czwartek, 1 lutego 2018

22 dni nadziei i beznadziei. Wspomnienie o Wujku Staszku

   Wujek Staszek był najstarszy bratem mojej Mamy. W czasie II wojny światowej walczył o wolną Polskę. Kilkakrotnie był ranny. Był także w niewoli niemieckiej.
Po zaleczeniu ran po walkach stoczonych w czasie pierwszej mobilizacji oraz niewoli, po raz drugi zaciągnął się do wojska wiosną 1943 r. - do Armii Kościuszkowskiej. Z armią dotarł w sierpniu 1944 r. nad Wisłę by wspomóc Powstanie Warszawskie.
   Warszawa była w ogniu. Armia Kościuszkowska pod dowództwem gen. Zygmunta Berlinga, stanęła po drugiej stronie Wisły. Gen. Berling z jakiś względów nie mógł wydać rozkazu by armia włączyła się do walki, podsunął tylko myśl, aby ten kto chce, na ochotnika, ruszył na pomoc Warszawie. Wojsko ruszyło. Ładowali się po pięciu, siedmiu do jednej łódki. Ładowali sprzęt. Pod osłoną nocy zaczęli forsować Wisłę. Niemcy rakietami oświetlali rzekę i ostrzeliwali forsujących żołnierzy. Wielu żołnierzy zginęło od razu. Jednak wielu też udało się przedostać na drugi brzeg i podążyć powstańcom z pomocą. Na jednej z tych łódek znajdował się Wujek Staszek. W łódce było siedmiu żołnierzy. Czterech od razu zginęło od kul hitlerowców, trzech ciężko rannych, a m.in. Wujek, przygniecieni ciałami zabitych, płynęło dalej z prądem Wisły. Nurt rzeki zaniósł ich pod przęsło zniszczonego Mostu Poniatowskiego. Była noc. Zrobiło się cicho. Trójka rannych żołnierzy Armii Kościuszkowskiej wykaraskała się spod ciał zabitych kolegów i z ogromnym trudem dotarła na brzeg. Jeden z nich miał wyrwane pośladki. Męczył się potwornie. W końcu nad ranem zmarł. Wujek był ranny w biodro. Rana postrzałowa była głęboka i rozległa. Pozostały przy życiu kolega o nazwisku Wychopień był mniej ranny. Przez cały tydzień leżeli tam w potwornych bólach, w ogromnym strachu, bez jedzenia. Pili tylko wodę z Wisły.
   Po tygodniu, kiedy byli już wycieńczeni z bólu, upływu krwi, głodu… i braku nadziei na ratunek, zauważyli nagle, że po rozrywanych przęsłach, niczym małpiątko, przedziera się jakiś chłopiec. Zawołali go do siebie. Był to harcerz Rysiek (lat 13), który jako łącznik, starał się przedostać z meldunkiem na drugi brzeg Wisły. Wujek poprosił go, aby zdobył dla nich coś do zjedzenia. Rysiek był przerażony sytuacją żołnierzy, ale nie umiał im pomóc. Na moście byli Niemcy, a on niczego do jedzenia przy sobie nie miał. Wtedy Wujek poprosił go, aby wydobył chleb z ich łodzi, która ciągle dryfowała w malutkiej zatoczce niedaleko brzegu, na wpół zatopiona, z ciałami zabitych żołnierzy. Chłopak był przerażony, że miałby grzebać za chlebakami pomiędzy ciałami zabitych.
   - Nie bój się zabitych, oni ci nic nie zrobią - powiedział mu wtedy mój Wujek. - Patrz tylko, żeby cię Niemcy nie dostrzegli.
   Rysiek nabrał wtedy odwagi… i spisał się dzielnie. Dotarł wpław do łodzi i z powrotem i w efekcie przyciągnął ze sobą kilka chlebaków z chlebem rozmoczonym wodą i krwią zabitych. Ranni żołnierz byli jednak szczęśliwi, że chociaż takim chlebem mogą się nieco posilić.
   Chłopak musiał udać się w dalszą drogę. Z meldunkiem. Zanim się jednak oddalił, obiecał Wujkowi, że jak dotrze na miejsce, zamelduje o nich dowódcy. Wkrótce zniknął im z oczu. Wspinając się po przęsłach, przedostał się na drugi brzeg Wisły. W Wujku i w jego koledze zatliła się iskierka nadziei. Niestety, minął następny tydzień i żadna pomoc nie nadchodziła. Spleśniały chleb, choć wydzielali go sobie małymi kawalątkami, kończył się już. Starczyło go na tydzień.
   W takich oto warunkach siedzieli pod mostem. Modlili się i czekali zbawienia. W ich ranach namnożyło się już robactwo. Z drugiego brzegu Wisły widzieli ich polscy żołnierze. Bali się jednak ryzykować, bo Niemcy chodzili po moście. Mieli działa, i co rusz, oświetlając Wisłę i jej brzegi, puszczali serie z dział. Warszawa stała w ogniu. Potężne eksplozje targały powietrzem. Zewsząd było słychać serie z karabinów, płacz i lament ludzi. Jakie myśli mogło mieć tych dwóch rannych, wygłodzonych żołnierzy, leżących pod Mostem Poniatowskiego? W obliczu wszechobecnej śmierci - została im tylko modlitwa… i silna wola życia. Pomimo wszystko. Przecież każdy z nich miał rodzinę, żonę, dzieci.
Trzeci tydzień dobiegał końca. Dwaj żołnierze byli u kresu sił i nadziei na ratunek. W myślach zaczęli się żegnać z życiem i ze swoimi bliskimi. Została im już tylko rozpacz i beznadzieja… Wtedy, ni stąd, ni zowąd, zauważyli w oddali płynącą w ich kierunku łódkę i kajak. To było ich wybawienie! Takiej szansy tych dwóch wycieńczonych żołnierzy nie mogło zaprzepaścić. Resztkami sił doczołgali się do brzegu by ich zauważono. Niestety… znów rozpacz! Łódka i kajak były puste. Nikogo w nich nie było. A co dziwne, były ze sobą powiązane grubym sznurem.
   Wycieńczeni żołnierze postanowili jednak wykorzystać tę szansę i popłynąć z nurtem Wisły. Zapragnęli znaleźć się jak najdalej od tego miejsca, gdzie czekała ich niechybna śmierć z głodu i ran. Tym bardziej, że wdarło się już zakażenie. Rany ropiały. A atakujące ich coraz bardziej szczury, dopełniały dzieła. Pokaleczone i pogryzione ciała zaczynały już gnić. W potwornych mękach wciągnęli swe pokiereszowane ciała do łodzi i odbili od brzegu.
   Woda niosła ich coraz dalej i dalej od na wpół zawalonego Mostu Poniatowskiego. Płynęli z nurtem, nie wiedząc, czy po śmierć, czy po ratunek. W końcu udało im się dobić na drugi brzeg Wisły. Myśleli, że są uratowani, aż tu nagle, do odgłosów eksplozji i strzałów armatnich, uszu ich doleciały serie z karabinów, i to tuż nad ich głowami. Jedna po drugiej. Znów żegnali się z życiem. Zrozpaczeni żołnierze Armii Kościuszkowskiej byli pewni, że to już ich koniec.
   Szczęściem w nieszczęściu udało się im jednak ujść z życiem. Okazało się, że to polscy żołnierze celowali w nich, biorąc ich za wroga, ale kiedy zauważyli ich mundury, strzelać przestali.
  Skulona w łodzi dwójka rannych i przerażonych Kościuszkowców usłyszała nad głowami nagle śmiech żołnierzy, a jeden z nich zawołał:
   - No, koledzy, będziecie długo żyć, bo już mieliśmy wyładować w was cały magazynek.
Byli uratowani! Czyżby to był… cud nad Wisłą? Dla tych dwojga umęczonych żołnierzy był z pewnością.
   Żołnierze natychmiast zajęli się rannymi i odwieziono ich do szpitala polowego. Potem wraz z Armią Kościuszkowską dotarli do Berlina, gdzie zastał ich już koniec wojny.

