sobota, 14 lipca 2018

Lato trwaj, boś piękne i radosne


Wszyscy w mojej Rodzince kochamy przyrodę. O każdej porze roku. A już wiosną i latem szczególnie. Jak tylko możemy, wybywamy w plener. Na ostatniej wędrówce najpierw wdrapałyśmy się z Wnuczką na szczyt góry Ochsenberg  (907 m.n.p.m.), a potem wędrowałyśmy przez las, co rusz zachwycając się czymś. Czym? Trudno powiedzieć. W plenerze zawsze znajdujemy coś ciekawego do oglądania i fotografowania. 


Tak wygląda szczyt góry Ochsenberg, z którego z Wnuczką podziwiałyśmy 
nasze miasto. Pod krzyżem (znak szczytu) jest ławeczka, okalająca jego podstawę. 


Gorące słońce zachęca do dalszej wędrówki.


A po drodze... same dziwy. ;)



Widać, że drwale też lubią lato... I podobnie jak my, mają 
poczucie humoru.



Zmęczeni, ale radośni... I do następnej leśnej wędrówki!

wtorek, 10 lipca 2018

Pozdrowienia dla uratowanych piłkarzy z Tajlandii


Udało się! Drużyna piłkarska „Dzikich dzików” uratowana. Znów się popłakałam, ale tym razem ze szczęścia. Mój 12-letni Wnuk też był wzruszony. Aż głośno spuścił powietrze... Ufff!, kiedy usłyszał, że wszyscy chłopcy i ich trener są już na powierzchni ziemi. On też, bardzo przejęty, śledził ich dramat w jaskini Tham Luang. Przez wszystkie dni.

Szczęśliwy, że już wszystko dobrze, z jeszcze większą werwą i ochotą pojechał na trening. Jest bramkarzem. Trenuje od 6-go roku życia. Ale zanim wyszedł z domu, zawołał do mnie:
- Babciu, jak będziesz gdzieś dzisiaj coś pisać, to proszę pozdrów ode mnie Dzikich Dzików.
- A jasne, że pozdrowię... Chciałam to nawet zrobić! - odpowiedziałam mu równie szczęśliwa.


Z wielką radością pozdrawiam więc wszystkich chłopców z drużyny „Dzikich dzików”oraz ich trenera, w imieniu mojego Wnuka i swoim. Życzymy Wam szybkiego powrotu do zdrowia i... na boisko. Pozdrawiamy także wszystkich bohaterskich ratowników.

poniedziałek, 9 lipca 2018

Dramat chłopców uwięzionych w jaskini w Tajlandii

Cały czas śledzę przebieg akcji ratunkowej, wycierając co rusz mokre oczy. Dawno się tyle nie napłakałam. A jak pomyślałam o swoim 12-letnim Wnuczku, notabene też piłkarzu, to już szlocham w głos.
Tak bardzo mi żal tych chłopaków. Tyle dni (od 23 czerwca) w ciemnościach. Tyle dni bez jedzenia i bez czystej wody do picia. Bez przerwy myślę o nich. Serce się kraje... Ale mocno wierzę, że ratownikom, tym Wielkim Bohaterom, uda się ich wszystkich szczęśliwie wyprowadzić z jaskiniowej pułapki.

Słyszy się, że w tych tragicznych dniach pomaga chłopcom ich mądra religia. Buddyzm. Medytacje. Że nie panikują. Że są opanowani. Że cierpliwie czekają na pomoc. A do tego jeszcze, pocieszają swoich bliskich, przekazując im przez ratowników radosne listy.

Ślę tym biednym chłopcom i ich trenerowi moje pozytywne myśli. Także wszystkim ratownikom biorącym udział w tej jakże ciężkiej akcji ratunkowej.

Dzisiaj, nieustająco myśląc o dramacie chłopców w jaskini Tham Luang, powędrowałam do lasu. I proszę bardzo co znalazłam. Parę dni temu jeszcze tego uśmiechniętego ludka tu nie było... To z pewnością  jakiś znak. Dobry znak. :) 



Trzymajcie się mocno chłopcy! I pamiętajcie, cały Świat ściska za Was kciuki.
Serce mi rośnie, kiedy słyszę, że już Was ośmiu jest na powierzchni ziemi. 
Chwała Ratownikom!

wtorek, 3 lipca 2018

I znów jesteśmy o rok starsi...


