środa, 14 marca 2018

Wakacyjna amazonka

(Z cyklu: - Wspomnienia - fragment mojej autobiografii oraz jeden z wątków, który rozwinęłam w powieści pt. „Szalone Wakacje”


W dzieciństwie i wczesnej młodości, niemalże każdego roku, wakacje spędzałam na wsi u mojej cioci Rózi. Kuzynki ojca. Kochałam ten mój beztroski, wakacyjny czas spędzany w jej ogromnym domu na wzgórzu. Uwielbiałam budzić się w nim co rano skoro świt, siadać na parapecie okiennym w moim pokoju na pierwszym piętrze, i wdychać tamtejsze cudownie rześkie powietrze. Uwielbiałam też nasłuchiwać szumu wartkiej górskiej rzeki, Białej Lądeckiej, płynącej u podnóża wzgórza, na którym stał jedyny, i jakże ogromny, przedwojenny dom mojej cioci. Wielką przyjemność sprawiało mi też dobiegające z podwórza gdakanie, pianie, gęganie, kwakanie, muczenie, kwiczenie, rżenie, miauczenie, szczekanie… Czułam, że żyję! A potem wiejskie śniadanie w dziwnej kuchni na dni powszednie, do której przechodziło się przez stajnię, gdzie rezydowały dwie krowy i jeden koń, a właściwie klacz Kasztanka. W stajni, jak to w stajni, zapach był zawsze, no powiedzmy… taki sam, ale zapach ten wcale mi nie przeszkadzał. Wręcz przeciwnie, zawsze uważałam, że ma swój urok. Mało tego, stał się nawet bardzo istotny dla mnie, bo nie bez powodu do dziś dnia pamiętam jego specyficzną woń. Wszak to woń z moich wspaniałych, młodzieńczych wakacji. To bardzo miły zapach. Serio! A śniadanie? Pierwsza klasa! Typowo wiejskie i bardzo zdrowe. Uwielbiałam zwłaszcza pachnący kwieciem miód z pasieki wujka, która w składzie dziesięciu uli, znajdowała się w ogrodzie, tuż przy oknach kuchni. A po śniadanku, hulaj dusza! Po łąkach, po pastwiskach, po lasach, po dwóch rzekach, i Białej Lądeckiej i Nysie Kłodzkiej, a potem już tylko po Nysie, bo w Pilczu właśnie Biała wpada do Nysy. Cudowne to miejsce. Czysta, niczym niezmącona natura.
Ze zwierząt ciocinych najbardziej kochałam Kasztankę. Kiedy tylko przychodził czas na jej pojenie w Białej, pędziłam po nią do stajni by móc na jej grzbiecie ze wzgórza do rzeki ją sprowadzić. Pamiętam, że na początku trochę się bałam, ale żem uparta jak łosioł, strach szybko pokonałam i codziennie Kasztankę do wodopoju sprowadzałam. Dumna jak paw siadałam na oklep na jej grzbiecie i powoli schodziłyśmy w dół. I choć zawsze po takiej jeździe nogi w kroku mnie bolały niemożebnie, bo też Kasztanka miała nie tylko zad szeroki, to jednak frajdę miałam za każdym razem niesamowitą. Łydki też mnie często bolały, bo gdy okrakiem siedziałam na niej, schodzącej ze wzgórza w dół, to właśnie łydkami musiałam się trzymać najbardziej. A brzuch Kasztanki był napęczniały, oj, bardzo. Ale to nic, bo przynajmniej był miękki. Palce mnie też bolały niczego sobie, bo i jej długiej grzywy kurczowo się trzymałam. A włos koński jest przecież sztywny i ostry. Czasami aż do krwi miałam poprzecinane palce. Ale to wszystko nic! Trzymałam się wytrwale, bo inaczej, zjechałabym z jej grzbietu jak po równi pochyłej… A potem jeszcze i ze wzgórza na łeb na szyję, i sturlałabym się w końcu wprost do rwącej rzeki. Mój wysiłek owocował cudownym uczuciem. Czułam się niczym amazonka na rączym rumaku. Raz jednak, to moje cudowne uczucie, zostało brutalnie przerwane, a moje rozpalone lica, z nagła schłodzone zimną wodą. Ba, nie tylko lica. A było to tak: Pewnego wieczoru, sprowadziłam Kasztankę do rzeki, jak zwykle, pięknie i spokojnie. Mój kuzyn Rysiek (syn cioci Rózi) biegł za nami. Kiedy Kasztanka przednimi nogami po pęciny stała już w rzece i spokojnie siorbała sobie wodę, Ryśkowi coś do łba strzeliło i trzasnął ją znienacka w zad. Kasztanka się spłoszyła i wstrząsnęła łbem tak mocno, że ja, jak wystrzelona z katapulty, przeleciałam przez jej łeb i wylądowałam w połowie rzeki. Z lotu pikującego nie pamiętam nic. Dopiero lądowanie mi się utrwaliło w pamięci, bo lodowata woda otrzeźwiła mnie od razu. Wody się opiłam, dupsko strzaskałam i… myślałam, że to już mój koniec. Ależ musiałam mieć spłoszoną minę! Co się potem działo, trudno opisać. Dość powiedzieć, że Rysiek spłoszył się jeszcze bardziej niż ja i Kasztanka razem wziąwszy, i w takim stanie spłoszenia, trwał już do końca dnia. Z tym, że momentami owy stan mu się pogłębiał, zwłaszcza wtedy, gdy na niego popatrzyłam. A patrzyłam znacząco, o tak! No a co! Żeby takie durnowate pomysły mieć. A i Kasztanki było mi szkoda, bo pewnie poczuła się winna, iż znów przez nią człowiek cierpi. Znów, bo też niedaleko jak parę miesięcy temu, przytrafiło jej się, niechcący ma się rozumieć, odgryźć małego palca Zbyszkowi (drugiemu synowi cioci Rózi). A tylko dlatego, że ten jołop podawał jej marchewkę do pyska nie tak jak trzeba. Ja tam żalu do Kasztanki nie miałam. Bo jakaż tu jej w tym wina, że wstrząsnęła łbem? Ale że pewna nie byłam, czy ona to rozumie, zła byłam na Ryśka podwójnie.