   Nikt nigdy nie doszedł do tego, skąd się wzięła ta łódka z kajakiem, i jakim cudem do nich dopłynęła.


   Trzydzieści lat po wojnie wojskowy redaktor Alojzy Sroga „wygrzebał” w wojskowych archiwach notatkę o ciężko rannych żołnierzach, którzy 22 dni pod Mostem Poniatowskiego czekali na ratunek. Zafrapowany tą notatką dotarł do Wujka i na podstawie jego opowiadań napisał książkę pt. „Nadzieje”.

(Okładka książki)

  Również w „Ekspresie Wieczornym” w odcinkach opisywano wówczas tę tragiczną historię Wujka. Wtedy Wujek stał się nagle bohaterem. (Jego współtowarzysz niedoli, Wychopień, mniej, gdyż po wojnie wyjechał do USA). Dziennikarze ciągle nagabywali go o wywiady. Jednak nigdy nikt nie zatroszczył się o jego stan zdrowia, który już do końca jego dni nie był dobry. Głębokie i rozległe rany jakie doznał w czasie wojny, a zwłaszcza w Powstaniu Warszawskim, pozostawiły ślad na całe jego życie. Odszkodowania jakiegoś też nigdy nie dostał. Ot, i dola Żołnierza Polskiego!

Zdjęcie ze zbiorów warszawa.wikia.com/wiki  

HKCz
(3.07.2009)

Spotkanie 3 stopnia z mordercą-gwałcicielem

   Niedawno wpadła mi w ręce polska gazeta, w której m.in. zainteresował mnie artykuł „Z kronik kryminalnych”. W trakcie czytania, serce mi nagle zamarło, bo po tylu latach dowiedziałam się, że już dawno powinnam nie żyć. Otóż czytając artykuł, doszłam do fragmentu zeznań jednego z młodych, seryjnych morderców-gwałcicieli, który grasował w latach osiemdziesiątych na Śląsku. Morderca ten w swych zeznaniach przyznał się do sześciu gwałtów i morderstw. Wszystkie tą samą metodą. W ciemnościach atakował kobiety w zaułkach, zaciągał do pobliskich piwnic, tam mordował, następnie gwałcił. Zeznał też, że kiedy był na „gościnnych występach” w mieście, w którym ja mieszkałam, podając datę oraz opis ulicy, to niestety z jedną taką mu nie wyszło, gdyż okazała się być zbyt silna fizycznie. Po przeczytaniu tego artykułu przez kilka dni nie mogłam dojść do siebie. Przecież to straszne, dowiedzieć się nagle, z kim miałam do czynienia i jakie niebezpieczeństwo mi wówczas groziło. Nawet sobie sprawy nie zdawałam przez te wszystkie minione lata, że żyję tylko dzięki temu, że się nie dałam… mordercy-gwałcicielowi.

A było to tak:

