko na podłodze przy drzwiach do ogrodu i wpatruje się w niebo. Chwilę go tak obserwowałam, nie odzywając się w ogóle. Widziałam po jego twarzyczce jak bardzo jest skupiony. Momentami uśmiechał się sam do siebie, momentami mamrotał coś pod noskiem, ale oczu z nieba ani na moment nie spuszczał. Z zachmurzonego nieba ulatywały akurat duże płatki śniegu, które uścielały bezlistne prawie już gałęzie drzew oraz całkiem zieloną jeszcze trawę. Dźwięk muzyki Mozarta z telefonu przerwał mu jednak ten cichutki seans obserwacyjny.
Kiedy pogadałam z osobą na drugim końcu linii i odłożyłam słuchawkę, wnuczek jakby nigdy nic znów bawił się swoimi ulubionymi traktorkami, podśpiewując wesoło. Podeszłam do niego, bo chciałam, żeby mi opowiedział, co go na niebie tak bardzo zainteresowało.
— Lubisz patrzeć w niebo? — spytałam, sadzając go na swoich kolanach.
— Bardzo lubię — odpowiedział wesoło. — Jak będę duży, będę panem kosmonautą i wtedy taką dużą rakietą polecę daleko, daleko, aż na sam koniec nieba.
— A co będziesz tam robił?
— Będę z aniołkami patrzył na niebo z drugiej strony.
— A co ty na niebie widzisz?
— Dużo… dużo widzę, babciu… Nawet zabaweczki widzę.
— Przed chwilą też widziałeś zabaweczki?
— Nie, to były prawdziwe dinozaury. Rzucały w siebie śnieżkami.

Spodobało mi się wnuczka fantazjowanie. Niech patrzy w niebo i fantazjuje ile tylko może. Mam nadzieję, że w jego przypadku to nie tylko skłonność do spontanicznego fantazjowania, która jest naturalną cechą dziecka, ale i zdolność. Zdolność, którą będzie w sobie rozwijał przez całe swoje życie. O wiele przyjemniej będzie mu się wtedy żyło. Będzie umiał czuć się szczęśliwym. Zawsze i wszędzie. A i ja dzięki temu będę szczęśliwsza. Już jestem. Wystarczy, że tylko sobie pomyślę, że kiedyś, kiedy już będę machać nóżętami na jakimś obłoczku po drugiej stronie nieba, wnuczek przyleci tam do mnie rakietą z wizytą. No i co, czy to niewystarczający powód, aby się poczuć jeszcze bardziej szczęśliwą?




Kiedy przyszedł czas na „poczytaj mi babciu”, specjalnie sięgnęłam po bajkę J. Tuwima pt. „Dyzio marzyciel”:

Dyzio marzyciel
Położył się Dyzio na łące,
Przygląda się niebu błękitnemu
I marzy:
"Jaka szkoda, że te obłoczki płynące
Nie są z waniliowego kremu...
A te różowe -
Że to nie lody malinowe...
A te złociste, pierzaste -
Że to nie stosy ciastek...
I szkoda, że całe niebo
Nie jest z tortu czekoladowego...
Jaki piękny byłby wtedy świat!
Leżałbym sobie, jak leżę,
Na tej murawie świeżej,
Wyciągnąłbym tylko rękę
I jadł... i jadł... i jadł...".




Wcześniej już nieraz wnuczkowi ją czytałam, bo bardzo ją lubił, dzisiaj jednak nie był z niej zadowolony. Na to wygląda, bo powiedział:
— Ja wcale bym nie chciał widzieć na niebie lodów. Ani ciastek, ani nawet tortu.
— Hm... a czemuż to? — zdziwiłam się.
— Bo są niezdrowe.
Trudno w to uwierzyć, ale tak jest z nim rzeczywiście. Nie lubi słodyczy. Jakiś dziwoląg z niego.

Przypomniała mi się zabawna historia z mojego dzieciństwa z niebem w tle. Nie opowiedziałam jej jednak wnuczkowi. Byłoby to niepedagogiczne z mojej strony. Miałam wtedy osiem lat i pewnego letniego wieczoru, siedząc w oknie, czatowałam na spadające meteoryty. Pamiętam, że miałam wówczas jakieś ogromne marzenie i że bardzo mi zależało na jego spełnieniu. Spadający meteoryt miał mi to zapewnić. Kiedy tylko na dworze pociemniało, usiadłam na parapecie na oścież otwartego okna kuchennego i nieustannie wpatrywałam się w niebo. Z bijącym sercem wyczekiwałam tego szczególnego, prosto z nieba znaku spełnienia mojego marzenia.