Prawda, że śliczna ta Kasztanka?


Często wspólnie z kuzynem Ryśkiem ujeżdżaliśmy Kasztankę na pastwisku.

PS
Przy okazji tych moich wspomnień z „jazdy konnej” w młodzieńczych latach, przypomniało mi się jeszcze o innej historii z koniem w tle. Otóż przypomniało mi się, że kiedy w dorosłym już wieku, po ciężkich przeżyciach rodzinnych, wypoczywałam w sanatorium w przepięknym zamku w Mosznej, obok którego była ogromna stadnina koni, miałam zaplanowaną naukę jazdy konnej przez zawodowego instruktora jazdy. Przyznam, że trochę nielegalnie, ale co tam, wtedy w Polsce wszystko było możliwe. Niestety, nauka jazdy konnej nie doszła do skutku, ponieważ okazało się, że dzień wcześniej, późnym wieczorem, aktorka Elżbieta Panas, która grała w filmie ”Lubię nietoperze” (reż. G. Warchoła), i którego planem filmowym w tamtym czasie był właśnie zamek, samowolnie puściła się koniem galopem i spadła z konia, łamiąc sobie nogę. Ależ wtedy była afera! Nie dość, że instruktor mało z pracy nie wyleciał, to jeszcze aktorka ta, na drugi dzień, miała grać akurat scenę miłosną z Grabarczykiem w naszej przyzamkowej oranżerii. Czy zagrała? Napiszę o tym w następnym wpisie.

Jako ciekawostkę zdradzę, że na prośbę reżysera Warchoła sama statystowałam w tym filmie nieco. Z tego też względu, miałam okazję poznać całą ekipę filmową i wiele, bardzo wiele się o niej dowiedzieć. Zwłaszcza o aktorkach i aktorach. Zaprzyjaźniłam się tam też z Majką Piwońską, solistką grupy "Trzeci Oddech Kaczuchy.

HKCz
27.02.2011

niedziela, 4 marca 2018

Nie tak łatwo kochać księży

Z powodu moich przeżyć z dzieciństwa, a i późniejszych również, zwłaszcza z okresu dzieciństwa moich dzieci, do dziś dnia nie pałam szczególną miłością do księży. W poniższym wspomnieniu pt. „Pożegnanie PapieżaJana XXII” (<kliknij), tylko musnęłam ten temat, i to na wesoło, a mogłabym mnożyć swoje przeżycia z księżmi w tle. Nie będę ich jednak opisywać, gdyż są bardzo nieprzyjemne, nadmienię tylko, że po pewnej lekcji religii, moja córeczka wylądowała na kilka dni w szpitalu - z powodu księdza-katechety. To, co przeżyłam za przyczyną księży (i nie tylko ja), utwierdziło mnie w przekonaniu, iż księża na żadną szczególną miłość nie zasługują, tylko dlatego, że sutannę noszą. Są takimi samymi ludźmi jak każdy z nas. Są i dobrzy, i źli. Niektórzy nawet bardzo źli. Wielu z nich ma skłonności do megalomanii, egoizmu, krzykliwej wręcz próżności, pieniactwa, chamstwa... ech, chyba lepiej zaprzestanę tej wyliczanki do czego jeszcze ci „wielebni” skłonności mają, bo są to niemiłe słowa. Dodam tylko, że oni sami, przy tych wszystkich swoich człowieczych ułomnościach, czują się nad wyraz nietykalni. Zwłaszcza ci w hierarchii wyżej postawieni. Do tego pławią się w przepychu i bogactwie i nie bardzo ich interesuje bieda ich owieczek. Owieczkom swoim wciskają kit o życiu w skromności, umartwianiu się, i tak je sobie "urobili", że te, choć czasami i na chleb nie mają - na tacę rzucają.
Nie kocham księży miłością szczególną pewnie też i dlatego, że generalnie nie lubię pośredników między mną a kimś tam, albo czymś... Bo jak już gdzieś coś, to ja sama. Sama bezpośrednio uczestniczę... albo wcale. Nie potrzeba mi w osobach księży - żadnych pośredników. Bo i po co, skoro ogólnie nie mam o nich dobrego zdania. Tym bardziej ostatnio, od kiedy media (niemalże codziennie) coraz dobitniej odsłaniają ich marność, podłość, nikczemność, obłudę, i co gorsza - zboczenie. Historia zresztą też nie najlepiej - w wielu przypadkach - o nich mówi. Drażnią mnie wręcz ci tzw. (przez samych siebie) „Pasterze”, napuszeni i wyfioczeni w drogich szatach... A ja nie jestem potulną owieczką, i owczego pędu nie lubię... i to w żadnym wydaniu. Mam szacunek do tych księży tylko, którzy żyjąc skromnie, pomagają biednym i schorowanym ludziom. Tacy księża rzeczywiście tworzą wymierne dobro.
W dzisiejszym świecie, niestety, to i nawet wśród najwyższych hierarchów kościoła, niewielu zasługuje na uznanie i miano autorytetu. Dla mnie, z tego „klanu duszpasterzy” - we współczesnych nam czasach - niezaprzeczalnym autorytetem, człowiekiem przez duże „C”, był i jest Karol Wojtyła, i to wcale nie dlatego, że był Papieżem, a dlatego, że był po prostu Dobrym Człowiekiem.


Pytanie do pana
w sutannie

            

Wielebny panie w sutannie,
prawym żeś człowiekiem...
czy jeno swe złe oblicze
chowasz  pod tym przebraniem?


