Inne moje Blogi to: 1. "Kącik dla Czytających" - Blog literacki; 2. "Na cętce źrenicy i w obiektywie" - Blog fotograficzny
piątek, 23 lutego 2018
Komputera czar… albo czary
A niebo nad nami
Spodobało mi się wnuczka fantazjowanie. Niech patrzy w niebo i fantazjuje ile tylko może. Mam nadzieję, że w jego przypadku to nie tylko skłonność do spontanicznego fantazjowania, która jest naturalną cechą dziecka, ale i zdolność. Zdolność, którą będzie w sobie rozwijał przez całe swoje życie. O wiele przyjemniej będzie mu się wtedy żyło. Będzie umiał czuć się szczęśliwym. Zawsze i wszędzie. A i ja dzięki temu będę szczęśliwsza. Już jestem. Wystarczy, że tylko sobie pomyślę, że kiedyś, kiedy już będę machać nóżętami na jakimś obłoczku po drugiej stronie nieba, wnuczek przyleci tam do mnie rakietą z wizytą. No i co, czy to niewystarczający powód, aby się poczuć jeszcze bardziej szczęśliwą?
Kiedy przyszedł czas na „poczytaj mi babciu”, specjalnie sięgnęłam po bajkę J. Tuwima pt. „Dyzio marzyciel”:
Nad ranem obudzili mnie przerażeni rodzice. Okazało się, że nasz sąsiad, który szedł do pociągu, w świetle latarni zobaczył moją głowę dyndającą za oknem i tak się wystraszył tym widokiem, że zamiast do pociągu, przybiegł do naszego domu i zaalarmował rodziców. Rodzice natychmiast ściągnęli mnie z okna i postawili do pionu. Nie mogłam pojąć dlaczego wszyscy są tacy przerażeni, i o co w ogóle ten cały alarm. O tę poduszkę, że mi się wymsknęła spod głowy i spadła do ogródka? Przecież tak słodziutko i bezpiecznie mi się spało. No dobra, później, po rodzicach tłumaczeniu, zrozumiałam, że z tym „bezpiecznie” trochę przesadziłam, zważywszy chociażby na fakt, że okno naszej kuchni mieściło się na pierwszym piętrze... No ale czego się nie robi dla spełnienia swoich marzeń.
środa, 21 lutego 2018
Moc pozytywnego myślenia
Pisałam o nim i pokazywałam jego salon w późniejszym wpisie pt. "Fryzjer jak spowiednik".
Bardzo lubię tego mojego fryzjera. To taki miły, ciągle uśmiechnięty 38-letni Włoch, imieniem Giuseppe. O nazwisku nawet nie wspomnę, bo jeszcze komuś przyjdą do głowy jakiś nie na miejscu skojarzenia, gdyż o takim akurat nazwisku, w latach trzydziestych ubiegłego stulecia, bardzo znany był pewien jego rodak… O, chociażby z Alcatraz. Nieważne!... O czym to ja chciałam? Aha, o tym, że jak ja i Giuseppe się do siebie dorwiemy, to nagadać się nie możemy. Gaduła z Giuseppe, że ho, ho! Mnie też nic nie brakuje… Czasami. Bardzo sympatycznie nam się ze sobą gada, bo nadajemy na podobnych falach. No to czemuż to do licha nie lubię chodzić do fryzjera? Pewnie ktoś zapyta. A ja pewnie rozdziawię buziulkę, i na już, nie będę wiedziała co odpowiedzieć. Bo co jak co, ale ten mój wyświechtany frazes, co do fryzjerów w ogólności, do mojego Giuseppe ni jak się ma.
Wychodząc od niego z nową fryzurką, jeszcze nigdy nie „ślimtałam”. No to dlaczego nie lubię do fryzjera chodzić? Choinka, sama do końca nie wiem. Pewnie to jakiś uraz przywieziony z Polski. Pamiętam, że w Kraju, wychodząc od fryzjera, któregokolwiek, zawsze ryczałam z wściekłości. No może nie zaraz na ulicy, ale w domu, kiedy ujrzałam swoje odbicie w osobistym lustereczku. Tu, w Niemczech, od kiedy Giuseppe wziął się za moje włosięta, zawsze wychodzę od niego, jako od fryzjera, zadowolona. Jedynie szkoda mi tych 2 godzin, które z powodu włosów muszę ze swojego dnia poświęcić. Calusieńkie 2 godziny. Aż! U dentysty pół godzinki i już mogę pędzić do domu. A Giuseppe tak długo mnie trzyma. Nie, w kolejce broń Boże nie czekam. A gdzieżby tam!