Moja mama, która nie mogła wiedzieć o moim marzeniu, bo było ono moją tajemnicą, nie potraktowała moich obserwacji nieba poważnie i kazała mi natychmiast iść do łóżka. Nie chciała nawet wziąć pod uwagę tego, że były wakacje. Niepocieszona, poszłam, ale kiedy tylko wszyscy usnęli, pobiegłam z powrotem do kuchni. Cichaczem przysunęłam stół do parapetu, po czym bezszelestnie, niczym nocna zjawa, pobiegłam na powrót do łóżka i przytargałam swoją kołdrę i poduszkę. Owinięta w kołdrę z zadowoleniem wyłożyłam się na stole i ułożyłam głowę na mięciutkiej poduszce, którą ulokowałam na zewnętrznym parapecie. Och, jakaż byłam wtedy szczęśliwa. Cisza, gwiaździsta noc… i wszystko to dla mnie. Ile wspaniałych rzeczy widziałam na niebie, ile przeróżnych postaci. Cały spektakl odgrywał się na niebie. Dla jednego widza. Dla mnie. Spadającego meteorytu nie zdążyłam jednak zobaczyć, bo w końcu usnęłam. 

Nad ranem obudzili mnie przerażeni rodzice. Okazało się, że nasz sąsiad, który szedł do pociągu, w świetle latarni zobaczył moją głowę dyndającą za oknem i tak się wystraszył tym widokiem, że zamiast do pociągu, przybiegł do naszego domu i zaalarmował rodziców. Rodzice natychmiast ściągnęli mnie z okna i postawili do pionu. Nie mogłam pojąć dlaczego wszyscy są tacy przerażeni, i o co w ogóle ten cały alarm. O tę poduszkę, że mi się wymsknęła spod głowy i spadła do ogródka? Przecież tak słodziutko i bezpiecznie mi się spało. No dobra, później, po rodzicach tłumaczeniu, zrozumiałam, że z tym „bezpiecznie” trochę przesadziłam, zważywszy chociażby na fakt, że okno naszej kuchni mieściło się na pierwszym piętrze... No ale czego się nie robi dla spełnienia swoich marzeń.

A oto dzisiejsze niebo nad moją głową.


Takie ołowiane niebo też mnie fascynuje. Specjalnie uchwyciłam
czubek korony drzewa, żeby nie było wątpliwości, że to niebo. ;)


HKCz
(11.11.2009)

środa, 21 lutego 2018

Moc pozytywnego myślenia

W poniższym wpisie wspominałam, że wolę chodzić do dentysty niż do fryzjera. Dlaczego tak ze mną jest, też napomknęłam. Dzisiaj jednak u fryzjera byłam. Ale wcale nie z własnej woli. Z przymuszonej woli byłam. Moja kochana córeczka mnie przymusiła, wykupując u fryzjera Gutschein (bon), i robiąc mi termin właśnie na dzisiaj. Dlaczego? Ano dlatego, że już na mnie patrzeć nie mogła. Tzn. na mnie, jako całość matczyną, to chyba mogła, tylko na moje włosy nie. No bo też ja, aby nie iść jeszcze do fryzjera, własnymi rękoma je potraktowałam… tj. własnymi nożyczkami. No nie powiem, żebym była aż tak bardzo zadowolona z tych moich… nożyczek, bo jakoś krzywawo mi włosięta podcięły, zwłaszcza moją grzywkę, bo wyglądała jakby ją ktosik, albo cosik podgryzło. Ale pewnie jeszcze bym dalej biegała z tak krzywo rozwianą grzywą, gdyby nie wyraz dezaprobaty mojej córuni - w postaci Gutschein`a. A więc chcąc, nie chcąc, musiałam do fryzjera dzisiaj poczłapać. Notabene do mojego znajomego fryzjera, który już z 15 lat włosy mi ścina, modeluje, balejaż robi… czasami. A co! Jest dobrym fryzjerem. Jego salon fryzjerski ma najlepszą renomę w mieście. 

Pisałam o nim i pokazywałam jego salon  w późniejszym wpisie pt. "Fryzjer jak spowiednik".