HKCz
(22.09.2010)

Pożegnanie Papieża Jana XXIII

(Z cyklu: "Świat oczami dziecka" — fragment "Narzuconej autobiografii Halszki")

Wielkich ludzi, kiedy odchodzą, żegna się zawsze z wielką pompą. To zrozumiałe. Jest to bardzo potrzebne tym, co pozostają. Bo umarłemu, to nawet kadzidło już nie pomoże.
Pamiętam, że kiedy 3 czerwca 1963 r. zmarł Papież Jan XXIII, żegnali go katolicy w kościołach na całym świecie. Tak przynajmniej meldował nasz ksiądz proboszcz. Ja też żegnałam. Chociaż nie powiem, żebym aż tak bardzo świadoma była tego żegnania. No bo i czemu miałabym być? Człeka nie znałam i nie za wiele rozumiałam, jakie to wielkie dobro dla nas maluczkich po sobie pozostawił. Wprawdzie ksiądz proboszcz coś tam o Papieżu na lekcji religii wspominał, ale nie za bardzo to do mnie przemawiało. A może ksiądz się zbytnio do tego wspominania o zmarłej głowie kościoła katolickiego nie przykładał? No nie wiem, ale koniec końców, Papieża też żegnałam. I to z wielkim przejęciem... i na miarę moich możliwości. A że miara moich możliwości była niczego sobie, nasz proboszcz nie omieszkał mnie dodatkowo wykorzystać... do żegnania Papieża ma się rozumieć.
Po lekcji religii zrobił naszej klasie zbiórkę pod kościołem i wyznaczył kilku chłopaków do bicia w dzwony na część zmarłego Papieża. Do cogodzinnego bicia, aż do godziny 20-tej. Po krótkim namyśle, wyznaczył i mnie. Ku mojej ogromnej radości. Ale nie byłby sobą, gdyby na nas na zapas nie nawrzeszczał:
Tylko mi tam na górze nie rozrabiać — z groźną miną wskazywał na dzwonnicę. — Bo wam zęby powybijam!
Wrzeszcząc o wybijaniu zębów, patrzył tylko na chłopców, na mnie nie. Dopiero na odchodnym na mnie popatrzył i huknął:
A ty uważaj, abyś sama sobie zębów nie powybijała, bo masz ładne, i szkoda by było.
Ha! — pomyślałam sobie. — No jasne, że szkoda by było. Wiem, że mam ładne. Pan dentysta już mi to wcześniej mówił.
Kiedy proboszcz się wreszcie oddalił, natychmiast wdrapaliśmy się na dzwonnicę. Najpierw po schodkach, potem po drabinie, i pod trzema dzwonami (jednym dużym i dwoma małymi) z zegarkiem w ręku wyczekiwaliśmy z biciem w dzwony na okrągłą godzinę. I tak co godzinę żegnaliśmy Papieża. A żegnaliśmy jak się patrzy! Z pełnym oddaniem i zaangażowaniem. Przez piętnaście minut waliliśmy trzema dzwonami… aż w uszach dzwoniło. A ile sami mieliśmy przy tym... ciiiii!... bo się wyda!... Eee tam, co będę ukrywać, że radochy mieliśmy... że łoo matko! Bo też zrobiliśmy sobie przy okazji wspaniałe zawody: kto na linie największego dzwonu dalej wyleci przez otwór okienny, raz z jednej strony dzwonnicy, raz z drugiej. Najpierw we czwórkę dzwon rozbujaliśmy, a potem już fruuu!... Każdy po kolei fruwał w powietrzu, utrzymując tym samym serce dzwonu w ruchu by bił należycie. Ależ to była frajda!
Kiedy już po raz trzeci skończyliśmy walić w dzwony i schodziliśmy z dzwonnicy, kłócąc się między sobą, komu tym razem udało się dalej pofrunąć, z dołu usłyszeliśmy nagle tubalny głos proboszcza:
A wy co tam wyprawialiście?! — wrzeszczał. — I to ty, dziewczyna, i też masz takie durne pomysły?! Chcesz sobie zęby powybijać?! A mówiłem, nie rozrabiać! Już ja wam pokażę! Złazić natychmiast!
Okazało się, że akurat mnie fruwającą proboszcz z dołu przyuważył, kiedy przechodził placem przykościelnym. O rany, ale byłam wkurzona na niego. Raz, że mnie przyłapał, a drugi raz, że miał takie mniemanie o mnie. Co on sobie myśli, że z melepetą ma do czynienia? Co to dla mnie takie tam fruwanie na wysokościach? Przecież na drzewach i dachach wyćwiczona jestem. Jednak po czasie, i zastanowieniu, musiałam proboszczowi wybaczyć i jedno i drugie, bo też szczerze przyznać musiałam, że i tak potraktował mnie ulgowo. W końcu więcej na mnie nie wrzeszczał, ani też ściętaka w moją szlachetną główkę nie wymierzył. Chłopcom zaś, za to samo, oberwało się, że ho, ho! Zbeształ ich jak święty Michał diabła i wykonał po parę solidnych ściętaków na ich łepetynach. Aż świstało! Trudno mi pojąć, dlaczego mnie tak ulgowo potraktował. Może dlatego, że miał respekt przed moim Ojcem? Coś mi się tak wydaje, bo tyle to już pomiarkowałam, iż nasz wielebny ksiądz proboszcz ma pietra przed osobami zajmującymi jakieś tam wyższe pozycje w naszej małomiasteczkowej społeczności. No i nie cykor? Cykor jak nic! Ale za to ja i chłopaki cykorami nie byliśmy, bo gdy tylko gosposia wezwała proboszcza na kolację, i przyszła pora na kolejne bicie w dzwony, znów zrobiliśmy sobie zawody. Mnie się wprawdzie nie udało tak daleko pofrunąć jak Frankowi, ale najgorsza też nie byłam. Ależ to była radocha, tak fruwać na wysokościach. Całe miasto było widać, i to z każdej strony. No ale przy okazji tego naszego fruwania też i wszystkie trzy dzwony waliły jak oszalałe. Bo gdy jedno z nas fruwało na linie największego dzwonu, utrzymując w ruchu jego serce, oczekujący na swoją kolejkę, nerwowo kołysali sercami dwóch mniejszych dzwonów. Tak że Papież Jan XXIII, gdzieś tam na wysokościach, na pewno był z nas zadowolony. A my dopiero!… A jeśli chodzi o moje zęby, to ksiądz proboszcz niepotrzebnie się obawiał. Te same zęby mam do dziś.
Niestety, ten czwarty raz był ostatnim razem naszego wspólnego fruwania... znaczy się — bicia w dzwony, ponieważ tym razem ja musiałam iść na „terminową” kolację. Wprawdzie po kolacji miałam zaraz wrócić pod kościół, ale okazało się, że moja Mama akurat wtedy kazała mi wyjść z moim malutkim braciszkiem na spacerek. Codziennie robiłam to bardzo chętnie, tym razem próbowałam zaprotestować. Za zadanie miałam przecież żegnać Papieża. Protestując, powiedziałam Mamie w czym rzecz, myśląc, że mnie zrozumie i zdejmie ze mnie obowiązek spacerku z braciszkiem. A Mama, zamiast zrozumienia, okropnie się wystraszyła i kategorycznie zabroniła mi nawet myśleć, że pójdę na dzwonnicę raz jeszcze. A grzmiała przy tym na księdza ile wlezie:
Jak ksiądz mógł takie małe dzieci wysłać same na dzwonnicę! Przecież to takie niebezpieczne. No coś takiego, bez wiedzy rodziców naraża nasze dzieci na takie niebezpieczeństwo! Jak on mógł? No jak on mógł?!
To i ja się wystraszyłam. Wprawdzie nie tego, że to takie niebezpieczne, bo co mi tam, ale tego, że Mama się na księdza aż tak bardzo zeźliła. Przez to też zabrakło mi odwagi, by powiedzieć jej o naszych zawodach i pochwalić się moimi osiągnięciami.
W końcu wyszło na to, że obie poszłyśmy do kościoła, popychając wózeczek z braciszkiem. Kiedy tam dotarłyśmy, chłopcy siedzieli już na murku i czekali na mnie. Mama kazała mi usiąść obok nich, wózeczek z braciszkiem podsunęła mi pod nos, a sama zaś poszła na plebanię do księdza proboszcza.
Nie wiem, o czym tam z nim gadała, ale fakt faktem, żegnać Papieża Jana XXIII już nie mogliśmy. Byliśmy bardzo, ale to bardzo zawiedzeni. No ale cóż było robić? Zakaz, to zakaz! 