Niecierpliwy ze mnie człowiek. Każdy mój usługodawca (w jakiejkolwiek dziedzinie), wie, że czekania chorobliwie nie znoszę, i jak się już umawiamy na termin, to ten termin musi być zachowany… i basta! Mam o tyle dobrze, że tych wszystkich moich usługodawców od lat mam stałych. Nie zmieniam ich jak rękawiczki. Wszyscy więc zdążyli mnie poznać. Giuseppe też zdążył. Tak że jak tylko przekroczę próg jego salonu, momentalnie się mną zajmuje. To te wszystkie jego zabiegi przy moich włosach tak długo trwają. Co się przy tym nagadamy, to nasze. Fakt. A ja bardzo lubię z nim gadać… jak już u niego jestem. Natomiast wybrać mi się z domu do niego, jako do fryzjera, jest mi ciężko jak cholera! Za każdym razem. Pogadać sobie z nim mogę przecież przez telefon. I też nieraz gadam.
Wieści z pogorzeliska
Zatruto nam Dzień Zmarłych
Ktoś albo coś, nas, obywateli naszego miasta i okolic zdrowo urządził albo urządziło we wczorajszym doniosłym dniu… A i bardzo pięknym przecież. Doniosłym, bo dzień ten Świętem Zmarłych przecież był. A pięknym, bo pogoda była cudowna, niebo tonęło w błękicie i było bardzo cieplutko. Nikt z nas nie mógł jednak nawet nosa wyścibić na dwór.
W sobotę spały u mnie moje wnuczki. Rano, w niedzielę, kiedy powyskakiwaliśmy z łóżek, swoim zwyczajem otworzyłam na oścież okno w sypialni… i aż mnie zatkało. Wystraszyłam się nie na żarty. Wyraźnie poczułam zapach spalenizny. Zaczęłam się rozglądać dookoła, potem wyleciałam do ogrodu i zaglądałam na pobliskie domy, by sprawdzić, czy gdzieś w pobliżu się nie pali, i czy nie trzeba nam uciekać z domu. Nagle powietrze rozdarł huk lecących helikopterów. Powiało grozą. Byłam już pewna, że coś poważnego się stało. Smród wdarł się do mieszkania. Latałam od okna do okna i szczelnie je zamykałam. Mój trzyipółletni wnuczek, widząc mnie tak biegającą, zawołał:
— Babciu, nie martw się, to tylko ktoś grilla robi.
— Fajny mi grill… taki cuchnący! — krzyknęłam i wte pędy pognałam włączyć radio.
No i z radia natychmiast się dowiedziałam, co się stało. Nakazywano też, pod groźbą zatrucia związkami chemicznymi unoszącymi się w powietrzu, pozamykać wszystkie drzwi i okna i nie wychodzić z domu. Powód? Ogromny pożar.
Okazało się, że na peryferiach miasta o trzeciej godzinie w nocy zapaliła się firma recyklingowa. Notabene firma ta była najnowocześniejszą firmą tego typu w całych Niemczech. W zeszłym roku wybudowana za dwanaście milionów euro. Dwustu dwudziestu strażaków gasiło ogień. Do późnych godzin wieczornych nie udało im się do końca opanować pożaru. Ciągle pojawiały się nowe zarzewia ognia. Na składzie było akurat pięćset tysięcy ton śmieci do przeróbki. Miało się więc co palić. A smród z palących się śmieci jest nie do zniesienia. Okropność! I taki właśnie okropny smród cały dzień rozchodził się po całym mieście i okolicach. Utworzył się gęsty smog wiszący nad domami. Nic dziwnego, nasze miasto leży w kotlinie. Nasze góry, piękne skądinąd, w tym przypadku okazały się zdradliwe, gdyż nie pozwalały na szybki Lüftung, czyli przewietrzenie. No i powietrze było tak zatrute, że nie można było oddychać.
Nie było wyjścia, trzeba nam było w tak piękną pogodę (oczywiście już tylko wizualnie) siedzieć w domu. A my mieliśmy tyle planów związanych właśnie z dworem. Mieliśmy przede wszystkim zrobić w ogródku jakiś ładny ołtarzyk i palić na nim znicze dla tych, co siedzą sobie na obłoczkach i machają radośnie nóżkami, jak to mówiła moja siedmioletnia wnuczka. I co? I nici wyszły z naszych planów. Na szczęście w domu też znaleźliśmy zajęcie. Różne zajęcia. A w pokojach cały dzień paliły się świece i znicze dla tych… co na obłoczkach.
Pinkolę A/H1N1
Podsłuchane u dentysty
No rzeczywiście, porobiło się tutaj… Z dnia na dzień jest coraz gorzej. Blady strach padł na ludzi średniozamożnych. Zaczyna brakować pieniążków. Muszą więc oszczędzać na zdrowiu. A co mają powiedzieć ludzie biedni, którzy stracili pracę? Tacy ludzie muszą się martwić przede wszystkim o to, by mieć co do garnka włożyć. O zdrowiu nawet nie myślą. A co dopiero o ładnym, zdrowym, w pełni uzębionym uśmiechu.