Bardzo lubię tego mojego fryzjera. To taki miły, ciągle uśmiechnięty 38-letni Włoch, imieniem Giuseppe. O nazwisku nawet nie wspomnę, bo jeszcze komuś przyjdą do głowy jakiś nie na miejscu skojarzenia, gdyż o takim akurat nazwisku, w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, bardzo znany był pewien jego rodak… O, chociażby z Alcatraz. Nieważne!... O czym to ja chciałam? Aha, o tym, że jak ja i Giuseppe się do siebie dorwiemy, to nagadać się nie możemy. Gaduła z Giuseppe, że ho, ho! Mnie też nic nie brakuje… Czasami. Bardzo sympatycznie nam się ze sobą gada, bo nadajemy na podobnych falach. No to czemuż to do licha nie lubię chodzić do fryzjera? Pewnie ktoś zapyta. A ja pewnie rozdziawię buziulkę, i na już, nie będę wiedziała co odpowiedzieć. Bo co jak co, ale ten mój wyświechtany frazes, co do fryzjerów w ogólności, do mojego Giuseppe ni jak się ma. 


Wychodząc od niego z nową fryzurką, jeszcze nigdy nie „ślimtałam”. No to dlaczego nie lubię do fryzjera chodzić? Choinka, sama do końca nie wiem. Pewnie to jakiś uraz przywieziony z Polski. Pamiętam, że w Kraju, wychodząc od fryzjera, któregokolwiek, zawsze ryczałam z wściekłości. No może nie zaraz na ulicy, ale w domu, kiedy ujrzałam swoje odbicie w osobistym lustereczku. Tu, w Niemczech, od kiedy Giuseppe wziął się za moje włosięta, zawsze wychodzę od niego, jako od fryzjera, zadowolona. Jedynie szkoda mi tych 2 godzin, które z powodu włosów muszę ze swojego dnia poświęcić. Calusieńkie 2 godziny. Aż! U dentysty pół godzinki i już mogę pędzić do domu. A Giuseppe tak długo mnie trzyma. Nie, w kolejce broń Boże nie czekam. A gdzieżby tam! 

Niecierpliwy ze mnie człowiek. Każdy mój usługodawca (w jakiejkolwiek dziedzinie), wie, że czekania chorobliwie nie znoszę, i jak się już umawiamy na termin, to ten termin musi być zachowany… i basta! Mam o tyle dobrze, że tych wszystkich moich usługodawców od lat mam stałych. Nie zmieniam ich jak rękawiczki. Wszyscy więc zdążyli mnie poznać. Giuseppe też zdążył. Tak że jak tylko przekroczę próg jego salonu, momentalnie się mną zajmuje. To te wszystkie jego zabiegi przy moich włosach tak długo trwają. Co się przy tym nagadamy, to nasze. Fakt. A ja bardzo lubię z nim gadać… jak już u niego jestem. Natomiast wybrać mi się z domu do niego, jako do fryzjera, jest mi ciężko jak cholera! Za każdym razem. Pogadać sobie z nim mogę przecież przez telefon. I też nieraz gadam.

O rany, ale ze mnie pismacza gaduła, cokolwiek to oznacza. Przecież miałam o pozytywnym myśleniu, a ja tu o sobie truję.  
 