Nasz ogromny Kościół z dzwonnicą...


Dzwonnica, jak dzwonnica, zazwyczaj jest wysoko.


Nie mieliśmy łatwo z naszym proboszczem. Proboszcz nie był lubianym księdzem. Był szorstki, ciągle niezadowolony, często zapijaczony. Czasami potrafił być bardzo wulgarny i agresywny. Zwłaszcza w stosunku do dzieci. Tłukł je po głowach czym popadło. Tłuczenie kluczem od zakrystii albo katechizmem było dla niego normalką. Mnie wprawdzie nigdy nie trzasnął, ale jakoś nie potrafiłam być mu za to wdzięczna. Szkoda mi zawsze było moich kolegów, których tłukł nagminnie. On sam zwykł wtedy wrzeszczeć, że to: — „dla profilaktyki”.

HKCz
18.09.2010

Moja mała Ojczyzna w zimowej szacie

Jeszcze tylko parę tygodni i przywitamy przedwiośnie. Pewnie każdy już marzy nie tylko o przedwiośniu, ale i o wiośnie. Nic dziwnego, wszak to najpiękniejsza pora roku. Ja też kocham wiosnę, ale i zimę lubię. Zwłaszcza w ostatnich latach, od kiedy mogę swobodnie korzystać z jej uroków. Niemalże codziennie jestem w bezpośrednim z nią kontakcie. Uwielbiam szczególnie poranne wędrówki (tudzież: biegi, marszobiegi) po zaśnieżonym lesie. Cudowny to czas. Do domu wracać się nie chce. Serio! Przy sobie mam zawsze moje kochane „pstrykadło” i co tylko zwróci moją uwagę, fotografuję… A potem, w domu, po raz wtóry podziwiam uwiecznione przez siebie obrazki.
Oto naście moich zdjątek z przedwczorajszej, wczorajszej i dzisiejszej wędrówki po mojej małej, zimowej Ojczyźnie:
To zdjątko pstryknął mi dzisiaj mój 4-letni Wnusio na naszym popołudniowym spacerku po pobliskich ulicach.


A oto i mój zastępca od „pstrykadła”. Cierpliwie czeka na babcię.


Schodzimy w dół naszej ulicy. Mojemu Wnusiowi tylko czapeczkę widać.


Z samego rana zasuwam piechotą na szczyt swojego „Olimpu”, czyli na najwyższą górę w naszym mieście o dość dziwnej nazwie, bo Ochsenberg, co znaczy w dosłownym tłumaczeniu: Góra Wołowa (pewnie już gdziesik o tym wspominałam).


Po drodze mijam najpiękniejszy dom w mojej okolicy… No przynajmniej dla
mnie jest taki.


To jest wejście do ogrodu tegoż pięknego domku.


Z poślizgiem, ale wspinam się coraz wyżej. Tu wyraźnie widać, w jakiej kotlinie mieszkam.


Taki sam widok, uchwycony dzień wcześniej i o jeszcze wcześniejszej porze, bo o brzasku.


Droga powrotna z góry… Słoneczko już coraz piękniej przyświeca.


Jestem prawie w połowie podejścia na naszą najwyższą górę, czyli mój „Olimp”. Zdjatko z wczoraj. Widać, że śniegu jeszcze więcej przez noc napadało.


Schodzę już ze szczytu góry, ale w kierunku przeciwnym do mojego domu. Na wprost, za tym cudownym, zimowym drzewem, widać małą karczmę.


To samo drzewo pokryte bajeczną szadzią uwieczniłam dzień wcześniej w cudowny, słoneczny poranek.


Po drodze widzę, że drwale, mimo siarczystego mrozu, pracują wytrwale… i nadal wywożą drzewo z lasu.


Moja przydomowa oaza spokoju – mój ogród. Pozjeżdżaliśmy trochę z Wnusiem „z górki na pazurki”… Tylko ślady po naszych „niby sankach” zostały.