 Ostatni dzień roku. Sylwester. W szkole sportowej, w której pracowałam, organizowałam zabawę sylwestrową. Wszystko przygotowane. Zapięte na ostatni guzik. Miałam dla siebie zaledwie 3 godziny, by się przygotować do otwarcia imprezy. Pobiegłam do fryzjera na umówiony wcześniej termin. Kiedy wychodziłam z salonu, było już całkiem ciemno. Godzina około 18-tej. Śpieszyłam się by jak najszybciej przebrać się jeszcze w strój wieczorowy i pojechać do szkoły. Chciałam raz jeszcze wszystkiego doglądnąć by o godzinie 20-tej przywitać pierwszych gości. Salon fryzjerski mieścił się w pobliżu mojego domu. Jakieś 50 m musiałam przejść, by wejść na przydomowe podwórko. Szłam już wzdłuż budynku, kiedy nagle za plecami usłyszałam, że ktoś za mną biegnie. Pomyślałam sobie, że to z pewnością mój młodszy brat, który zapowiedział się, iż wpadnie do mnie po apaszkę do swojego przebrania sylwestrowego, gdyby nie udało mu się gdzie indziej podobnej zdobyć. No nic, idę dalej. Udaję, że go nie słyszę. Chciałam braciszkowi zrobić psikusa i wbiec na klatkę schodową, zamykając mu drzwi przed nosem. Nie zdążyłam, bo nagle ten ktoś rzucił mi się na plecy i chwycił mocno za ramiona. Odwróciłam się ze śmiechem, gdyż ciągle myślałam, że to brat. Kiedy spostrzegłam wysokiego faceta i zupełnie obcą mi twarz, przez ułamek sekundy pomyślałam, że facet mnie z kimś pomylił i zaraz mnie puści. Ale nie! Facet jeszcze mocniej chwycił mnie i podniósł do góry, chcąc zanieść mnie do klatki schodowej, ale nie do mojej, tylko do poprzedniej. Wtedy to się już zorientowałam, że grozi mi jakieś niebezpieczeństwo, ale skąd mogłam wiedzieć jakie. Dostałam szoku. Nie umiem sobie przypomnieć jak z nim walczyłam, jak długo to trwało, czy wzywałam pomocy. Wtedy wydawało mi się, że krzyczę na całe gardło… Ale może mi się to rzeczywiście tylko wydawało? Bo też nikt z pomocą mi nie przyszedł. Dokładnie pamiętam (do dziś dnia) tylko jego potwornie przeraźliwe charczenie. Jak dzikiego, rozwścieczonego zwierza. I to, że kiedy wciągnął mnie do klatki, i kiedy nagle znaleźliśmy się już na schodach prowadzących w dół do piwnicy, miałam przed oczami obraz moich malutkich dzieci. I to chyba obraz moich kochanych maleństw sprawił, iż dostałam jakiś nadprzyrodzonych sił. Bo fakt faktem, że kiedy szamotałam się z nim na tych schodkach, musiałam mu zadać jakiś potężny cios, może w genitalia, nie wiem, bo facet nagle puścił mnie i z sykiem skulił się w pół. Wykorzystałam ten moment i uciekłam. Dopiero kiedy znalazłam się w swoim mieszkaniu, zdałam sobie sprawę, co to się właściwie przed chwilą ze mną działo. A jak się w nim znalazłam, nie pamiętam. Wówczas też nie pamiętałam. Dostałam wtedy jakiegoś ataku nerwowego, że mój mąż oraz koleżanka z pracy, która w moim domu na mnie czekała, nie mogli mnie uspokoić. Cała się trzęsłam, nie potrafiąc wydobyć z siebie słowa. Wreszcie dostałam spazmów. Szczęście, że moje dzieci były u babci i mnie w takim stanie nie widziały. Doszłam nieco do siebie dopiero wtedy, kiedy zadzwonił telefon. To moi przyjaciele ze szkoły chcieli się dowiedzieć co jest, że ich w szkole nie witam. No i chyba to moje poczucie obowiązku wzięło górę nad emocjami, bo nagle potrafiłam na tyle wziąć się w garść, by do słuchawki nieskładnie, bo nieskładnie, ale opowiedzieć, co mi się przytrafiło. Przyjaciele byli zszokowani i oburzeni. Natychmiast chcieli zawiadomić milicję. Ja jednak ich powstrzymałam, gdyż znając procedury milicyjne, wiedziałam, że wtedy zabawę sylwestrową będę miała z głowy. A przecież nie mogłam wiedzieć, kim był napastnik. Jedyne co mi do głowy przychodziło, to to, że to jakiś chory psychicznie facet. Nieodpowiedzialny za swoje czyny. Wysłałam męża z kluczami do szkoły by otworzył gościom aulę, a sama, przy pomocy koleżanki, zaczęłam doprowadzać się do porządku. Pierwsze co zrobiłam, to zdjęłam wreszcie swoje futerko. Wcześniej ani mężowi, ani koleżance nie pozwoliłam się nawet dotknąć. Futerko nadawało się już tylko do wyrzucenia. Było zupełnie potargane. W całości została tylko podszewka. Kiedy zdjęłam jeszcze i sweterek, koleżanka aż pobladła. Moje plecy i ramiona były całe czerwone od obtarć. No a kiedy ja sama zobaczyłam swoje odbicie w lustrze, to się sama siebie wystraszyłam. Wyglądałam jak upiór Luwru. Blada jak papier twarz. Makijaż zupełnie rozmazany. Oczy przekrwione. Po fryzurze ani śladu. Chociaż nie, ślad był. Włosy były pozlepiane i sterczały mi na irokeza. Nie miałam jednak czasu by się nad sobą rozczulać, więc szybciutko wskoczyłam pod prysznic. Po godzinie byłam już gotowa. Nowa fryzura, nowy makijaż, nowy sylwestrowy strój. A po półtorej godzinie, stałam już w drzwiach naszej szkolnej, pięknie wystrojonej auli. Znów byłam sobą. Przyjaciele przywitali mnie owacjami na stojąco.
Fotka z ówczesnego Sylwestra

Jak widać, bawiłam się świetnie... A to nie tylko dlatego, że do końca nie byłam świadoma niebezpieczeństwa, jakie mi parę godzin wcześniej groziło, ale dlatego też, a może przede wszystkim, że chciałam jak najszybciej zapomnieć o tych traumatycznych przeżyciach.

HKCz
(12.08.2009.)

Testosteronowe buzowanie

   Jak wspomnę moje dzieciństwo i młodość, przypominam sobie, iż zawsze najchętniej bawiłam się z chłopakami. Zwłaszcza w aktywnych zabawach na powietrzu. Jedną z takich właśnie zabaw opisałam w dziale: „Wspomnienia” pt. "Tragikomiczna przygoda na torach"Z dziewczynami jakoś nie bardzo mi zabawy wychodziły. Bo też dziewczyny denerwowały mnie czasami niesamowicie. Wystraszone to to jakieś. Powolne. Nieużyte… Jedna z drugą. Tego się boi, to ją przeraża, tego się brzydzi, to dla niej za trudne, to niemożliwe… itd… itp. A już najbardziej wnerwiały mnie takie, które się myszy, albo pająków bały. O rany, jak można się bać takich małych stworzonek? Do dziś tego pojąć nie mogę.
   No nie wiem, czemu tak ze mną było. Może dlatego, że miałam urodzić się chłopcem? Wszak moi rodzice bardzo marzyli o synu. Dwie córeczki już mieli. Pewnie to ich ogromne marzenie miało taką moc oddziaływania, że choć zrobiłam im psikusa i dziewczynką się urodziłam, to jednak urodziłam się z wyższą dawką testosteronu niż normalnej dziewczynce przynależna. Nieraz mi to wypominali, że miałam się chłopcem urodzić, bo i tak dawałam im „popalić” jak nie jeden a kilku chłopców naraz. Pewnie tak było, że słysząc ich ciągłe gadki o syneczku, już jako embrion w łonie matki nałapałam testosteronu ponad miarę. Tak na wszelki wypadek. Bo skąd mogłam wiedzieć przez te nudne dziewięć miesięcy w okropnej ciasnocie, że żaden ogonek mi nie rośnie i że mnie jednak dziewczynką spłodzili? A sama przecież nie miałam wpływu na moją płeć. Przyszłam więc sobie na świat dziewczynką, ale z chłopięcą dawką testosteronu. Tak myślę. Bo jeśliby wierzyć naukowcom z University of Liverpool, to chyba tak było. A oni właśnie dowiedli, że u osób płci obojga, będących posiadaczami palca serdecznego dłuższego od palca wskazującego, jak nic, wskaźnik stężenia testosteronu we krwi jest wyższy niż norma przewiduje. A ja akurat jestem posiadaczką takowego serdecznego paluszka… Ba, nawet dwóch. Naukowcy udowodnili też, że to właśnie testosteron w życiu płodowym wpływa na proporcję palców. I im bardziej palec serdeczny jest dłuższy od wskazującego, tym więcej testosteronu działało na płód. Że to właśnie testosteron w życiu płodowym wpływa na budowę mózgu i kształtuje zachowanie człowieka w dorosłym życiu. Osoby z taką proporcją palców są odważne, twarde, nieustępliwe, potrafią walczyć, ale są też mniej egoistyczne. No i udowodnili właśnie jeszcze to, że dziewczynki z takimi paluszkami wolą zabawy chłopięce i chłopców jako uczestników wspólnych zabaw. Ha, no to wypisz, wymaluj - ja. Zresztą, pal sześć wszelkich naukowców, bo ja sama też wiem, że cosik mi nieraz we krwi buzuje, i to jak oszalałe… Toż musi to być testosteron. No bo co by innego?
   Dobrze mi się jednak żyje z takim buzowaniem… chociaż jestem przez to większą ryzykantką w życiu niż większość istot rodzaju żeńskiego, a w niektórych przypadkach i męskiego. Czasami aż tak bardzo, iż sama siebie się boję. Bo nie wiem, jak daleko w tym ryzykowaniu mogę się jeszcze posunąć. Ale że lubię się bać, bo to jeszcze dodatkowo i adrenalinka buzuje mi we krwi, nieraz w życiu balansuję nad przepaścią. W dosłownym i niedosłownym tego słowa znaczeniu.