No dobrze, gadam już na temat. Powyższy temat. Czyli o mocy pozytywnego myślenia. A temat ten chciałam poruszyć właśnie na przykładzie Giuseppe. Otóż przed 2 miesiącami, Giuseppe w bardzo dziwnych okolicznościach uległ nieszczęśliwemu wypadkowi. Pucował w garażu swojego ukochanego Oldtimer`a i na koniec pucowania, jakoś tak niefortunnie się stało, że jego ukochane, ważące 1 tonę auto, na niego najechało, uszkadzając mu kręgosłup, miażdżąc kręgi szyjne, łamiąc żebra. Nieprzytomnego Giuseppe przetransportowano helikopterem do Unfall Klinik (klinika powypadkowa). Leżał tam na intensywnej terapii. W przeciągu dwóch tygodni miał tam przeprowadzone dwie poważne operacje kręgosłupa. W miejscu zmiażdżonych kręgów, założono mu jakieś płytki metalowe. Miał też wiele innych zabiegów przeprowadzonych, gdyż uszkodzeń ciała miał więcej. Ja jednak nie będę ich opisywać, gdyż mogłabym co namieszać. Po prostu nie nadążałam za Giuseppe, kiedy on w swojej opowieści zapinkalał terminami medycznymi (oczywiście po niemiecku), a one… te terminy medyczne mam na myśli, tak na już, nic mi nie mówiły. Zresztą, to już nawet nie jest istotne. Istotne jest natomiast to, że lekarze nie dawali mu większych szans, że będzie mógł jeszcze kiedyś chodzić. Giuseppe jednak nie chciał nawet o tym słyszeć. Opowiadał mi jak leżał na intensywnej terapii bez ruchu, wpatrując się w sufit, i wmawiał sobie na okrągło, że chodzić będzie, i basta! Żadnej innej myśli do siebie nie dopuszczał. Ma żonę i dwóch synów. Dla nich musi być sprawny. Za wszelką cenę. Nawet swojej matki, mieszkającej obecnie na Sycylii, nie pozwolił nikomu o swoim wypadku powiadamiać, gdyż obiecał jej wcześniej, jeszcze przed wypadkiem, że ją tam odwiedzi, i miał zamiar słowa dotrzymać. Nie załamywał się swoją sytuacją, nie rozpaczał. Myślał pozytywnie. Przez cały czas. Wierzył, ba, był pewien, że stanie na własnych nogach. No i ku ogromnemu zaskoczeniu lekarzy, stanął. Od tygodnia nawet już pracuje. Czego ja między innymi jestem żywym dowodem. Wprawdzie nosi przez cały czas jakiś gorset ortopedyczny, ale nie narzeka na jakiekolwiek niedogodności z nim związane. A już na ból w ogóle. Ciągle jest uśmiechnięty, wesoły, pozytywnie nastawiony do życia, do swojej przyszłości. Owszem, wiele zmieniło się obecnie w jego życiu, ale na lepsze. Zmienił się jego stosunek do priorytetów życiowych. I tak jak mówił, jest teraz spokojniejszy, bardziej wyciszony, więcej myśli o najbliższych, poświęca im więcej czasu. I taki, ma zamiar pozostać już na zawsze.

Czy przypadek Giuseppe nie jest dobrym przykładem na moc pozytywnego myślenia? Z pewnością jest. Myślmy więc pozytywnie, zawsze i wszędzie, na przekór wszystkim i wszystkiemu… dla dobra naszego i naszych najbliższych... Amen!


HKCz
4.11.2009
 
 

Wieści z pogorzeliska

W naszych mediach i w dzisiejszym dniu nakazują zamykać drzwi i okna… Rany, ja się duszę już we własnym domu. Mój osobisty miech płucny potrzebuje powietrza… dużo powietrza. Koniecznie świeżego. U mnie w domu przynajmniej jedno okno jest zawsze otwarte. Bez względu na pogodę. Biegać po lesie też jeszcze zabraniają. Powietrze ciągle jest zatrute. No to gdzie ja biedna mam się nałykać świeżego powietrza? O kurcze, jak długo to jeszcze potrwa?
Minęło już 36 godzin od momentu wybuchu pożaru, i choć od nocy nieustannie pada deszcz, jednak do tej pory strażakom nie udało się opanować sytuacji na pogorzelisku. Co pewien czas powstają nowe zarzewia ognia. No tak, nie dziwota, przecież to była firma recyklingowa, zajmująca się sortowaniem śmieci i ich przetwarzaniem. A śmieci ze względu na ich różnorodność, wiadomo, jak długo się palą… i jak śmierdzą niemożebnie. Fuj, aż na wymioty bierze!
Po południu, po wysłuchaniu następnego komunikatu w radiu, nie wytrzymałam i pojechałam autem na miejsce pogorzeliska. To jakiś kilometr od mojego domu. Chciałam sprawdzić naocznie co i jak. No i dowiedzieć się, czy przynajmniej jutro będę mogła wybyć do lasu. Niestety policja zastawiła drogę z obydwu stron i tylko z daleka mogłam zobaczyć, że na pogorzelisku rzeczywiście kopci się nadal.


Nie byłabym jednak sobą, gdybym nie spróbowała przemycić się nieco bliżej pogorzeliska. Taki widok, to przecież rzadkość. A skoro już tu jestem… trzeba mi było zobaczyć. To taki wewnętrzny mus.