Wiewióreczki, to bardzo częste goście w moim ogrodzie, ale rude, które w zimie zmieniają futerko na szare. Dzisiaj jednak, po raz pierwszy, odwiedziła mnie czarna wiewióreczka.
 HKCz
22.01.2010
 

Na pierwszej stronie kalendarza

Niestety, największe przyjemności mamy już za sobą. Święta Bożego Narodzenia minęły. Minął też i Sylwester i Nowy Rok. Zostało jeszcze tylko Święto Trzech Króli. Ale… ale to Święto, to tylko my tu w Niemczech pełniej obchodzić będziemy, wszak dzień ten jest tu od wielu lat w kalendarzu na czerwono zaznaczony. A co za tym idzie, jest dniem wolnym od pracy. I to mimo tego, że Niemcy, to kraj miszmaszu religijnego. Jednak każdy obywatel Niemiec, czy to katolik, czy ewangelik, czy buddysta, czy hinduista, czy muzułmanin, jak jeden mąż, w Święto Trzech Króli, świętuje. A w Polsce? A w Polsce, mimo, iż 95% obywateli, to katolicy (ponoć), Święta Trzech Króli - na czerwono niet. Aż wstyd! Było jedynie w latach 1952-1960, później czerwona zaraza zabrała i do dziś oddać nie chce. Tzn. może już nie zaraza, i nie czerwona, ale jakoś tak podobnie, bo choć wszelakie nazewnictwo ulegało zmianie, a i kolory również, to jednak w Polsce przez tyle lat szamotano się z tym tematem, i nadal się szamocze. Tak że niestety Polsko, w najbliższym czasie, żadnego więcej świętowania - z byczeniem się połączonego.
W styczniu, to jeszcze i 17- go jest święto w Polsce: Rocznica Wyzwolenia Warszawy. No tak, ale to święto nie jest już aż tak bardzo uroczyście świętowane. A ze względu na prawdę historyczną, która dopiero w wolnej Polsce mogła wyjść na jaw - coraz mniej. Bo cóż to za wyzwolenie stolicy dokonała Armia Czerwona, kiedy już jej same tylko ruiny i zgliszcza zostały? Skubany Stalin, wiedział co robi. Przez całe Powstanie Warszawskie w swoim parszywym interesie czekał aż Warszawa się wykrwawi… i klęknie na kolana. Czy to było więc wyzwolenie?
Za to u mnie, w Rodzince, od wielu lat, data 17 stycznia jest wielkim świętem. Otóż w tym dniu, po wielu koszmarnych, wcześniejszych turbulencjach i bardzo ciężkim w rezultacie porodzie, w 8 miesiącu ciąży, urodziłam moją pierworodną córeczkę. W tamtych latach, urodziny mojej córki, siłą narzuconej przez komuchów historii, zawsze kojarzyły mi się z wyzwoleniem, teraz już nie bardzo.

Wcześniej, bo 13 stycznia, świętować będziemy urodzinki mojego pierworodnego wnuka, który urodził się w dniu urodzin mojego od 38 lat nieżyjącego ojca. Tak że czekają mnie jeszcze bardzo miłe chwile w tym miesiącu. Aha, skoro już wspominam o moich styczniowych świętach, nie mogę nie wspomnieć, jak wesoło od czterech lat świętujemy Nowy Rok. Bo też akurat w Nowy Rok, i do tego w niedzielę, zapragnęło się mojemu najmłodszemu wnusiowi przyjść na świat. Że w niedzielę, to na pewno po babci. Jest nas w rodzince teraz dwoje - w niedzielę urodzonych. Ale w Nowy Rok urodzony, to mój wnusio jest jedyny. Rany, jak sobie przypomnę, co to było za zamieszanie w szpitalu w tym dniu. Dziennikarze, już grubo przed północą, tłoczyli się w korytarzu porodówki. Każdy chciał jako pierwszy zrobić zdjęcie pierwszemu w Nowy Rok urodzonemu obywatelowi w naszym okręgu, a także, aby móc przeprowadzić wywiad ze szczęśliwymi rodzicami. Chciałam w tym miejscu zamieścić zdjęcie jednej z gazet z moją ukochaną córcią, zięciem oraz nowiuśko urodzonym wnusiem, ale córka mi nie pozwoliła. Powiedziała, że wygląda na nich jakby ją walec przejechał. Muszę więc uszanować wolę mojej przewalcowanej podówczas córci. Wklejam za to zdjęcie z wczorajszych urodzinek naszego kochanego Nowego Roczka, które pstryknęłam w kulminacyjnym momencie.


No, kochany Nowy Roczku… głęboki wdech… i… pfuuuu!

OK, tyle na temat moich styczniowych świętowań, bo ja to jeszcze do Sylwestra wrócić chciałam. Nie, nie chciałam się chwalić, jak to ja niby w tym dniu balowałam. Nie! Bo tak po prawdzie, to ja już nie baluję w Sylwestra jak za dawnych lat. To ewidentna moja strata, wiem, bo ja wprost uwielbiam tańczyć. Ale że do tanga trzeba dwojga, przeto nie tańcuję… i nie baluję. Przyznam szczerze, że z tego akurat powodu, odczuwam brak partnera. Zaraz… a może przy okazji, w tym miejscu, strzelę króciutki anonsik w tej sprawie? Czemu nie? A co mi to szkodzi? Przecież to mój kawałek podłogi, i mogę tu wszystko... :D No to anonsuję!


A więc tak:

Gdyby jakiś elegancki, szarmancki Pan, z dużą dawką poczucia humoru, i choć trochę szalony, miałby, podobnie jak ja, potrzebę tańcowania, a brak by mu było partnerki, proszę się do mnie odezwać. A nuż będziemy mogli sobie gdziesik niezobowiązująco potańcować?

O, właśnie tak! Albo i jeszcze ładniej…

Koniec anonsu! ;)

Na masz, i znowu poszłam w tany nie z tym tematem, co chciałam. A chciałam z tematem wariactw sylwestrowych zatańczyć… o pardon… zacząć wreszcie. No dobra, zaczynam więc, i jak rzep psiego ogona, trzymać się go już będę do końca.

Nie wiem, jak komu, ale mi osobiście nie podoba się ta strzelanina, te huki, świsty, grzmoty, wybuchy… dookoła w noc sylwestrową. Same efekty wizualne na niebie, i owszem, bardzo mi się podobają. Ale ta kanonada? Okropność! No i do tego ten wszechobecny smród, wciskający się do domu, że przez wiele godzin okna otworzyć nie można, to przecież też okropność! A przede wszystkim, żal jest mi zwierząt, i tych domowych, i tych leśnych. Każdy, kto ma zwierzę w domu, z autopsji wie, jaki szok przeżywają. Nawet duże i odważne psy są potwornie wystraszone. Wiem, co mówię, bo miałam Dogga Arlekina, a on tak bardzo bał się tych huków za oknami, że ze strachu, jak malutkie dziecko, wciskał mi się na kolana, drżąc na całym swym ogromnym, pieskim ciele. O proszę, oto i on pewnego Sylwestra.