Oto przykład:


Turcja - Sztorm na Morzu Śródziemnym... No to jakżeby tej grozy 
natury nie zobaczyć z bliska? 


   Na szczęście, mam chyba szczęście, bo jak do tej pory, z każdej ryzykownej sytuacji wychodziłam cało. Może też dlatego, żem w niedzielę rodzona? No, serio, akurat w niedzielę przyszłam sobie na świat… A co?! Musiałam się postarać, aby moje przyjście było bardziej spektakularne, skoro już po myśli rodziców nie było. No i tak od dziecka ciągle słyszę: - Gdzie diabeł nie może, tam Halszkę pośle”. - I tak do dziś. Ale lubię siebie taką, bo też moje życie jest naprawdę bardzo ciekawe. Ciągle coś się dzieje. Nie znam słowa „nuda”.
   Moja testosteronowa dziwolągowatość nie tylko ryzykanctwem się objawia, ale też potrzebą niesienia pomocy innym. Za wszelką cenę. Nigdy nie przeszłam obojętnie obok człowieka potrzebującego pomocy. Ba, nawet do każdej bójki się wmieszam, kiedy widzę, że biją słabszego. Nieraz w życiu z podbitym okiem przez to chodziłam. Nigdy jednak tego nie żałowałam. W takiej sytuacji zawsze reaguję. Bez wahania. Już tak mam. To jest silniejsze ode mnie.
   Jak się niedawno przez przypadek dowiedziałam, dzięki temu, że jestem taka a nie inna, uszłam też z życiem. Napisałam o tym w moim wspomnieniu pt. Spotkanie 3 stopnia z mordercą-gwałcicielem". No i jakże mam nie lubić tej swojej dziwolągowatości, skoro tyle dobra mi w życiu przyniosła? A że i czasami podbite oko… Nic to!
   Mój Syn ma podobnie. Nie może być inaczej, wszak urodziłam go w dniu swoich urodzin i imienin.


HKCz
(12.09.2009)

Tragikomiczna przygoda na torach

  Już w szkole umówiłam się z chłopakami (<kliknij) z mojej klasy i z kilkoma ze starszej klasy, że pod wieczór bawimy się w podchody. Tym razem mieliśmy się bawić koło starej parowozowni. Nieraz tam już urządzaliśmy sobie różne zabawy, i zawsze było fajowo. Znaliśmy na pamięć rozkład jazdy wszystkich pociągów osobowych, a o towarowe się nie martwiliśmy, bo niewiele ich przyjeżdżało do naszego miasteczka. A jak już, to rano. Wieczorem zazwyczaj stały unieruchomione na bocznicy i czekały tak do następnego dnia. Zebraliśmy się o umówionej porze i w umówionym miejscu... Na dworcu kolejowym. Potem, kłócąc się miedzy sobą, kto z kim w jakiej drużynie będzie, czy w uciekającej, czy w pościgowej, przez dobrą chwilę skakaliśmy sobie do oczu. W końcu jakoś się podzieliliśmy. Łatwo nie było. Dopiero ciągnięcie zapałek pomogło. Dzięki temu, dostałam się z trzema chłopakami do drużyny uciekającej, a pozostałych czterech chłopców do drużyny pościgowej. Moja drużyna natychmiast przystąpiła do akcji. Ganialiśmy po torach jak szaleni, rysując strzałki na szynach i wagonach towarowych. Chowaliśmy również listy, i to w najbardziej wymyślnych miejscach, pod wagonami i nawet w wagonach. Zabawa zapowiadała się na wyśmienitą. Jak zwykle. Niestety, tym razem długo nie trwała. Wszystko przeze mnie. A właściwie przez to moje gwizdanie. Bo też żaden z chłopaków nie umiał tak głośno gwizdać jak ja, i zawsze mnie wysyłali na zwiady... No dobrze, przyznam bez bicia, że sama lubiłam być zwiadowcą. Nawet bardzo. No i właśnie kiedy drużyna pościgowa ruszyła już za nami, ja, jako zwiadowca, chyłkiem przemykałam po torach, dając jednocześnie chłopakom z mojej drużyny znaki, aby powoli podchodzili we wskazanym przeze mnie kierunku. Te lebiody jednak w ogóle na mnie nie patrzyły. Stały tylko sobie w najlepsze ukryte za długim murkiem okalającym parowozownię, i nic. Owszem, głowy im chodziły, i to jak peryskopy - we wszystkich kierunkach, tylko nie w moim. Wkurzyłam się nie na żarty, i nagle jak nie huknę na nich przytłumionym głosem:
 - A wy popaprańce jedne! A wy gdzie zaglądacie? Ruszcie wreszcie swoje tyłki!
Żadnej jednak reakcji z ich strony nie zauważyłam. No to wtedy aż mną potelepało ze złości, i niewiele myśląc, głośnym i przeciągłym gwizdem na czterech palcach ruszyłam ich z miejsca. Za moment się jednak okazało, że nie tylko ich, ale również i maszynistę pociągu towarowego, stojącego na bocznicy. O rany, ale zaczęliśmy wszyscy uciekać, kiedy pociąg nagle ruszył. Na łeb na szyję. Mało nóg nie pogubili. I to obydwie drużyny. Moja, jako uciekająca, i tamta, jako pościgowa. Wystraszeni schowaliśmy się wszyscy w kanale parowozowni, i szczękając zębami ze strachu, czekaliśmy kiedy pociąg się wykolei. Żadnego zgrzytu, pisku, ani łoskotu jednak nie było słychać. Po chwili usłyszeliśmy za to potworną kłótnię pomiędzy maszynistą a przetokowym.
- A ty idioto! - wrzeszczał maszynista.
- A ty imbecylu! - wrzeszczał równie głośno przetokowy.    
- Kto imbecyl, ja?! - Maszyniście aż struny głosowe piskliwie skrzypiały z nadwyrężenia. - To ty nim jesteś... Gwiżdżesz jak pofyrtaniec jeden, choć zwrotnicy żeś jeszcze nie przestawił!
 - Ja gwiżdżę, to chyba tobie w tej twojej pustej mózgownicy wiatr hula i gwiżdże! - Przetokowy aż się zapowietrzył z wściekłości.
I takie tam różne rzeczy sobie przerzucali, wrzeszcząc coraz wścieklej. W końcu do gardeł sobie skoczyli w tej zacietrzewionej kłótni. No a my z przerażeniem spoglądaliśmy tylko po sobie - w tym brudnym i śmierdzącym kanale - i nie wiedzieliśmy co mamy zrobić. Wreszcie nie wytrzymaliśmy napięcia, i kiedy ta dwójka kolejarzy szamotała się ze sobą już na dobre, wyrwaliśmy z kanału jak z katapulty... i czym prędzej opuściliśmy ten niebezpieczny „plac zabaw”. 