Przy pstrykaniu tego zdjątka, dorwał mnie jeden policjant. I nawet mi palcem pogroził… Miał jednak uśmiech na twarzy. Odwzajemniłam mu się jeszcze szerszym uśmiechem, i wzięłam nogi za pas.


Tak wyglądały oddalone jakieś 200 m od pogorzeliska krzewy. Liście całe w czarnych piegach. Nie zniosły wszechobecnej chemii.

HKCz
(2.11.2009.)

Zatruto nam Dzień Zmarłych

Ktoś albo coś, nas, obywateli naszego miasta i okolic zdrowo urządził albo urządziło we wczorajszym doniosłym dniu… A i bardzo pięknym przecież. Doniosłym, bo dzień ten Świętem Zmarłych przecież był. A pięknym, bo pogoda była cudowna, niebo tonęło w błękicie i było bardzo cieplutko. Nikt z nas nie mógł jednak nawet nosa wyścibić na dwór.

W sobotę spały u mnie moje wnuczki. Rano, w niedzielę, kiedy powyskakiwaliśmy z łóżek, swoim zwyczajem otworzyłam na oścież okno w sypialni… i aż mnie zatkało. Wystraszyłam się nie na żarty. Wyraźnie poczułam zapach spalenizny. Zaczęłam się rozglądać dookoła, potem wyleciałam do ogrodu i zaglądałam na pobliskie domy, by sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu się nie pali, i czy nie trzeba nam uciekać z domu. Nagle powietrze rozdarł huk lecących helikopterów. Powiało grozą. Byłam już pewna, że coś poważnego się stało. Smród wdarł się do mieszkania. Latałam od okna do okna i szczelnie je zamykałam. Mój trzyipółletni wnuczek, widząc mnie tak biegającą, zawołał:

Babciu, nie martw się, to tylko ktoś grilla robi.

Fajny mi grill… taki cuchnący! — krzyknęłam i wte pędy pognałam włączyć radio.

No i z radia natychmiast się dowiedziałam, co się stało. Nakazywano też, pod groźbą zatrucia związkami chemicznymi unoszącymi się w powietrzu, pozamykać wszystkie drzwi i okna i nie wychodzić z domu. Powód? Ogromny pożar.

Okazało się, że na peryferiach miasta o trzeciej godzinie w nocy zapaliła się firma recyklingowa. Notabene firma ta była najnowocześniejszą firmą tego typu w całych Niemczech. W zeszłym roku wybudowana za dwanaście milionów euro. Dwustu dwudziestu strażaków gasiło ogień. Do późnych godzin wieczornych nie udało im się do końca opanować pożaru. Ciągle pojawiały się nowe zarzewia ognia. Na składzie było akurat pięćset tysięcy ton śmieci do przeróbki. Miało się więc co palić. A smród z palących się śmieci jest nie do zniesienia. Okropność! I taki właśnie okropny smród cały dzień rozchodził się po całym mieście i okolicach. Utworzył się gęsty smog wiszący nad domami. Nic dziwnego, nasze miasto leży w kotlinie. Nasze góry, piękne skądinąd, w tym przypadku okazały się zdradliwe, gdyż nie pozwalały na szybki Lüftung, czyli przewietrzenie. No i powietrze było tak zatrute, że nie można było oddychać.

Nie było wyjścia, trzeba nam było w tak piękną pogodę (oczywiście już tylko wizualnie) siedzieć w domu. A my mieliśmy tyle planów związanych właśnie z dworem. Mieliśmy przede wszystkim zrobić w ogródku jakiś ładny ołtarzyk i palić na nim znicze dla tych, co siedzą sobie na obłoczkach i machają radośnie nóżkami, jak to mówiła moja siedmioletnia wnuczka. I co? I nici wyszły z naszych planów. Na szczęście w domu też znaleźliśmy zajęcie. Różne zajęcia. A w pokojach cały dzień paliły się świece i znicze dla tych… co na obłoczkach.