Ta fotka zrobiona jest jakieś 4 godziny przed godziną „O”, kiedy tylko pojedyncze wystrzały zniecierpliwionych sylwestrowiczów dochodziły z zewnątrz. Jednak mój Joker, był już wtedy bardzo przerażony. Nie odstępował mnie ani na krok… Bidulka moja kochana.

Gdybym była burmistrzem, zabroniłabym wszelakiemu tałatajstwu sprzedaży tych wszystkich rakiet, petard, sztucznych ogni, fajerwerków, a w noc sylwestrową, na koszt miasta oczywiście, zorganizowałabym dla całej okolicznej gawiedzi w odpowiednim, i jedynym miejscu, fajerwerkowy pokaz. Dzięki temu, zwierzętom oszczędziłoby się kilkugodzinnego szoku, a poniektórym sylwestrowiczom, zwłaszcza tym zapijaczonym, ostałyby się palce, dłonie, nietknięte twarze, ba, niektórzy by nawet i przy życiu pozostali. No i wreszcie, dzięki temu, nie byłoby potem tyle śmieci do sprzątania.

Tak wyglądały ulice z samego rana.


Nawet mi się z auta nie chciało wyjść by to „bydło” sfotografować. Zdjęcie jest więc niewyraźne, bo zrobiłam je przez szybę, jadąc. Ale tu, jest o tyle dobrze, że od samego rana jeżdżą „śmieciary” i sprzątają. Jest Nowy Rok, 8 rano, i za mną jedzie już ogromna „śmieciara” i wciąga w siebie wszystkie te pozostałości po nocnych wariactwach. No, przynajmniej z ulicy, bo na chodnikach, to każdy przy swoim domu sam musi posprzątać. Tak że to jeszcze musi trochę potrwać, zanim sylwestrowicze ściągną z łóżek swe umęczone ciała.


I pomyśleć tylko, ile to pieniędzy ludzie do luftu puszczają?! Czy nie lepiej byłoby pieniądze te przeznaczyć na bardziej szczytne cele? O, chociażby na pomoc dla biednych? Niechby tylko każdy ewentualny amator „wystrzałowego” Sylwestra 1 procencik tego, co wydaje na zakup tych wszystkich pirotechnicznych różności, wrzucił do skarbonki przygotowanej, no… np. przez Caritas… to iluż by to biednym, schorowanym ludziom udałoby się przeżyć?!

Trzeba nam wziąć przykład z Japonii. Tam nie było żadnych wystrzałów, żadnych eksplozji, żadnych fajerwerków, jedynie miliony baloników poszybowało do nieba, z przyczepionymi do nich życzeniami mieszkańców Kraju Kwitnącej Wiśni. Czyż to nie piękne przywitanie Nowego Roku? Myślę, że tak…A jakie ekologiczne!

HKCz
(2.01.2010.)

Primum non nocere

Parę dni temu w Wiadomościach TVP widziałam krótki reportaż z procesu lekarza, który został oskarżony przez innych lekarzy za stosowanie w swojej praktyce lekarskiej - homeopatii. Ależ byłam zaskoczona. Nawet nie spodziewałam się, że w Polsce homeopatia jest przez większość lekarzy napiętnowana. Chryste, a to co za zacofanie? Dobrze, że sąd, chociaż w tym przypadku, okazał się być niezawisły, i idąc z duchem czasu, wydał wyrok uniewinniający. Wprawdzie w uzasadnieniu wyroku nie przychylił się do tej metody leczenia, a jedynie uznał, że skoro oskarżony lekarz nikomu tą metodą krzywdy nie zrobił i żaden pacjent na niego skargi nie wniósł, to to, jest już wystarczającym dowodem na jego niewinność. Czy jest to wystarczające uzasadnienie? No, przynajmniej na tyle, że lekarz został oczyszczony z oskarżeń. Sąd przecież tak do końca na medycynie znać się nie musi.
Natomiast Szanowny Pan dr Konstanty Radziwiłł, prezes Naczelnej Rady Lekarskiej, po ogłoszeniu wyroku sądowego, dalej idzie w zaparte i twierdzi wszem i wobec, iż wyrok sądowy jest niesłuszny, gdyż stosowanie homeopatii jest niezgodne z etykietą lekarską, ponieważ naukowcy nie udowodnili jej pozytywnego działania. O masz, ot i tłumaczenie. A ileż to przeróżnych leków, których działanie nie do końca zostało potwierdzone przez naukowców krąży po aptekach i jest objętych farmakopeą? A ile jest szkodliwych? O tym, Szanowny Pan Prezes nie wspomniał.
Po Wiadomościach natychmiast skierowałam swoje kroki do komputera i poserfowałam nieco po Internecie. Koniecznie chciałam się czegoś więcej dowiedzieć na temat homeopatii w Polsce i opinii lekarzy na jej temat. No i dowiedziałam się, iż druzgocąca większość panów i pań w białych kitlach jest jej przeciwna. Przyznam, poczułam się zdruzgotana tym faktem! Bo też okazuje się, że większość lekarzy uważa homeopatię za oszustwo, za kpiny z medycyny. A lekarza stosującego tę metodę, odsądza się od czci i wiary, i posądza się go nawet o sprzeniewierzenie się przysiędze Hipokratesa. To jeszcze nie wszystko… Oni uważają też, że homeopatia nie jest skuteczniejsza niż placebo, czyli leki działające tylko dzięki sugestii... Noooo… Proszę Państwa, to przepraszam bardzo, to ja, na tenże przykład, jak na tacy podam przykład mojego 3,5 letniego Wnusia. Wspominałam już o tym w poniższym wpisie, że z grypy A/H1N1 został wyleczony właśnie lekami homeopatycznymi. Tylko. Bez żadnego antybiotyku. No niech mi teraz ktoś powie, że na takiego małego szkraba jakowaś forma sugestii zadziałała… Placebo! Też mi! Że na starego konia może zadziałać, to jeszcze uwierzę, ale nie na takie małe dziecko, które pojęcia nie ma o tym, że ma sobie coś wmawiać, i tym samym, wpłynąć na swoje zdrowie. A tak swoją drogą, to ja osobiście wolałabym, gdyby kiedyś, co nie daj Bóg, kiedy choróbsko mnie jakoweś rozłoży, to żebym dzięki placebo wyzdrowiała i nie musiała być chemią faszerowana. No jakoś tak mam, że wolę pozytywnymi myślami na siebie wpływać, aniżeli truć się jakimiś tam tabletkami… Póki co.
Na Zachodzie homeopatia jest od lat bardzo popularna i ma wielu zwolenników. Nie tylko wśród lekarzy, ale i pacjentów. Są nawet specjalistyczne 5-cio letnie studia medyczne kształcące lekarzy homeopatów. I to już od dawna.
Rozmawiałam niedawno ze swoim domowym lekarzem (pochodzącym tak jak ja z Polski), który oprócz medycyny konwencjonalnej, ostatnimi laty, coraz częściej stosuje również i homeopatię. Powiedział mi, że przed homeopatią wielka przyszłość. Że on nawet podjął zaoczne studia w zakresie homeopatii, aby poszerzyć wiedzę w tej dziedzinie i móc ją w szerszym zakresie stosować w swojej prywatnej praktyce.