HKCz
(12.08.2009)

Mowa Polska


   W dzisiejszym pięknym, letnim dniu, w przedpołudniowych godzinach, powędrowałam na rynek by pozałatwiać parę spraw. I to, co tam przeżyłam, zbulwersowało mnie ogromnie. Do tej pory o tym zapomnieć nie mogę. Miałam akurat wejść do Rathaus`u (Ratusz), kiedy nagle zauważyłam grupkę młodzieży, gdzieś tak w wieku 14-15 lat. Usłyszałam, że mówią po polsku. Bardzo się ucieszyłam tym faktem, gdyż do tej pory w naszym mieście nie był to częsty przypadek. Chociaż muszę przyznać, że w ostatnim czasie coraz częściej zauważa się polskie wycieczki. Bo też jest tu co zwiedzać. Naprawdę. Miasto stare, zabytkowe i położone w pięknej okolicy. Dookoła góry i lasy. Jest więc też i gdzie wędrować. 


  Ja zawsze i wszędzie reaguję na polską mowę. Gdziekolwiek Polaków zobaczę, podchodzę i witam ich. Już tak mam. Wynika to pewnie z moje nieustającej nostalgii za Ojczyzną. I tym razem zapragnęłam przywitać polskie dzieciaki. W większości były to dziewczynki. Już prawie do nich dochodziłam, kiedy nagle uszu mych dobiegł stek przekleństw. Zatkało mnie. Słowa nie mogłam z siebie wydusić. Wpatrywałam się tylko w dziewczyny, które coś tam ze sobą rozmawiały, klnąc przy tym jak szewc, i nie pojmowałam w ogóle o czym mówią. No wiecie ludzie, to był dla mnie szok. Co słowo to k…., ch.., p……., j…., i jeszcze jakieś inne przekleństwa z ust ich padały. Jakieś nowe. Których nie znam. Nie wiedziałam już, czy mam coś powiedzieć, czy po prostu odejść. Wreszcie nie wytrzymałam i odezwałam się:
   - Witam was dziewczynki w naszym mieście!
   - O, pani z Polski! Dzień dobry pani! - zawołało kilka głosów.
  - Dzień dobry! - odpowiedziałam. - Tak, jestem Polką… I wiecie, kiedy tak do was podchodziłam by się z wami przywitać, i kiedy usłyszałam jak wy strasznie przeklinacie, bardzo się zmartwiłam. No bo jakże to tak, żeby z tak młodych i ślicznych usteczek tyle przekleństw wychodziło? Nie wstyd wam tak przeklinać?
   - No co też pani, my tak zawsze - odezwała się jedna z dziewczyn.
   - Jak to zawsze? - spytałam.
   - Zawsze tak mówimy… To u nas normalka - dopowiedziała inna z dziewcząt.
   - To tak dla szpanu - powiedziała jeszcze inna. - Nikomu to przecież nie przeszkadza.
   - Ani waszym nauczycielom, ani rodzicom? - nie mogłam wprost uwierzyć.
   - Czasami coś tam bąkną, byśmy się zamknęły, ale nic więcej - odezwała się znów ta pierwsza dziewczyna.
   - Nie, dziewczynki, ja uważam, że to bardzo nieładnie, kiedy się tak ohydnie kaleczy naszą piękną polską mowę - rzekłam po chwili, kiedy minął pierwszy szok po tym co usłyszałam. - Powiem wam więcej. Swoimi przekleństwami przynosicie wstyd nie tylko sobie, ale i innym Polakom.
  Nie odezwały się więcej na ten temat. Zaczęłam więc je wypytywać z jakiej miejscowości przyjechały, jakie mają wrażenia z pobytu w Niemczech, jak długo jeszcze zostaną… i chwilę tak rozmawiałyśmy. Wreszcie, życząc im wspaniałej wycieczki do końca, odeszłam. Odchodząc, za plecami usłyszałam: - „Phiii, moralistka się znalazła”, i zaraz inny głos: - „Cicho bądź, miała rację”. - I do tego drugiego głosu poczułam wdzięczność. Pomyślałam sobie, że może jeszcze nie jest tak źle, że może są jeszcze pojedyncze osóbki, które nie dają się tej fali wulgaryzmów, jakie ostatnio zalewają naszą polską mowę.
    Nie jestem świętoszką, ani żadną tam zatwardziałą antywulgarystką. Sama czasem lubię sobie bluznąć przekleństwem dla żartu. Albo  kiedy mnie coś do imentu wkurzy, lecz wtedy klnę pod nosem, żeby nikt nie słyszał. No ale żeby tak w mowie potocznej, co słowo - bluźnięcie, zamiast przecinka - bluźnięcie... co to, to nie! Nigdy! I razi mnie okropnie, kiedy słyszę to od innych, a zwłaszcza od dzieci i młodzieży. Co robią ich rodzice? Co robią wszyscy ich wychowawcy? Czy też tak przeklinają, skoro swoim podopiecznym dają na przeklinanie przyzwolenie? Bardzo to smutne. Kiedyś naprawdę tak nie było. Co się z ludźmi porobiło w ostatnich latach? Czy wulgaryzowanie codziennej mowy ułatwia im życie? Nie pojmuję tego… i chyba już nigdy nie pojmę. Często mam ochotę wręcz krzyczeć: 
 