 
HKCz
2.11.2009
 

Pinkolę A/H1N1

Nie cierpię latać po lekarzach, a w tym tygodniu już po raz drugi u lekarza byłam. W środę byłam u stomatologa, dzisiaj u domowego. Nie, nie czuję się chora. Byłam jedynie w celu zaszczepienia się przeciw grypie… zwykłej grypie. Nie uległam społecznej fobii pod tytułem: „świńska grypa”, a rozdmuchanej przede wszystkim przez firmy farmaceutyczne. W tym „rozdmuchu” wiadomo o co chodzi. Chodzi o pieniądze. Ogromne pieniądze. Firmy farmaceutyczne celowo straszą świat pandemią, by wykorzystać nadarzającą się okazję na zbicie fortuny. A że jesień i zima to sezon na grypę, więc w tym akurat okresie muszą swoje szczepionki wprowadzić do sprzedaży. No i wprowadzają. Na gwałt. E tam, wprowadzają… wciskają! Tak, wciskają nam je bez dokładnego przetestowania pod kątem skutków ubocznych. Pewnie zdają sobie sprawę, że czas działa na ich niekorzyść, gdyż wiosną ludzie przekonają się, iż ta odmiana grypy w ogóle nie jest taka straszna. Na chybcika wciskają nam więc to, co na już mają, aby jak najszybciej zarobić te swoje ogromne pieniądze.
O nie, nie ze mną... Wkurza mnie ta sytuacja. A nawet sama nazwa tej grypy. Bo jakaż to ona świńska, hę?... Była, lata temu (jakieś 90), a teraz ludzie ją przede wszystkim przenoszą. Biedne świnki! Amerykańscy producenci wieprzowiny też głośno protestują przeciwko tej nazwie. A co mają o niej powiedzieć wegetarianie? Albo wyznawcy islamu? Świń nie jedzą a się zarażają. Pewnie dlatego firmy farmaceutyczne, mając i takich ludzi na względzie, używają częściej jej naukowej nazwy: A/H1N1.
Wkurzająca jest ta bezduszność i zachłanność potentatów farmaceutycznych. Człowiek już dawno przestał się dla nich liczyć. Liczą się tylko pieniądze. Ludzie powinni im a kuku! zrobić i w ogóle szczepieniu się nie poddawać. Niechaj się sami szprycują tymi świńskimi szczepionkami.
Z tego co wiem od mojego lekarza, to mało kto chce się narażać i robić z siebie królika doświadczalnego. W jego przychodni lekarskiej dopiero jedna osoba pytała o tę szczepionkę, ale kiedy on jej powiedział, że musi podpisać oświadczenie, że na swoją odpowiedzialność chce być zaszczepiona, momentalnie zrezygnowała. Nic dziwnego, nikt nie lubi świadomie brać na siebie takiego ryzyka. Wiem też, że są i takie osoby, które choć należą do grupy ryzyka, również nie mają zamiaru poddać się szczepieniu. Mój lekarz zaszczepił się tylko przeciwko zwykłej grypie, bo jak mówił, nie wierzy w skuteczność szczepionki, a obawy co do skutków ubocznych ma wielkie. Śmiał się, że to zwykła manipulacja firm farmaceutycznych. Zresztą, sama statystyka przemawia za tą tezą. Bo skoro w tym roku na zwykłą grypę, chociażby tutaj w Niemczech, zmarło kilkaset osób i nikt nie podnosił larum, że to epidemia, a na A/H1N1 tylko jedna, i wmawia się nam groźbę pandemii, to co innego to może znaczyć?
Drugi lekarz, którego znam, homeopata, twierdzi zaś, że nawet te coroczne szczepienia przeciw grypie nic nie dają. Są dla organizmu wręcz szkodliwe. On sam nigdy się nie szczepi. Nie szczepi też nikogo ze swojej rodziny.
No i bądź tu człowieku mądry i… Nie będę nawet dodawać, co po „i” następuje, bo też dla każdego człowieka następuje co innego. Ale zdrowie, wiadomo, dla każdego jest takim samym dobrem… Najwyższym dobrem. Kurcze, no i co tu robić? Szczepić się, czy się nie szczepić? Oto jest pytanie… i dylemat.

Przyszło nam żyć w czasach szalonego postępu technicznego, i to w każdej dziedzinie życia. Z pewnością jest to ogromny sukces ludzkości, ale czy te wszystkie zdobycze techniki tak do końca są nam przyjazne? Nikt z nas pewnym być nie może. No bo jak, skoro zewsząd docierają do nas sprzeczne informacje o ich oddziaływaniu na ludzki organizm. Cóż, z pewnością za naszego życia prawdy nie przyjdzie nam poznać. Pewnie przyszłe pokolenia dopiero ją poznają. Nam przyszło być testerami wszystkich tych cywilizacyjnych zdobyczy... Dla potomnych. Sami jednak też bardzo skrzętnie z nich korzystamy. Wręcz nie wyobrażamy sobie już dziś życia bez niektórych z nich. Na przykład bez komórki albo komputera... Olaboga! tylko nie to!