Ale co tam, nie ma co się zamartwiać i drzeć szat z tego powodu. Zresztą, cyferki nie takie ważne. Ważne zdrówko, witalność i pozytywne myślenie. A tego nam nie brakuje... O!

1 lipca, jak co roku, trochę z Synem poświętowaliśmy nasze wspólne urodziny. Imieniny moje także. Jak to się stało, że razem obchodzimy urodziny, pisałam lata temu w poście pt. „Dziś moje urodziny i imieniny”.

W świętowaniu cała nasza Rodzinka brała oczywiście czynny udział. Było miło i wesoło. Cośmy się naśmiali, to nasze.


Pysznego jedzenia było w bród. Wszystkie kobiety stanęły na wysokości zadania i naszykowały każda co najbardziej potrafi. Kuchnia była pół polska, pół niemiecka. Ale nie brakowało także akcentów węgierskich i francuskich.


Aramis, jako że jest członkiem Rodziny, również brał czynny udział w świętowaniu. Najwięcej udzielał się w jedzeniu. Tak się udzielał, że aż go kac dopadł. Pewnie liznął gdzieś węgierskiej sałatki. Na szczęście wody mu nie zabrakło. :D



Za pięć dni będziemy świętować kolejne urodziny. Wspominałam już, że Raków u nas co niemiara. Moja starsza Wnuczka też będzie o rok starsza. Stuknie Jej 16-ka. O Jej 15-ce pisałam > TUTAJ.

niedziela, 1 lipca 2018

Pierwsza tej wiosny wędrówka po Jurze Szwabskiej

W drugi dzień Świąt Wielkanocnych wyruszyliśmy na rodzinną wędrówkę po Jurze Szwabskiej (Schwäbische Alb), a konkretnie po naszych okolicach - Zollernalbkreis. Nasze miasto leży w bardzo długiej kotlinie, dookoła piękne góry i lasy, jest więc gdzie wędrować i co zwiedzać.



Zaraz po obfitym świątecznym śniadaniu ruszyliśmy w drogę. Auto zostawiliśmy 
na parkingu pod wschodnią częścią kotliny i piechotą ruszyliśmy w górę.


Zimnica tego dnia była okropna, ale co tam, po paru minutach wdrapywania się 
po górzystych ścieżkach każdemu z nas było już ciepło. Dotarliśmy na szczyt, a tu
 takie wspaniałe widoki. Oglądamy je z zapartym tchem, tak jakby z lotu ptaka. 
Nasze miasto wygląda niesamowicie.  


Pozachwycaliśmy się pięknymi widokami ile wlezie i ruszyliśmy w dalszą drogę 
po szczycie.


Wędrowało nam się bardzo fajnie i wesoło. Opowiadaliśmy sobie różne historyjki, 
rozmawialiśmy na temat geografii, także i kosmosu. Starszyzna chwilami zahaczała
 nawet o tematy polityczne, ale tylko na krótko, by nie psuć sobie nastroju.


Kiedy dotarliśmy do chatki widowiskowej (Schleicherhütteleży na wysokości 
899 m.p.p.m.) chcieliśmy już tylko podziwiać… i podziwiać.




A tutaj LINK do zdjęć tej chatki w różnej odsłonie - o różnej porze roku.

Chatka ta (Schleicherhütte), jak informuje tabliczka przytwierdzona do jej dachu, 
w 1990 r. uległa całkowitemu zniszczeniu przez potężny huragan, zaś w 1992 wybudowana 
została od nowa. 

No, tu już są widoki nieziemskie… aż dech zapiera! A to tylko mała część
 naszego miasta.