(Dzieło mojej Córki)
 

   Napisałam kiedyś w tym temacie satyryczny wierszyk. Zamieszczam go poniżej. Myślę, że w pewnym sensie oddaje klimat sytuacji, w jakiej znalazła się obecnie nasza mowa ojczysta.


Polska Mowa

O Mowo Polska, a cóż ci się stało,
Czy pięknych słówek było Ci mało,
Żeś nasiąknęła ohydnymi wulgaryzmami,
Tyś tego chciała, czy ktoś Cię omamił?

***

My, POLACY, godzić się na to nie będziemy,
A w nas jest siła, i my o tym wiemy…
Będziemy walczyć o Twoje dobre imię…
I w mowie, i w piśmie: w prozie i w rymie.

A walczyć będziemy w kraju i na świecie…
Boś Ty naszym dobrem, narodowym kwieciem.
Niechaj wszyscy na świecie cześć nam oddają,
Wszak Polacy nie gęsi, swój piękny język mają!

Tak, Mowo Polska, potrzebujesz naszej pomocy…
Byśmy zawsze i wszędzie, patrząc prosto w oczy,
Tym brukającym Cię „językowym Dyzmom”,
Krzyczeli głośno: STOP WULGARYZMOM!!!


(Dzieło mojej Córki)
 

HKCz
10.08.2009
 

Stał się cud...!

   Ja tam w żadne cuda nie wierzę. Jestem zbyt wielką realistką by w nie wierzyć. Jak już, to w cuda natury. Jedynie. Zresztą, jak tu nie wierzyć, skoro widać je gołym okiem. O, chociażby ten na zdjęciu w poniższym moim artykule pt. "Ja, szczęśliwa kobieta"W cudach natury nie trzeba się doszukiwać jakiejś głębszego sensu… Bo i po co? Zdarzają się, są, i tak je trzeba przyjmować… I cieszyć się nimi. Wszak działają na wszystkie nasze zmysły.
   Za czorta nie wierzę natomiast w jakieś tam cuda związane z religią. A właśnie z wieścią o takim cudzie wpadła do mnie dziś moja sąsiadka. Rozentuzjazmowana, już od drzwi meldowała, że u jej siostry w Polsce w pewnej wsi (nazwy nie wymienię) piorun wyrżnął w drzewo, w wyniku czego, jeden z konarów oderwał się od pnia i utkwił poziomo, mniej więcej w połowie drzewa, podtrzymywany przez inne gałęzie. A to nic innego, jak tylko znak od Boga, próbowała mnie przekonać, bo z połamanego drzewa utworzył się krzyż i mieszkańcy tej wsi modlą się przy nim już od kilku dni.
   - O rany! - zaśmiałam się. - Może i cała ta kompozycja od biedy przypomina krzyż, ale żeby to był zaraz cud?
   - No co też pani?! - obruszyła się sąsiadka. - Jak można nie wierzyć w tak jawne znaki z Niebios?!
  Sąsiadka opuściła mój dom wielce zdegustowana moją niewiarą. Pewnie pobiegła ze swoją wieścią o cudzie do bardziej wierzących. A niech biega. Co mi tam!

Szczerze mnie śmieszą ludzie, tzw. „łowcy cudów”, którzy gdzieś coś zobaczą na jakimkolwiek obiekcie, drzewie, polu, łące, niebie, ba, nawet na ścianie domu, czy szybie… coś, co przypomina im taką czy inną postać z chrześcijańskiego panteonu z namalowanego obrazka gdzieś wcześniej widzianego, i natychmiast wrzeszczą: „cud, cud, stał się cud!”… A potem pielgrzymki naiwniaków ciągną w te miejsca i modlą się do jakieś tam plamy, zacieku na ścianie, czy drzewa, jak do świętego, w przekonaniu, że to jakiejś znak od Boga. A takich naiwniaków jest od groma i ciut, ciut. Starcza na wiele, wiele pielgrzymek. Przykład? No chociażby w Warszawie, bodajże 2 lata temu, na tyłach ulicy Lechickiej na warszawskim Okęciu, na podwórku szkolnym, pewna kobieta dostrzegła na pniu drzewa zaciek przypominający wizerunek Matki Boskiej Częstochowskiej, no i wszem i wobec ogłoszono cud. Tysiące ludzi z modlitwą na ustach ciągnęło później w to miejsce, jak do sanktuarium jakiegoś co najmniej. Jeszcze jeden przykład: Dużo wcześniej, kiedy jeszcze w Polsce mieszkałam, w Przasnyszu, na szybie jednego z domów ukazało się coś, co przypominało ludzką figurę. Przyjeżdżały pod dom tysięczne tłumy. Ludzie siedzieli, śpiewali nabożne pieśni i wpatrywali się w plamę na ścianie. Jedni widzieli na szybie Matkę Boską z dzieciątkiem Jezus, inni Matkę Boską bez dzieciątka, jeszcze inni zaś samo dzieciątko. Ktoś inny Jezusa, ale już nie jako dzieciątko... I jeszcze inni - św. Antoniego. Palili świece, składali kwiaty. Cała sprawa skończyła się tak, że szybę z okna wyjęto i w procesji zaniesiono do lokalnego kościoła.