***

Nie mogę pojąć, dlaczego ludziom aż tak bardzo brak tolerancji? I to w każdej dziedzinie życia. Dlaczego na każdą inność natychmiast robią huzia na Józia? Dlaczego obok siebie nie mogą funkcjonować różne poglądy, różne metody, różni ludzie? Wiem, wiem, w Polsce teraz demokracja… i to całą gębą, i każdy może sobie jęzor strzępić ile wlezie - na wszystko i na wszystkich. W demokracji nie tak łatwo poskromić ludzkie jęzory. Ale, do diabła, niechaj taki jeden z drugim przy tym chlastaniu jęzorem przynajmniej kalumniami nie ciska na innych. Wszak to łamanie podstawowych zasad demokracji… A to już przestępstwo.

***

Wracając do wspomnianego lekarza-homeopaty, zaryzykuję stwierdzenie… eee tam, nic nie będę ryzykować, powiem wprost: otóż uważam, że jego koledzy po fachu, wykańczając go psychiczne swoimi oskarżeniami, złamali jedną z naczelnych zasad etycznych w medycynie: - „Primum non nocere”. Mało tego, uważam też, że nie obawą przed szkodliwością homeopatii się kierowali, a obawą przed konkurencją. Ot i cała prawda! Bo przecież może tak być, że za parę lat się okaże, iż ta nasza wszechobecna chemia, która „żywi, leczy i ubiera”, jest dla zdrowia człowieka bardziej szkodliwa niż przypuszczano… Nastąpi wtedy przetasowanie i medycyna tzw. dzisiaj „niekonwencjonalna” — zwycięży. A z nią i homeopatia.
 

Homeopatia (z gr. homoiopátheia - podobna wrażliwość) istnieje już od końca XVIII wieku. Jej ojcem jest niemiecki lekarz Samuel Hahnemann, który w swojej nowej metodzie leczenia (nazwanej przez siebie właśnie homeopatią), przyjął główną zasadę: - „podobne należy leczyć podobnym”. A to przecież nic nowego, gdyż już sam Hipokrates w starożytności zwrócił na nią uwagę. No to więc jak? Czy stosowanie homeopatii jest sprzeniewierzeniem się przysiędze Hipokratesa, czy też nie? Co Wy na to, Szanowne Grono Lekarzy Polskich? Hahnemann`owi w ówczesnym czasie koledzy po fachu również rzucali kłody pod nogi, ba, nazywali go nawet szarlatanem. On jednak tym się nie przejmował i dalej prowadził swoje badania na ludziach (nie na zwierzętach, tej metodzie, ze względu na brak potwierdzeń reakcji psychosomatycznych, był przeciwny) oraz z powodzeniem ludzi leczył. Nawet sam Johann Wolfgang von Goethe został jego pacjentem. A kiedy w 1813 roku w Lipsku, gdzie mieszkał i pracował, wybuchła epidemia tyfusu, na szeroką skalę leczył chorych, podając im leki homeopatyczne. Odniósł wtedy o wiele lepsze rezultaty, niż jego koledzy stosujący metody ówczesnej medycyny uniwersyteckiej. Ten fakt skłonił innych lekarzy do zapoznania się z metodami Hahnemanna. Wtedy homeopatia zyskała na popularności. A dziś jest już bardzo popularna… Na Zachodzie. W Polsce nie. Niestety!

Potok nadziei


Kiedy wędrowałam dzisiaj po leśnych zakamarkach i natknęłam się na ten piękny potoczek, jakoś tak od razu skojarzył mi się - z nadzieją

HKCz
(12.12.2009)

Czas na rewolucję

Byłam dzisiaj w szkole. Nie, nie celem pobierania nauki. Moja edukacja, szkołami zorganizowana, już dawno temu raz na zawsze zakończona. Byłam w szkole u mojej wnuczki. Po to, aby zeszyt jej zawieźć, który wczoraj u mnie zapomniała po odrobieniu zadania domowego.
Wpadłam do gmachu szkoły, nie powiem, co nieco speszona, bo choć szkoła w Polsce była dla mnie miejscem pracy, to jednak już od przeszło 20 lat, od kiedy mieszkam w Niemczech, bardzo rzadko w szkole bywam. Chociaż nie, wcześniej, i owszem, bywałam u moich dzieci, ale to już też dawna przeszłość. No a zanim moje dzieci, dorobiły się dzieci, i ich dzieci poszły do szkoły, trochę czasu minęło. I teraz, w ostatnich latach, jak już zdarza mi się być w szkole, to jedynie na rozpoczęciu roku szkolnego moich wnuków. Wtedy, kiedy jest uroczyście i luźna atmosfera. W normalnym czasie pracy szkoły, bywam jedynie - pod szkołą, odebrać któreś z wnucząt. Natomiast dzisiaj, dzisiaj byłam po raz pierwszy w szkole, ba, nawet w samej klasie mojej wnuczki. W II klasie Grundschule, tzn. Szkoły Podstawowej.