HKCz
30.10.2009


Podsłuchane u dentysty

Miałam dzisiaj wizytę u dentysty. Taka tam rutynowa kontrola moich ząbków. A ja chętnie chodzę do dentysty. Od dziecka. Nie wiem, co to lęk przed dentystą. W ogóle. W każdym bądź razie, do dentysty, to ja chętniej chodzę, niż na przykład… do fryzjera. Wracając od dentysty jeszcze nigdy nie płakałam, a od fryzjera, oj, nieraz. Z wściekłości. Żaden dentysta nigdy mi jeszcze zębów nie spieprzył, że się tak kolokwialnie wyrażę, a fryzjer włosy, wielokrotnie. Może dlatego tak się u mnie dzieje, bo ząbki, Pan Bozia dał mi akurat mocne, włoski niestety nie. A wiadomo, że to co słabe, łatwiej jest spieprzyć… Zaraz, przecież ja nie o tym miałam… Miałam opowiedzieć o swoich wrażeniach z wizyty u dentysty, notabene mojego znajomego dentysty z Polski… No to nawijam:

Siedząc z rozdziawioną japą na wygodnym fotelu dentystycznym, zastanawiałam się nad słowami usłyszanymi w poczekalni przychodni. Słyszałam tam rozmowę dwóch kobiet. Pacjentek. Obie narzekały na koszty, jakie muszą ponieść za usługi stomatologiczne. Narzekały też na ogólną sytuacją gospodarczą w Niemczech. Jedna drugiej podawała przykłady, co ostatnimi laty podrożało i jaki ma to wpływ na codzienne życie. Wskazywały na puste miejsca w poczekalni, mówiąc, że ze względu na ogólną drożyznę w każdej dziedzinie życia, ludziom jest teraz o wiele ciężej dbać o swoje uzębienie. Że wiele ludzi nawet przestało odwiedzać gabinety stomatologiczne, albo w najlepszym razie, wizyty swoje mocno ograniczyło. Chcąc nie chcąc, słyszałam wszystko o czym mówią, i w duchu przyznawałam im rację. Tak jest w istocie od paru ładnych lat. Za wszystko trzeba płacić, nawet by się w ogóle zarejestrować do dentysty, trzeba płacić co kwartał 10,- €. A za każdą najmniejszą nawet plombę, trzeba z kieszeni wyłożyć co najmniej 40,- €. Kasy chorych płacą jedynie za okresowe kontrole, za wyrwanie zębów i za szpetne, trujące plomby z amalganu. Ludzie coraz rzadziej chodzą do dentysty, bo ich po prostu nie stać. U każdego specjalisty obecnie trzeba za większość badań płacić z własnej kieszeni. Mimo ubezpieczenia. Kasy chorych refundują jedynie podstawowe badania. Takie jak np. morfologia krwi. Najbardziej podstawowe z podstawowych badań. Z tym, że refundują te badania jedynie co 2 lata. Jak ktoś chce częściej krew swoją zbadać, musi sam za badanie zapłacić. I tak jest prawie ze wszystkimi podstawowymi badaniami. Kto nie chce wykładać ze swojej kieszeni, albo rzeczone kieszenie ma puste, musi się trzymać zdrowo przez calusieńkie 2 lata. A gdyby jednak nie wytrzymał, to o tyle ma dobrze, że go, schorowanego nieboraka, w szpitalu na intensywnej terapii przyjmą zawsze. A jak tam się już znajdzie, to aż tak bardzo martwić się nie musi, bo wtedy za wszystkie podstawowe badania kasa chorych zapłaci. Jedynie za każdy pobyt w szpitalu płacić musi. O przepraszam… dopłacić, bo szanowne kasy chorych oczywiście też partycypują w kosztach. 
No rzeczywiście, porobiło się tutaj… Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Blady strach padł na ludzi średniozamożnych. Zaczyna brakować pieniążków. Muszą więc oszczędzać na zdrowiu. A co mają powiedzieć ludzie biedni, którzy stracili pracę? Tacy ludzie muszą się martwić przede wszystkim o to, by mieć co do garnka włożyć. O zdrowiu nawet nie myślą. A co dopiero o ładnym, zdrowym, w pełni uzębionym uśmiechu.