Takie przykłady można by mnożyć. Co jakiś czas polskie miejscowości ogarnia zbiorowa histeria tego właśnie typu. Kościół oficjalnie odcina się od takich objawień. Boi się kompromitacji. Czasem jednak i księży ponosi fantazja, nawet tych wysoko postawionych. Świadczy o tym chociażby historia z ogniskiem na wzgórzu Matyska w Beskidach, zorganizowanym z okazji drugiej rocznicy śmierci papieża Jana Pawła II. Przy ognisku jeden z uczestników tego spotkania, robił zdjęcia swoim nowiusieńkim aparatem cyfrowym, i kiedy potem przeglądał zrobione zdjęcia na podglądzie, na jednym z nich, dopatrzył się, że płomienie ułożyły się w kształt przypominający sylwetkę papieża. Och, jaką karierę zrobiło później to zdjęcie. Ha, sam kardynał Dziwisz pojechał z nim do Rzymu. A tam całą sprawę nagłośnił dziennik "Corierre della Sera". Podchwyciły to też i zagraniczne media. No i znów cały świat miał ubaw po pachy. A w Polsce znalazło się oczywiście wielu takich, co uznali to za afront i godzenie w wiarę chrześcijańską, ba, nawet w polskość.
  Uważam, że wszystkie tego typu rzeczy, określane mianem cudu, to najzwyklejsza profanacja wiary. Bo dlaczegóż by którykolwiek ze świętych miałby się w tak prymitywny, kiczowaty sposób objawiać? Czy nie wybrałby godniejszej siebie, swojej świętości możliwości?

   Nie ukrywam, ja też jako dziecko, uwielbiałam doszukiwać się w czymś jakiś skojarzeń, podobieństw do różnych rzeczy. Na ten przykład z lubością obserwowałam niebo, zwłaszcza zachmurzone. Och, jakżeż moja wyobraźnia wtedy pracowała. Na wysokich obrotach. Cóż za postacie na niebie widziałam… A jakież wspaniałe sceny rozgrywające się między nimi. Istna pantomima. W płomieniach ognia też wiele widziałam. Zaś dźwięki strzelających w niebo iskierek moje wizje dodatkowo wzbogacały. Wiele widziałam również w promieniach słonecznych, wodzie, cieniu, rozlanym mleku, fusach po kawie, w czymkolwiek, nawet w kozich bobkach, jak tylko miałam na to ochotę, albo takową potrzebę by coś zobaczyć. Ale wszystko to na użytek li tylko mojej własnej wyobraźni... Zaraz, a lanie wosku w andrzejkowy wieczór chociażby jeszcze. O, to też była frajda i zabawa dla mojej wyobraźni. Tak, frajda i zabawa. Nic poza tym. Tylko naiwniak może uwierzyć w coś więcej.

  Życie pokazuje jednak, że jest wiele ludzi, którzy, i dla ducha, i dla ciała, bardzo potrzebują różnych cudów. Wierząc w nie, łatwiej im jest żyć. No to niech mają te swoje cuda, skoro tak… Ale niech nie wciskają ich "prawdziwości" innym.
  Bo tak po prawdzie, uważam, że wiara winna być osobistą sprawą każdego człowieka… I każdy powinien ją w sercu nosić, a nie jak paw się nią obnosić. Śmiem wątpić, czy ci, co tak postępują, wierzą prawdziwie.

HKCz
8.08.2009

Nie każdemu można radzić

Ależ mi rola przypadła dzisiaj. Powiernika… E tam, gorzej, spowiednika. I to zupełnie bez mojej woli. Po prostu zmuszona zostałem do tej roli. Siłą rzeczy. Albo raczej siłą potrzeby bliźniego. Za konfesjonał, mi, jako spowiednikowi, i bliźniemu, jako grzesznikowi, służyła poczekalnia u lekarza pierwszego kontaktu. Czekałam tam sobie spokojnie, by oddać krew do badania. Taka tam rutynowa kontrola jakości krwi i wszystkich jej składników. Wtedy przysiadła się do mnie znajoma, którą poznałam właśnie w tej przychodni lekarskiej, i z którą właściwie nic mnie nie łączy, prócz tego, że obydwie jesteśmy z Polski. No i czasem przy każdym tego typu spotkaniu trochę sobie pogawędzimy na różne tematy.
O, jak to dobrze, że panią widzę — ucieszyła się na mój widok. — Właśnie o pani myślałam.
To miło z pani strony, że pani o mnie myśli — uśmiechnęłam się wesoło.
No bo pani zawsze taka miła i radosna, więc pomyślałam, że może to właśnie pani mi będzie mogła pomóc.
Tak, a w czym? Jeśli zdołam, to z chęcią — rzekłam.
Bo wie pani, mam problem z mężem.
W małżeństwie tak bywa — powiedziałam zgodnie z prawdą. — A co się stało? Rozchorował się?
A gdzież tam! Zdrów jak ryba… Tak bardzo zdrów, że stać go było nawet na karczemną awanturę. Właśnie wczoraj taką mi w domu urządził.
Ojej, to przykre… to znaczy… chciałam powiedzieć, przykra ta awantura, bo że zdrów, to świetnie — zająknęłam się, bo już wyczułam, co przyjdzie mi wysłuchiwać.
No właśnie, a awanturę mi zrobił, bo dorwał się do mojej korespondencji mailowej. Proszę sobie wyobrazić, że niby taki niekumaty i na komputerze się nie zna, a otworzył całą moją pocztę elektroniczną.
I coś mu się w niej nie spodobało? — udałam naiwną.
A tak, listy z takim jednym moim kochasiem z lat szkolnych. Bo wie pani, ja od przeszło roku koresponduję z moim byłym chłopakiem ze średniej szkoły… To dzięki „naszej-klasie” odnowiłam z nim kontakt. I nie będę ukrywać, że bardzo mnie to cieszy. Bardzo lubię Stacha. Tak ma na imię. I nie mam zamiaru przestać z nim korespondować. Mało tego, chcę się z nim spotkać, jeszcze tego lata. A ten mój wspaniały małżonek miał o tym nie wiedzieć. Bo i po co? Jeszcze by go na jakieś zazdrości na stare lata wzięło i zacząłby się nade mną pastwić... Albo co. Bo wie pani, ja tam chcę w domu mieć spokój, ale też nie pozwolę sobą rządzić. Chcę się ze Stachem spotkać, i się spotkam... I już!
To może niech go pani zaprosi do was do domu? — dalej brnęłam w naiwność.
No co też pani! — znajoma aż podskoczyła z wrażenia. — Mój mąż chyba by mnie poćwiartował.
Ze zgorszoną miną zaczęła mi opowiadać przebieg całej awantury z mężem, by nagle szybko zmienić minę na anielską i ze szczegółami opowiedzieć jak to bosko było kiedyś z jej Stachem, i jak też bosko jest teraz, korespondując z nim, i jakże bosko może być z nim w realu. Wreszcie mina jej zrzedła, zastanowiła się na moment, i dalej nadawała:
Nie, o nie, to nie jest dobry pomysł, by go zapraszać do mnie do domu. Coś innego trzeba wymyślić… Coś takiego, by i wilk był syty, i owca cała... Ale co? No właśnie, myślałam, że mi pani poradzi. Pani jest taka mądra i zawsze na wszystko ma dobrą radę. Proszę, niech mi pani…
O nie, w takiej sprawie to ja pani niestety poradzić nie mogę — weszłam jej w słowo i westchnęłam zupełnie już zdegustowana jej opowieścią, a zwłaszcza prośbą. — Proszę mnie zrozumieć. Mnie w żadnym wypadku nie wolno ingerować w sprawy małżeńskie… i poza… Zresztą, pani sama najlepiej musi wiedzieć, czy utrzymując kontakt z pani chłopakiem z lat młodzieńczych nie zniszczy pani swojego małżeństwa… I czy to w ogóle warto aż tak ryzykować, skoro już pani wie, że mężowi się to nic a nic nie podoba? Proszę się nad tym dobrze zastanowić.
Zaraz, zaraz… to pani uważa, że to, że ja chcę jeszcze coś w życiu przeżyć jest nie w porządku? — prychnęła, robiąc wielkie oczy.
A nie, ja wcale tak nie uważam. Do wspaniałych przeżyć każdy ma prawo… To oczywiste. Sęk w tym, by przeżywając te wspaniałe chwile, nikogo przy tym nie zranić.
I tylko tyle ma mi pani do powiedzenia? — wycedziła z bardzo zawiedzioną miną. — Trudno! Będę musiała sama sobie jakoś poradzić.
A tak, w takiej sprawie tylko sama — odpowiedziałam, starając się uśmiechnąć.
Cóż, widać że dobra rada jest dla niektórych czasem nie w smak. Na szczęście nie musiałam dłużej wysłuchiwać znajomej, bo nagle, szczęściem dla mnie, pielęgniarka wezwała mnie do laboratorium.