Zdjęcie z zeszłego roku. Dzień rozpoczęcia I klasy mojej wnuczki.
My obie przy drugiej ławce.


Zapukałam do drzwi i weszłam. Z uśmiechem przywitałam się z panią wychowawczynią klasy i z dzieciakami. A podchodząc do biurka nauczycielki, wydukałam (po niemiecku oczywiście) po co przyszłam. Jednak to, co tam w klasie zobaczyłam, spowodowało, że mina mi szybko zrzedła. Moja wnuczka i jeszcze jeden chłopczyk siedzieli oparci rączkami o blat ławki i płakali. Otóż okazało się, że oboje zapomnieli zeszytów w domu i dostali burę od pani. Ja zdążyłam przywieźć zeszyt, wprawdzie nie tak całkiem w porę, bo już się mojej wnusi oberwało… ale jednak. Moja wnuczka na mój widok najpierw uśmiechnęła się przez łzy, a za moment rozpłakała na dobre. Nauczycielka się nieco speszyła tym faktem, ale w mig odzyskała rezon i swoim normalnym, niezbyt miłym głosem, powiedziała:
- Urwanie głowy z tymi dziećmi! Ciągle czegoś zapominają.
- Zapominać zdarza się nawet i dorosłemu - odrzekłam, siląc się tym razem na uśmiech. Bardzo żal było mi wnuczki. Jej płaczącego kolegi również.
- Dorosłym może, ale nie im… - fuknęła i gestem ręki wskazała na
klasę. - Ja ich uczę nie zapominać.
- A przecież niezapominania nie można tak do końca nauczyć, bo w życiu, jak to w życiu, mogą zaistnieć różne sytuacje, z powodu których, można to, czy owo, zapomnieć - nie dawałam za wygraną, bo wkurzała mnie jędzowata mina nauczycielki.
- Proszę mi tu rewolucji nie wprowadzać. To ja jestem nauczycielką… i wiem, co mówię! - Pani nauczycielka najwyraźniej coraz bardziej traciła nerwy.
- Rewolucji, to może wprowadzać nie będę, ale za to wyprowadzę moją wnuczkę z klasy, aby ją uspokoić. Szkoda mi jej. Nie chcę, aby płakała - powiedziałam spokojnym i stanowczym głosem.
Nauczycielka zrobiła bardzo niezadowoloną minę, ale ja już nawet nie czekałam, czy ona ma zamiar jeszcze coś dopowiedzieć, czy nie. Podeszłam do wnuczki, i spłakaną, wyprowadziłam z klasy.
No wiecie ludzie?! Co to za nauczycielka?! Co za zgorzkniały babsztyl?! Ja ją obserwuję już od początku szkoły mojej wnuczki, bo też często wnuczkę odbieram - spod szkoły, i widzę ją wtedy, jak wyprowadza dzieci do autobusu, gdyż część dzieci dojeżdża z innych dzielnic miasta. Jeszcze nigdy nie widziałam jej uśmiechniętej. Zawsze tylko krzyczy i burczy na dzieci.
W pewnym sensie byłabym nawet w stanie ją zrozumieć, bo też ma już swoje lata i z pewnością wiele zdrowia straciła w szkole… Ale… ale czy to tłumaczy jej tak mało pedagogiczne podejście do dzieci, nieustający brak humoru, i wręcz agresję? Taką, to nawet przy zwierzętach bym nie zatrudniała. Słyszałam, że wiele rodziców skarży się na nią, a dzieci jej nie lubią i boją się jej. Jednak z powodu chronicznego braku nauczycieli ona ciągle pracuje… czyli pastwi się nad dziećmi. Odreagowuje swoje frustracje, swoje dolegliwości związane z nadmierną tuszą, z podeszłym wiekiem… i sam Pan Bóg raczy wiedzieć, z czym jeszcze. Bo że ma ich od groma, to widać po jej ciągle zgorzkniałej twarzy.

Gdybym mogła, to słowo daję, wszystkich takich „z bożej łaski” nauczycieli powyrzucałabym na zbity pysk. Bo jakże to tak? Rodzice mogą się starać i mądrze, z sercem wychowywać swoje dzieci, a taki pseudo nauczyciel wpędza je w kompleksy i nerwicę? A gdybym tak mogła - jakimś cudem - dostać się do rządu, to jako pierwsze, zrobiłabym rewolucję w oświacie. Bardzo znacząco podniosłabym zarobki nauczycieli, a w ślad za tym, przeprowadziłabym dogłębną selekcję szanownego ciała pedagogicznego. Na nauczycieli mianowałabym jedynie osoby z powołaniem, dobre, wrażliwe, oddane dzieciom, a nie frustratów, którzy z racji niespełnienia swoich życiowych wyborów, z braku laku, wybrali zawód nauczyciela i później odreagowują swoje frustracje na dzieciach. Przecież od tego, co z naszych dzieci wyrośnie, zależy przyszłość narodu, przyszłość kraju, przyszłość świata wreszcie… Kurcze, wkurzam się za każdym razem, kiedy tylko o tym pomyślę! Chyba same beznadziejne tłuki siedzą w rządzie po obu stronach Odry (i nie tylko), że tego nie rozumieją… A to przecież takie proste, jak budowa cepa, że dla dobra narodu, przede wszystkim pracownicy oświaty, służby zdrowia i policji, powinni należycie spełniać swoje zadania. Jednak by mogli je należycie spełniać, muszą być należycie wynagradzani. Wtedy dopiero będzie można od nich wymagać profesjonalizmu, oczekiwać pomocy, życzliwości, ufać im. Myślę, że ci u koryta bardzo dobrze jednak o tym wiedzą, ale z wiadomych względów, nie przykładają się do tych dziedzin życia swojego narodu. Mają inne priorytety. O rany… a my, my normalni obywatele, to co? Co z naszymi priorytetami, ba, co z naszymi podstawowymi potrzebami?! Psinco!!! Nieustające psinco! No to jak tak, to właśnie owe „nieustające psinco”, powinno być dla nas niezbitym dowodem na to, że to najwyższy czas na rewolucję.

HKCz
(8.12.2009.)