Zatrzymaliśmy się tutaj na dłuższą chwilę i z wielką przyjemnością podziwialiśmy nasze
 miasto z chatki i z miejsca u jej podnóża. Musieliśmy bardzo uważać by nie stracić 
równowagi, zbocze było bardzo wysokie i spadziste.
Po chwili ruszyliśmy dalej, i kiedy dotarliśmy do najwyższego punktu na trasie naszej 
wędrówki zobaczyliśmy pięknie powiewające tybetańskie flagi modlitewne. Flagi te 
nie są u nas niczym nadzwyczajnym. Tutaj żyją ludzie różnych wyznań i religii. 
Zgodnie z tradycją tybetańską flagi wznosi się w słoneczny poranek w najwyższym 
punkcie przestrzeni. Czyni się to dla dobra wszystkich istot żywych, nie tylko własnego. 
W ten sposób uwolnienia się z więzienia własnego ego. Z czasem flagi te ulegają 
wystrzępieniu, płowieją, wtedy zawieszane są nowe. Zastępują one - symbolicznie
 - starą formę, która musi odejść. Koło życia toczy się przecież nieustannie.
Po drodze podziwiamy także naszą miejska oczyszczalnię ścieków. Trzeba przyznać,
 że z góry wygląda bardzo okazale, i jakoś tak - jak z innej planety.


Kiedy po 3 godzinnej wędrówce schodziliśmy drugą stroną góry by dotrzeć do parkingu 
do naszego auta, po drodze oglądaliśmy piękne konie z pobliskiej stadniny.

Trawki tyle co kot napłakał, ale koniki już tam coś skubią. 



  Podobnie owce na hali, czują wiosnę i się pasą… A co!  


 Natura rządzi się swoimi prawami. Człowiek nie inaczej. Kiedy czuje zmęczenie - ciągnie 
go do domu. Nas też, po niemalże 4-ro godzinnej wędrówce, zaczęło też ciągnąć. 
Naszego pieska chyba mniej, bo ciągle miał coś do obwąchania. 

Do następnej wędrówki, Wędrowcy!

HKCz
(15.04.2012.)

Raków u nas co niemiara

Jakoś tak się złożyło, że w mojej Rodzince najwięcej jest Raków. I to tych lipcowych. O, chociażby ja i moje Synczysko (między innymi oczywiście). Urodziłam Go w dniu swoich urodzin i imienin. Pewnie już nieraz o tym wspominałam. Okazji do składania życzeń w lipcu urodzonym Najbliższym mamy wiele. Parę dni temu świętowaliśmy kolejne urodziny. Tym razem mojej najstarszej Wnuczki. Weszła akurat w poważną 15-tkę. ;) Pogoda w tym dniu była piękna. Ogród czekał na przyjęcie gości... A potem bawiliśmy się wszyscy radośnie i wesoło.  


Puszczanie takich białych baniek mydlanych nie jest proste. Mało kto to potrafi. 
Moje Synczysko tak. ;)  


A oto i nasza kochana Jubilatka. Moja ukochana Wnusia skończyła 15 lat.  


Najmłodsza Wnusia chodzi z babcią i sprawdza, czy w ogrodzie wszystko
 jest na miejscu.  


Grill jeszcze nie rozpalony. Czekamy na Papę.


Zabawki posprzątane... Hipopotam połknął. ;)  


O, jakiś papierek sobie leży... Wnusia wypatrzyła i posprzątała.  


Ostatnie spojrzenie na domek po starszym Rodzeństwie. Wnet ma przyjść cieśla
 i zmienić go całkowicie. Ma być dwupiętrowy. Z piaskownicą na parterze. Wnusia
 już się bardzo cieszy.  


Gdzie ci goście? Wnusia się już niecierpliwi. Aramis wrócił dopiero z lasu, tzn. 
trzeba jeszcze  trochę poczekać.  


Aramis pojadł, popił ... i też już czeka.  


SIOSTRY... Hihihi! Uwielbiam na nie patrzeć.  


Braciszek też już jest. Wrócił z treningu piłki nożnej. To nasz utalentowany 
bramkarz. 


O, Papa też już jest. Zdążył już nawet ogień rozpalić.
  

Mój najstarszy Wnuk zjawił się jako pierwszy. Hurrra!  



A oto i cała moja ukochana PIĄTECZKA. Jaka ja jestem dumna
 z nich. I bardzo, ale to bardzo szczęśliwa, że Ich mam.   

HKCz
11.07.2017