No i proszę bardzo, jak to twórcy „naszej-klasy” zmieniają ludziom życie. Jedni ich wychwalają pod niebiosa, bo dzięki nim odnowili stare kontakty, odnaleźli rodzinę, ba, nawet nawiązali kontakty z rodziną o istnieniu której wcześniej pojęcia nie mieli. A inni, niestety, przeklinają ich na czym świat stoi, bo przyczynili się do zrujnowania ich związków małżeńskich. A takich przypadków jest bardzo dużo. Wiele o takich czytałam. Wiele słyszałam. Kilka lat temu napisało mi się nawet satyrę w tym temacie. Do napisania jej zainspirowała mnie wtedy opowieść mojej przyjaciółki z Polski. Opowiedziała mi historię swojej kuzynki. Historię, która zaczęła się podobnie jak tej mojej znajomej z przychodni lekarskiej, a skończyła się bardzo dramatycznie. Przede wszystkim dla niej samej. Ot i proza życia… z „naszą-klasą” w tle.


Ofiara Internetu

Pewnej emerytowanej niewieście
Życie ciągnęło się nudnie…
Każdego dnia łaziła po mieście,
Rozrywki poszukując żmudnie.

Oprócz dziennych zakupów,
Przyjemności nie znajdywała…
Mimo że z ogłoszeniowych słupów
Wszystkie treści wyczytywała.

Daremna była taka lektura,
Wszak nic się nie wydarzało...
Przyszłość jawiła się jej szarobura.
Wszystko się przeciw niej sprzysięgało.

Ciągle marzyła jednak skrycie,
By coś się nareszcie stało,
Co by odmieniło ponure jej życie,
Ukoiło znużoną duszę i ciało.

Raz w sklepie podsłuchała
Opowieści pewnej kobiety…
A ta niczym trajkotka gadała,
Jak czerpie do życia podniety.

Do domu wracała uskrzydlona,
Tyle jej dał kobiety „wykład”...
Wręcz była nią zachwycona,
Zamierzała wziąć z niej przykład.

Już w drzwiach mężowi oznajmiła,
Że jeszcze dziś kupi komputer…
A była dla niego bardzo miła,
Wiedziała, że jego marzeniem jest skuter.

Męża jej pomysł nie uszczęśliwił…
Zrezygnował jednak ze skutera,
Bo też z natury był spolegliwy,
I strasznie nie lubił, kiedy żona gdera.

Przed komputerem wnet się usadowiła
I poczęła serfować po Internecie…
Wszak stałe łącza też wykupiła,
By za darmo bywać na świecie.

Na komputerze się wcale nie znała.
Poduczyli ją ci, co go jej podłączali.
Co najważniejsze sobie zapisała
I taką oto komputerową wiedzę miała.

Wreszcie dotarła do „naszej-klasy”…
Szczęśliwie udało się jej zarejestrować,
A tam czekały na nią klasowe ananasy,
Z którymi zaczęła korespondować.

Ze swą klasową pierwszą miłością
Korespondowała najczęściej…
Och, jakże jej było ogromnie miło,
Że w Internecie znalazła szczęście.

Wkrótce ich miłość od nowa odżyła,
Zaczęli się spotykać w realu…
Ona jak młódka z miłości szalała,
Czuła się jak na niekończącym się balu.

Niczym młoda pannica zaczęła się stroić,
Specjalnie też schudła dla ukochanego.
Robiła wszystko, by swe żądze ukoić,
Nie bacząc na męża zdradzanego.

Za pantoflarza Dulskiego zawsze go miała,
który się też niczym nie interesuje.
Przy nim trwać jednak dalej zamierzała,
Wyłącznie z wyrachowania swojego.

Kiedy z ukochanym na urlop pojechała,
Ich miłosne listy zostały w komputerze,
Bo też jak je usunąć — nie wiedziała,
Nie znała się przecież na komputerze.

A że w życiu niestety tak często bywa,
Że ciągnąć dwie sroki za ogon się nie da,
I jej sytuacja okazała się być zdradliwa,
Bo kiedy wróciła — czekała ją bieda.

Nie taki znów Dulski jej mąż się okazał,
Bo też jej skrzynkę mailową przeglądnął całą,
Po czym w domu zamki wymienić nakazał,
I ją zostawił — okrywając niesławą.

Poczuła się wtedy na wskroś zdradzoną,
Nieutuloną w bólu ofiarą Internetu…
No bo jak to, dlaczego właśnie ona?!
Mąż przecież nie umiał korzystać z netu.

Życie się jej wywróciło do góry nogami…
Zrozumiała, że już nie uniknie płacenia,
Za przyozdobienie męża rogami,
Jak i za swą niechęć do samokształcenia.


HKCz
(3.08.2009)