Kiedy dentysta oglądnął wszystkie moje zęby, które, notabene, ku mojemu ogromnemu zadowoleniu okazały się być nadal zdrowe, wykonał jeszcze (jak co pół roku) pełny skaling. Po tym zabiegu zamknęłam buzię i skończyłam rozmyślać. Szybko ją jednak na powrót otworzyłam, bo koniecznie musiałam zadać mu pytanie:
— Panie Adamie, czy rzeczywiście jest tak źle z pacjentami? — cedziłam wolniutko słowa, rozmasowując dłońmi nadwerężone zawiasy żuchwy. — Coraz rzadziej przychodzą?
A cedziłam te słowa po niemiecku. Chciałam być grzeczna, gdyż wiem, że asystentka dentysty ni w ząb po polsku nie rozumie. A ja ją bardzo lubię. To takie miłe, ładniutkie, czarnoskóre dziewczątko o pięknym, bielusieńkim jak świeżutki śnieg uzębieniu.
Pan Adam jednak odpowiedział mi po polsku. Pewnie uznał, że to, co mówi, lepiej żeby pozostało między nami.
— Pani Halszko, jest gorzej niż źle… A niech to szlag trafi, co za czasy nastały. Kasy chorych wypięły się na wszystkich i nie chcą refundować już pomału niczego, a ludzie tak zbiednieli, że mało kogo stać teraz na leczenie zębów. Przychodzą najczęściej dopiero wtedy, kiedy z bólu już nie wytrzymują i ząb nie nadaje się już do leczenia, a jedynie w całości do resekcji. Niewielu, kto ma słabe zęby, stać dzisiaj na ładny uśmiech, bo żeby go mieć, musieliby wydać duże pieniądze. Są to kwoty rzędu tysięcy euro. Wiele osób mimo wszystko próbuje zadbać o swój uśmiech, ale żeby nie być narażonym na tak wysokie koszty, jedzie do Polski. Niskie koszty materiałowe, niskie koszty prac protetycznych i niskie honoraria lekarskie sprawiają, że leczenie stomatologiczne w Polsce jest blisko 70% tańsze niż w Niemczech. Dla Niemców jest to oczywista gratka. Jeszcze trochę, a pójdziemy pani Halszko z torbami… Jakby nie patrzeć.

Szkoda mi się zrobiło pana Adama. No ale co zrobić? Wszystkim nam się teraz o wiele ciężej przędzie. Takie czasy. Wszędzie.
Na odchodnym, aby rozładować nieco sytuację, opowiedziałam panu Adamowi, jak to kiedyś, przed kilkoma laty, przeczytałam w polskiej gazecie o takiej jednej Niemce (z byłego DDR-u), która pojechała do Szczecina, aby tam skorzystać z usług renomowanej przychodni stomatologicznej. No i owszem, korzystała, nawet bardzo skrzętnie, przez 3 dni z rzędu na kwotę 5 tyś.€. Tyle że po 3 dniach uciekła, nie płacąc. Służba graniczna, powiadomiona przez przychodnię stomatologiczną, zdążyła ją jednak zatrzymać na przejściu granicznym, i do porządku przywołać. Oszustka chciała wyrolować polskich dentystów, a koniec końców wyrolowała samą siebie. Bo też zamiast oszczędzić na kosztach stomatologicznych te sławetne 70%, czekały ją dodatkowe koszty, kara za wyłudzenie.

Wyszłam od dentysty roześmiana, ponieważ zdrowo się pośmialiśmy z panem Adamem z chytrej Niemki. Będąc jednak już na zewnątrz, mina mi nieco zrzedła, bo nagle, moja wyobraźnia, roztoczyła przede mną wizję bezzębnych uśmiechów. Aż się wzdrygnęłam na samą myśl, że może to być prawdą… Brrr!… Od dziecka mam uraz do bezzębnych uśmiechów. O rany, to nie może być prawdą!

To ja też się wypinam… na to cało zło, tam na dole... przez górę urządzone. W tak cudownej złotojesiennej scenerii, przychodzi to z łatwością, ba, nawet z przyjemnością. (śmiech).


To zdjątko zrobiło mi się zupełnie niechcący… Ale przydało się. (śmiech)


HKCz
(28.10.2009)